27.12.14

Rodzicielstwo bliskości: RB w moim domu i prawdziwy DOM #6

Ostatnio rozmawiałam z kimś bardzo dla mnie ważnym (i wiele starszym) i zapytał mnie: jak to robisz, że jesteś szczęśliwa? Jak ze mną rozmawiasz, mając zerowe doświadczenie życiowe? Skąd to wiesz? Skąd masz moc? Dlaczego wstawanie o piątej rano sprawia ci radość? Dlaczego nie zależy ci na zaliczaniu wszystkich kolokwiów na piątki? Dlaczego satysfakcjonuje cię trója? Dlaczego cieszą cię małe rzeczy? Dlaczego cieszą cię sprawy nieistotne dla innych?

Moja odpowiedź była jednoznaczna i nie zastanawiałam się nad nią ani przez chwilę:
Mama. Rodzina. Mój dom.

Bo to nie wygląda tak, że wstaję rano i krzyczę z radości, o nie. Wstaję wcześnie, ubieram się, szykuję sobie śniadanie (sałatki, owoce, gotuję kaszę lub ryż). Wstaje Mama. Równo od godziny 6 do 7 rozmawiamy. Dosłownie o wszystkim. Czasami jest tak, że ona tylko mnie słucha, czasami tylko ja słucham jej. Czasami aż się przegadujemy, tyle mamy do powiedzenia. O czym rozmawiamy? Głównie o planach na dzisiaj, ja jutro, na tydzień, na życie. Dzień w dzień wysłuchuje moich pomysłów na samą siebie. Rok temu na pewno mówiłam jej, że być może podejmę się prowadzenia bloga. Kilka miesięcy temu pytałam jej, co sądzi o tej serii. To nie tak, że zawsze się ze mną zgadza. Bywa, że wcale się nie wypowiada, nie komentuje. Bywa, że coś się jej nie podoba. Zawsze wyraża swoje zdanie, nawet, jeśli mi ono nie odpowiada. Nie chodzi jednak o to. Zawsze mam jej błogosławieństwo w działaniu. Chodzi o wsparcie. Wsparcie w Rodzinie.

Dzięki temu, że tak pięknie rozpoczynam dzień, nie obchodzi mnie czy wstałam jak było ciemno. Nie obchodzi mnie ktoś, kto będzie próbował zdenerwować mnie w pociągu albo rano w sklepie. Nie obchodzi mnie trója z zaliczenia, które nic nie wniosło do mojego życia. Mama zawsze mówiła, że nie oceny się liczą – lecz wiedza, której nikt Ci nie odbierze. Miała rację. Obiektywnie oceń – co będzie ważne w twoim zawodzie/życiu, a co nie. Zrozum, że są rzeczy, których – choć uczysz się teraz – i tak będziesz musiał przypomnieć sobie za 5 lat. Pisząc pracę inżynierską na pewno zajrzę do zeszytu z ochrony własności intelektualnej i wypożyczę książki lub skonsultuję się z osobami, które się na tym znają. Moja ocena (4,5) naprawdę nie będzie miała w tamtej chwili znaczenia i szczerze mówiąc, bałabym się polegać tylko i wyłącznie na niej, bo (przecież to dobra ocena – skoro na tyle mnie oceniono, na pewno wiele wiem!) sami wiemy, jak jest. Czuję, że nic o tym nie wiem. A czasami, dostając tróję czuję się naprawdę mądra. Czuję to, kiedy czytam książki i mogę odnieść się do swojej wiedzy. Wspaniałe uczucie! Jeden z najlepszych powodów, dla których się uczę - świadomość, że naprawdę idzie to logicznie wytłumaczyć i zrozumieć :) 


Dzięki porannym rozmowom (i nie tylko oczywiście) czuję się po prostu szczęśliwsza. Jest ktoś, kto we mnie wierzy. Ktoś, kto nie powie mi: „A nie mówiłam?!”, kiedy się nie uda, tylko na nowo otworzy drzwi do domu i swoje serce. Jest ktoś, kto zawożąc mnie raz w miesiącu na biegowe zawody wie, że przebiegnę, gdy ja sama nie jestem pewna. To Mama. Mama, do której możesz zadzwonić, będąc daleko i czujesz się, jakby była obok. Zawsze będziesz jej dzieckiem, które potrzebuje wsparcia. To Mama, która zawsze jest szczera. To Mama, dla której zawsze jesteś KIMŚ.

Dzięki Ci, Mamo, że traktujesz mnie poważnie. Dzięki Ci, Mamo, że się martwisz. Dzięki Ci, Mamo, że stwarzasz mi warunki godne do rozwoju i robisz to najlepiej, jak możesz, nie zapominając przy tym o sobie. Dzięki Ci, Mamo, że jesteś szczera i że stworzyłaś dla nas wszystkich prawdziwy DOM

Zapraszam na poprzednie wpisy z serii o RB: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty i piąty :)

30.11.14

Wegańskie Święta - "ryba" po grecku

Pomijając fakt, że marchewkę uwielbiam pod każdą postacią (zwłaszcza w asyście curry lub kurkumy), a kotlety sojowe jem bo jem... Ktoś, kto wymyślił wegańską rybkę po grecku powinien dostać nagrodę. Podziękowanie powinien dostać za najłatwiejszy z najłatwiejszych przepisów :) Miałam poczekać do Świąt, ale miałam ochotę zjeść coś dobrego. Poza tym chciałam podzielić się z Wami przepisem, żebyście mieli co postawić na swój wigilijny stół i czym zaskoczyć Rodzinkę. Można? Można!


Do przygotowania wegańskiej "ryby po grecku" potrzeba:

- 1 opakowanie kotletów sojowych (zwykle ok. 15 sztuk w paczce),
- 0,8-1 kg marchewki,
- 2 korzenie pietruszki,
- 1/4 korzenia dużego selera,
- 3 duże cebule,
- majeranek, 
- papryka słodka,
- sól morska i biały pieprz,
- liście laurowe,
- ziele angielskie,
- 150-200 ml koncentratu pomidorowego,
- olej do smażenia,
- sos sojowy.

Marchewkę, pietruszkę i seler trzemy na dużych oczkach (oczywiście wcześniej myjąc je i obierając). Cebulę kroimy w kostkę, niekoniecznie drobną. Podgrzewamy olej na patelni, podsmażamy warzywa, dolewamy wody i dusimy do miękkości. Na koniec dodajemy przyprawy oraz koncentrat. W czasie, gdy warzywa robią się same :) kotlety wrzucamy do miski, zalewamy je 2-4 łyżkami sosu sojowego i wrzątkiem. Przykrywamy talerzem, aby kotleciki przeszły smakiem i zrobiły się miękkie. Przygotowujemy większą miskę. Przekładamy warstwami warzywa (zaczynając od nich) i kotlety. Zostawiamy na kilka godzin w lodówce, aby się schłodziło i przeszło smakiem.

Opcjonalnie: kotlety można usmażyć w bułce tartej lub mące. Mnie przypadła wersja bez panierki - uważam, że jest smaczniejsza. Nie widzę powodu, do zjadania kolejnej dawki tłuszczu. Ach, no i mniej bałaganu :) 

Smacznego!

29.11.14

Wyjdź ze strefy komfortu (part II) - zestawienie filmów motywacyjnych

Należy Ci się. Należy Ci się możliwość marzenia i ich realizacji. Po godzinach. Po szkole, po pracy, czasami w trakcie, czasami dzięki temu. Po prostu masz do tego prawo i powinieneś tego chcieć. Jeśli zapomniałeś, jak to jest mieć naście lat, żyć z głową w chmurach i z wielkimi nadziejami, to dobrze trafiłeś! A jeśli masz naście lat i nie rozumiesz o czym mówię, to szczególnie dobrze dla Ciebie, że tu jesteś. 
Rozgośćcie się! 
Właśnie wyrzucam Was ze strefy komfortu.

BĄDŹ SZCZĘŚLIWY
Naprawdę nic wielkiego mające naprawdę ogromne znaczenie.



TO DLA CIEBIE ZA TRUDNE? CIĘŻKO RANO WSTAĆ? CIĘŻKO WYJŚĆ Z DOMU?
Niczego nie dostaniesz za darmo. Chcesz dobrze prowadzić samochód? Spędź dużo czasu w trasie. Chcesz dobrze gotować? Gotuj przy każdej okazji. Chcesz mieć najlepsze oceny w szkole? Ucz się. Chcesz być sobą? Postaraj się o to.
POWALCZ O SIEBIE.



DAJ WYBÓR INNYM. POZWÓL SIĘ ROZWIJAĆ SWOIM DZIECIOM, RODZICOM, BLISKIM, ZNAJOMYM. 
Pokaż im, że można. Pokaż im, że to, co robią i czym się interesują jest naprawdę ważne. Nie mów, że to beznadziejne. Nie podcinaj skrzydeł. Nie naśmiewaj się. Pozwól mówić. Daj wiarę. 



Kocham tego bloga i cierpię, będąc wciąż poza domem bez internetu, aparatu i gotowania. Wiem. Wiem, że powinnam się teraz uczyć, robić notatki i posprzątać w pokoju. Ale wiecie... są sprawy ważne i ważniejsze! :) 

Miłej reszty weekendu! ♥

19.11.14

Wyjdź ze strefy komfortu - zestawienie ulubionych filmów motywacyjnych

Każdy ma cięższe dni. Ciężkie tygodnie, jak teraz mój, wstawania o 5:00 i wracania do domu po 21:00. Człowiekowi się chce płakać, jak spodni ściągnąć nie może w łazience przed kąpielą. Woda z wanny paruje, płyn pachnie, kawowa maska czeka i herbatka stoi obok. Muzyka już włączona. A Ty siłujesz się z rurkami idealnie dopasowanymi do Twojej sylwetki, a one nie chcą zejść przez stopy. Jeny! Machasz nogą, płacz na czubku nosa, szarpiesz, wściekasz się i... wystarczyło zrobić to powoli i spokojnie. Kto tak ma, łapka w górę! (Pomijając moją Rodzinkę - to jest uwarunkowaniem genetycznym.)

Poważniej: chodzi o to, że czasami się człowiekowi nie chce albo inny człowiek odbierze mu siły i wiarę w siebie (swoją złośliwością, swoim ogromnym ego). Myślimy sobie, że nie damy rady. Nie ma po co, efektów nie widać. Po co się męczyć jeszcze robieniem brzuszków, skoro cały dzień byliśmy poza domem? Ano warto. Moim sposobem na codzienne katharsis jest obejrzenie poniższego filmu nr 1, który ustawiłam jako stroną startową na laptopie. 

Zarządzam: wybierz jeden z filmów i ustaw go na swoją stronę startową!  

OGRANICZENIA NIE ISTNIEJĄ



IDĘ ZA GŁOSEM SERCA 
(oglądamy film od 11:40)



MARZENIA - wszystkie odmienne, wszystkie czyniące życie pięknym
(Kocham ten film. Nieważne kto marzy. Wierzę w spełnienie wszystkich życzeń.)



MOJE ŻYCIE JEST DAREM, JEST PIĘKNE, JEST CUDEM
dlatego chcę o nie dbać, chcę dbać o innych, chcę dawać radość,
a fakt, że mam możliwość wyboru i jestem wolna, czyni mnie silną i niezniszczalną 





WYJDŹ ZE STREFY KOMFORTU ma udowodnić Wam, że czas się ruszyć. Czas uświadomić sobie, że jest mało czasu. Gdy postawisz sobie cel, nie osiągniesz go jutro, nie oszukuj się. Na to potrzeba czasu. Potrzeba wyrzeczeń, bólu, trochę obaw. Potrzeba tego, by później poczuć słodki smak szczęścia. I właśnie ta droga się liczy. Liczy się droga do celu. A celem jest to, aby jutro być lepszym człowiekiem niż było się dzisiaj.

Jednak filmów, które są dla mnie istotne, jest więcej. Podzielę ten post na dwa i kolejny dodam w środę za tydzień, w swoje urodziny! :)

Ładujcie się energią, bawcie się dobrze i... owocnych kolejnych dni! ♥



16.11.14

Sorgowsianka z bananami i granatem + ekonomiczna pasta do kanapek (gluten free)

Wczoraj zrobiłam dużo mleka z sorgo. Trochę wypiłam, trochę zmiksowałam z bananem. Wieczorem już wiedziałam, co zjem na śniadanie (kocham planować posiłki!). Nie wiedziałam jednak, że będzie takie dobre! To jest ten smak, którego od niedawna poszukiwałam zaglądając w lodówkę sto razy dziennie i wchodząc do sklepu, wychodząc z niczym (bo nie było tego, na co miałam ochotę).

Kto widzi kociego (lub psiego) włosa na zdjęciu? Tak! Ja też go wcześniej nie widziałam. Dlatego prawdopodobnie go zjadłam :D

Do przygotowania sorgowsianki, czyli owocowej zupy śniadaniowej na mleku roślinnym potrzeba:
- 1 szklankę mleka z sorgo,
- pestek z połowy dużego granatu,
- pół lub cały banan,
- kilka pokrojonych daktyli suszonych,
- garść orzechów włoskich,
- pół szklanki nasion słonecznika,
- opcjonalnie: brązowy cukier do dosłodzenia wedle uznania.

Szklankę mleka podgrzewamy w garnku na małym ogniu. Dodajemy cukier (jeśli chcemy) i mieszamy. W tym samym czasie kroimy banana i obieramy granat (znacie patent?), siekamy drobniej daktyle i orzechy włoskie (niezupełnie - tak, aby było wyraźnie czuć ich smak). Pamiętamy, aby zaglądać do mleka i przemieszać je. Gdy uznamy, że jest wystarczająco ciepłe, przelewamy do miseczki zapełnionej już owocami i pestkami.  



Siadamy. Stwierdzamy, że weganizm był jednym z najlepszych wyborów w naszym życiu. Celebrujemy piękny, zimny listopadowy poranek. Jemy sorgowsiankę. Myślimy sobie, że nasze życie jest naprawdę konkretne. Jest czegoś warte. Bezcenne. 

♥♥♥



Powiedziałam Wam wczoraj, że resztki zmielonej kaszy z mleka nie mogą się zmarnować. No właśnie. Pierwszym założeniem był cynamonowy twarożek do kanapek, ale powstała słona pasta do sandwichów. Pozostałe sorgo należy osolić, dodać pieprzu i przypraw wedle uznania (np. majeranek, tymianek) i szczodrze obdarować wszelkiego rodzaju drobno posiekanymi ziarnami i pestkami: sezam, słonecznik, dynia, orzechy. Taka pasta pełniła u mnie od wczoraj rolę pasztetu, którym smarowałam kanapki i wkładałam na okrągło do tostera. Jadłam z sosem curry. Wolę nie liczyć, ile razy zamykałam i otwierałam toster... 
Jeszcze jedno - pastę nazwałam "ekonomiczną" z racji tego, że została przygotowana przy okazji i z pozostałości po innym posiłku.


Bądźcie na The Secret of Healing w środę o 17:30, na pewno przyda Wam się porcja energii! Przypomnę Wam jeszcze na Facebooku! ♥



Prawa autorskie przepisu zostały zastrzeżone. 





15.11.14

Mleko z sorgo (gluten free)

Ostatnio miałam ochotę zjeść coś świetnego. Pysznego. Myślałam, że będzie to pietruszkowa zupa, płatki jęczmienne na różne sposoby, jakaś słodycz. Wszystko dobre, ale jednak nie to. Dwa dni temu obudziłam się z myślą o sorgo. Pomijając fakt, że zjadłabym świeżą czerwoną porzeczkę prosto z krzaka, postanowiłam zrobić mleko z kaszy. Szukałam inspiracji i wskazówek, ale niczego nie znalazłam. Teraz ja mogę zainspirować Was! Najpierw do kupienia 2 kg sorgo w Auchanie za 8,60 zł. Taniocha, a mimo tego pierwszy raz jadłam je w tym roku, bo wcześniej nigdy o nim nie słyszałam. 











Do dzieła! Potrzebujemy:
- 1 szklankę sorgo suchego (przed ugotowaniem),
- gorącą, przegotowaną wodę lub wodę źródlaną,
- 2 dojrzałe banany, 
- szczypta cynamonu
- ziarna słonecznika.




















Sorgo namaczany na noc. Rano dokładnie przepłukujemy ziarna pod bieżącą wodą. Gotujemy min. 40 minut, możemy nawet do godziny. Ponownie odcedzamy i przepłukujemy. Dzielimy na dwie części, aby łatwiej można było zmiksować. Ja użyłam blendera kielichowego, ale ręczny pewnie także dałby radę (po prostu więcej Waszego czasu i pracy). Dolałam ok. 1 litra gorącej wody (na dwa kielichy, czyli po 500 ml na jedną porcję sorgo). Miksowałam ok. 1 minuty. Przecedzałam do słoików przez sitko, ale można zrobić to przez lnianą ściereczkę. Mleko wychodzi brązowe i gęste, dlatego wedle uznania dolewamy do niego wody. Do szklanki  rozcieńczonego napoju dodajemy 2 pokrojone banany i szczyptę cynamonu. Ponownie miksujemy. Gotowe, posypujemy garścią ziaren słonecznika i rozkoszujemy się smakiem.
NAPÓJ IDEALNY.

P.S. Nie wyrzucajcie pozostałości po zmielonej kaszy! Wkrótce dowiecie się, jak ją spożytkować ♥



Dzisiaj jeszcze sprawdzę, czy takie mleko nadaje się do kawy i kakao i dam Wam znać edytując ten post. 
Poza pysznym napojem, można zrobić z niego kisiel. Zauważyłam, że zmiksowane sorgo z gorącą wodą w niewielkiej ilości daje podobny efekt jak zmielone zalane siemię lniane i dodawane do ciast czy pite w charakterze przysmaku lub lekarstwa na układ pokarmowy. Sorgo ma to do siebie, że sprawdza się na słono (np. z dynią ♥) i na słodko (np. z bananem jak dzisiaj). Prawdopodobnie wykorzystam go do pieczenia ciasta przy najbliżej okazji. 
Przechowywanie reszty mleka: najlepiej w próżniowych słoiczkach i w lodówce.

Zapraszam na Facebooka, bądźcie na bieżąco! ♥


7.11.14

Złość - jakie ma zalety i jak ją umiejętnie spożytkować?

Inspiracje do rozwoju czerpię z najróżniejszych źródeł. Zaczynając na rozmowach z ludźmi, kończąc na książkach prawdziwych liderów. Miedzy tym przewijają się krótkie filmy z YouTube, rozmowy od serca z Mamą i innymi bliskimi osobami, krótkie (czasami wyrwane z kontekstu) zdania przepisane z książek, często z lektur z liceum, z innych blogów. Zasłyszane rozmowy i sytuacje, których nie brałam czynnie udziału albo nawet nie miałam z nimi nic wspólnego. Z takich też można się czegoś nauczyć. Można też przyglądać się czyjejś złości i postanowić sobie, że nigdy nie będziemy reagować krzykiem, nerwami i wyzwiskami w stresowych sytuacjach. Jak od każdej reguły - są wyjątki. Płaczemy, kiedy jest nam przykro. Jesteśmy odłączeni od świata, kiedy potrzebujemy coś przemyśleć. Wyciszamy się i zostajemy ze sobą sam na sam, kiedy wiemy, że nie powinniśmy się w coś wtrącać (ale czasami, kiedy mamy okres, Dziewczyny, to mamy prawo...).

Dzisiaj mam na myśli CZYSTĄ ZŁOŚĆ. Złość mającą swoją energię, którą niekoniecznie musimy wyładować na drugą osobę. Możemy ją wyładować na... spójrz poniżej.

1. SPORT
Dla mnie jedna z dwóch najlepszych opcji (druga to nauka). Ma się ogromnie dużo energii, która często przezwycięża (u mnie biegowe) kryzysy. Dodaje kopa. Ja nie mogę? Ja nie dam rady? Mogę i dam z siebie wszystko. Wykorzystane pół godziny na sport zmotywuje Cię i doda pewności siebie. Udowodnisz sam sobie, że było warto. Było warto wciskać te nerwy butami w ziemię niż w drugą osobę.

2. NAUKA
Jesteś na siebie zły, że nie zaliczyłeś przedmiotu? Naucz się po fakcie. Wiedza należy do Ciebie, a oceny i tak zwykle nie są sprawiedliwe. Liczy się to, co Ty umiesz i czy potrafisz to wykorzystać. Mama zawsze mi powtarzała, że nie wymaga ode mnie dobrych ocen z każdego przedmiotu i sama trzymam się tej zasady do dzisiaj. To naprawdę działa - masz czas na rozwijanie swoich dobrych stron i talentów. Ten punkt nie dotyczy tylko uczniów i studentów. Rozwijaj się niezależnie od wieku (obiecałam sobie, że będę się uczyć do końca życia!) i pogłębiaj swoją pasję. Naucz się obcego języka. Interesujesz się motoryzacją? Sprawdź nowinki! Uprawiasz ogród? Dowiedź się czegoś o naturalnych nawozach. A może w listopadzie należy wysadzić jakieś cebulki? Jesteś rodzicem? Sięgnij po fachową lekturę, zatrać się w psychice dziecka, naucz się je rozumieć.

TEN MOTYWATOR PRZYPIĘŁAM PRZY PLANIE ZAJĘĆ. Mam go także w niektórych notatnikach i innych miejscach. Nic bardziej nie przekonuje mnie do nauki matmy i chemii! 


3. CZYTANIE KSIĄŻEK
Opcja wyciszająca. Sięgnij po niedokończoną książkę. Zerknij na półkę. Ostatecznie czym prędzej ściągnij e-booka. Czytam tylko wybrane książki, dlatego zwykle są to poradniki, pozycje o rozwoju osobistym, jedzeniu lub koniach. Zdarza się, że sięgam po książki psychologiczne lub prawdziwe historie (np. Chustka, Skradzione życie, Pamiętnik narkomanki) i to właśnie ten rodzaj jest najlepszy do poczytania po złości. Stajemy się dzięki nim bardziej pokorni, doceniamy swoje życie, chcemy je polepszać, cieszymy się chwilą. Bo wiecie - naprawdę jest się czym cieszyć!

4. NADROBIENIE ZALEGŁOŚCI
Każdy ma listę do zrobienia i każdy zawsze coś zrobić musi (prędzej czy później). Trzeba odpisać na maila, zrobić notatki na zajęcia, odwiedzić Rodzinę, kupić coś albo załatwić w urzędzie (chociaż do urzędu po złości nie polecam się wybierać, może źle się skończyć). Moja lista zwykle jest pełna: podlać kwiaty, przesadzić, ugotować, sprawdzić, zamówić, zadzwonić, napisać. To jest ten czas. Kiedy siadam z tyłkiem i robię to, co muszę. Nie wszystkie obowiązki należą do najprzyjemniejszych. Dlatego energia skumulowana na czymś, co mieliśmy zrobić od dawna, jest na pewno dobrze wykorzystana. Po wszystkim usiądź z satysfakcją i szczęśliwie żyj dalej!

5. SPRZĄTANIE
I tak trzeba to zrobić. Czasami powierzchownie i szybko (zwłaszcza na małym metrażu i taką ilością zwierząt, jak u mnie). Czasami dokładniej. A czasami po tygodniu mam rozwalone wszystkie ubrania, pranie się piętrzy na krześle, półka z książkami wygląda jak po wojnie (np. wtedy, kiedy intensywnie uczę się chemii, fizyki albo czegoś w tym stylu) a szczotki konia błagają o czystą, ciepłą wodę z mydłem. Wtedy człowiek staje w miejscu, ogarnia wzrokiem, kładzie ręce na biodrach i myśli... teraz albo nigdy. Po złości problem znika - robisz to w 5 sekund, bez zastanawiania się czy masz na to czas, czy zrobisz to dzisiaj (a może jednak jutro?). Powiem po raz drugi - i tak trzeba to zrobić.

Książki, które polecam: 
1. Chustka - Joanna Sałyga,
2. Widziałem, jak konie płaczą - Wojciech Owczarz (szczera prawda o targach koni, które wielu ludzi uważa za tradycję),
3. Jedz módl się kochaj - Elizabeth Gilbert,
4. Imperium umysłu - Denis Waitley,
5. Sekrety końskiego umysłu - Robert Miller (dla koniarzy).
________________________________________________________

Sama będę do tego postu często wracać, chyba dodam go sobie do ulubionych. Moja cierpliwość do sąsiadów jest na skraju wyczerpania (sąsiad, omiń ten fragment). Koń śmierdzi, koń źle wyczyszczony, koń powinien jeść jabłka. Ale mój nie może, bo jest chory. Ludzie mądrzy z każdej dziedziny... A ja tylko chodzę z domu do konia i gryzę się w język. Macie jakieś swoje sposoby? :)

Zapraszam na Facebooka ♥

2.11.14

Burgery z marchewki i szpinaku z pęczakiem + granat w doniczce i własne ziemniaczki

Kto wraca od Babci bez wyprawki? Na pewno nie ja :) Wczoraj dostałam fasolowej po wegańsku, dużo dużej marchewki i świeżego szpinaku - prosto z listopadowej grządki. Zrobiłam sok (sam się w sumie zrobił...) i zostały mi marchewkowe wiórki. Przez myśl przeszły mi babeczki, ciasto marchewkowe, marchewkowa pasta do kanapek (uwielbiam jeść kanapki z olejem sezamowym, startą na małych oczkach marchewką i solą, uwielbiam!), ale skończyło się na burgerach. Były już jedne marchewkowe na blogu, obarczone mianem kotletów spalających kalorie :)

Mając więc na uwadze ekologiczno-ekonomiczne względy postanowiłam coś wyczarować. Do przygotowania burgerów z marchewki i szpinaku potrzebujemy:

- 2 szklanki marchewkowych wiórków po wyciskaniu soku (lub po prostu 2 szklanki startej),
- 1 szklanka pokrojonego szpinaku,
- 1 szklanka pęczaku jęczmiennego (mierzona na sucho, przed ugotowaniem),
- 1/2 szklanki ziaren słonecznika,
- dowolna ilość ziaren sezamu,
- 1 płaska łyżeczka graham masali,
- 2 płaskie łyżeczki curry,
- 2 łyżki stołowe sosu sojowego,
- 2 łyżki oliwy z oliwek,
- 8 łyżeczek płatków jęczmiennych zmielonych na mąkę,
- 4 łyżeczki świeżo zmielonego siemienia lnianego (tj. 1/3 szklanki) zalane gorącą wodą do 1/2 szklanki,
- sól i pieprz do smaku,
- zioła: oregano, bazylia, estragon, majeranek.





Przygotowanie: ugotować pęczak (ok. 20 minut - 1 szklanka pęczaku w 2,5 szklance wody), zmielić płatki na mąkę, zalać siemię lniane gorącą wodą, aby powstał nam glutek łączący wszystkie składniki - zmieszać wszystko razem, formować burgery, piec w temperaturze190 stopni C przez ok. 25 minut (uważać, aby się nie przesuszyły). Delektować się i na litość... zostawić coś na jutro.







Pamiętacie post o permakulturze? To było moje pierwsze praktyczne zetknięcie z tematem. Miałam natchnienie na początku, później przyszła susza - ogród mam 5 km od domu, czasami nie dotarłam, aby podlać to, co zasadziłam/zasiałam. Kilka razy słonko przypaliło mi dynie :) Na szczęście Mama miała swoje! W większym cieniu. Były i ziemniaczki - posadzone w workach powinny być systematycznie podsypywane i podlewane. Nie były, ale są :) Plusy ziemniaków w workach - nie trzeba pielić, zajmują mało miejsca, bardzo wygodny system. Mam jeszcze na uwadze, aby w przyszłym roku wykorzystać materiałowe worki (takie, w jakich przewozi się np. kawę, kojarzycie?), a nie plastikowe). Jeśli postaram się na wiosnę bardziej, będzie lepiej! Takie mam plany. Właśnie - moim założeniem workowej produkcji jest produkcja dla siebie i na teraz. Nie sądzę, aby udało mi się tym sposobem zebrać taką ilość ziemniaków, aby wystarczyła na rok - do następnego sezonu. Ale to WSPANIAŁE - jeść tyle warzyw i owoców, o które sam człowiek wcześniej zadbał lub pomagał w tym innym :)







Idąc w duchu regrowingu, postanowiłam zasadzić granata. Z pestek :) Ohydnie kwaśnych pestek, których nie dałam rady zjeść... Granat potrzebuję ciepła, więc zanim postawicie go na parapet, nakryjcie woreczkiem i przymocujcie go gumką do doniczki. W folii zróbcie dziurki, aby odparowywana  woda miała swoje ujście i nie skraplała się. Mój granat takim sposobem wykiełkował po 8-10 dniach. Z 10 pestek wyszło 5. Z 5 roślin tragicznie zginęły dwie, wyciągnięte żywcem z doniczki kocim pazurem... Zresztą, i tak już nie mam miejsca na parapecie. Żadnym. Ani na półkach, do których względnie dochodzi światło. Ani na kuchennym blacie. 

Zapraszam na Facebooka, miłej niedzieli i owocnego przyszłego tygodnia! 




POTRZEBUJĘ POMOCY!
Ktokolwiek wie, gdzie mogę kupić bawełnę organiczną fair trade (kilka metrów materiału, nie gotowe ubrania ani inne produkty), proszę o kontakt poprzez komentarz lub maila





31.10.14

Jak dbam o włosy? Naturalna odżywka i ekologiczny szampon + regrowing cz. II

Dla mnie kwestia naturalnej odżywki i ekologicznego szamponu jest tak oczywista, że długo nie mogłam zabrać się do opowiedzenia o nich tutaj. Odżywki, którą przygotowuję raz w miesiącu/raz na dwa miesiące, stosuję po każdym myciu włosów (chyba, że zapomnę wziąć jej ze sobą na wyjazd) i nie wymaga ona każdorazowego przygotowywania przed użyciem.






Odżywka składa się z banalnych składników: octu jabłkowego (ja robiłam sama - chociaż jest w firmowym opakowaniu, ale znajdziecie go w każdym sklepie) i wody. Aby przygotować roztwór, który nada włosom połysk, ułatwi rozczesanie i skutecznie je odżywi należy skorzystać z jednej łyżki stołowej octu na 250 ml wody. Tak przygotowaną wodę octową przelewamy do atomizera. Mój standardowo pochodzi z odzysku, tzn. z kupnej odżywki znanej marki, która dawała podobny i czasami (przy częstym stosowaniu) słabszy efekt od domowej :)

Użycie: po wcześniejszym umyciu włosów spryskać końcówki (1/3 długości włosów licząc od dołu). Zostawić włosy do wyschnięcia, nie spłukiwać. Nie obawiać się o zapach - nic nie śmierdzi :)








Szampon też nie jest żadną innowacją. Ma jednak więcej możliwości, co do wyboru drugiego, płynnego składnika. Pierwszym jest 1 płaska łyżeczka sody, którą trzeba rozpuścić w 1 łyżeczce płynu. Może nim być: woda, ocet jabłkowy (wówczas nie spryskujemy już włosów odżywką), napar z rumianku, napar z szałwii czy też napar z tymianku (gdy borykamy się z łupieżem lub chorobą skóry, rankami na skórze głowy).

Użycie: powstałą papkę wcieramy w skórę głowy (najpierw), jeśli coś zostanie - nakładamy na całej długości włosów. Zostawiamy na kilka minut i spłukujemy bieżącą, ciepłą wodą. Stosuję ten szampon co drugie mycie, tzn. używam zamiennie kupnego i domowego. Po pierwsze: z wygody (i czasami braku czasu do banalnego przygotowania), po drugie: soda może przesuszyć i zniszczyć włosy, jeśli będziemy nagminnie i codziennie używać jej na skórę głowy (wnioskuję z doświadczeń innych osób, ale nie u każdego się to zdarza).



Regrowingu imbiru ciąg dalszy:
















Ma już 22 cm wysokości i 7 listków :) Na ananasa niestety zaczęła nachodzić pleśń i robił się suchy. Być może dlatego, że miał w sobie okropnie dużo chemii, a być może dlatego, że przez dwa dni nie zmieniłam mu wody na świeżą (wcześniej przez 5 dni robiłam to rano i wieczorem). Kto wie, spróbuję następnym razem!

Miłego weekendu i zapraszam na Facebooka, poczytać o kotach♥


POTRZEBUJĘ POMOCY!
Ktokolwiek wie, gdzie mogę kupić bawełnę organiczną fair trade (kilka metrów materiału, nie gotowe ubrania ani inne produkty), proszę o kontakt poprzez komentarz lub maila

19.10.14

Kanapkowa pasta kminkowa z boczniakami + regrowing imbiru

Czy jest ktoś, kto nie kocha groszku? :) Wątpię! Ale na pewno są osoby, które nie lubią kminku. Sama kiedyś do nich należałam, nie wiem z jakiego powodu. Teraz dodaję go do prawie wszystkich kanapek, past czy sałatek - oczywiście wtedy, kiedy odpowiada mi smakowo. Wczoraj rano ugotowałam garnek grochu (pasty też wyszedł cały garnek). Pomyślałam sobie: będę miała do ryżu na zajęcia na poniedziałek i wtorek. Rany... dlaczego ja muszę wszystko zjadać. Ledwo starczy mi dziś na kolację. Tak samo było w zeszłą niedziele, kiedy przygotowałam sobie 12 buraczkowych burgerów, żeby starczyło mi na obiady na wynos na uczelnię. Dwa z nich zjadła Mama. Tak, ja do wieczora zjadłam 10. Podobnie czynię z konfiturami... Ale do rzeczy!









KMINKOWA PASTA Z GROCHU z boczniakami i czosnkiem 

- 1 szklanka groszku (równie dobrze sprawdzi się czerwona soczewica albo po prostu sprawdźcie co macie w szafie),
- 1 lub 2 ząbki czosnku (przeciśnięte przez praskę),
- 250 g boczniaków,
- 2 czerwone cebule,
- najlepsze: 2 (i więcej!) łyżeczki kminku,
- sól morska i biały pieprz do smaku,
- opcjonalnie: estragon,
- oliwa do smażenia.












Groszek gotujemy ok. 30 minut lub więcej - warto go rozgotować, jeśli ma być pastą do kanapek. Traktujemy go blenderem. Możemy posolić wodę do gotowania groszku lub boczniaki w takcie podsmażania - jak wolicie. Boczniaki kroimy w bliżej nieokreślone kształty, raczej średnie i większe, niż małe (fajnie spotkać duży kawałek na kanapce ♥). Cebulę drobno siekamy. Podsmażamy grzybki na patelni, dolewamy więcej oliwy niż potrzeba (później przelejemy ją do groszku). Jeśli będą już w miarę miękkie, dorzucamy cebulkę i smażymy jeszcze chwilę. Przekładamy wszystko do zblenderowanej masy i mieszamy razem z dodatkami: estragonem (myślę, że dobrze nadałby się też majeranek), kminkiem i czosnkiem. Pół zjadamy łyżką, drugie pół na kanapkach. Tylko proszę! Zwolnijcie tempo! 

Uch, muszę zgotować sobie coś nowego :) Mam jeszcze sporo sorgo, płatki jęczmienne, 5 kg słonecznika i zapasy siemienia. Potrzebuję nowych inspiracji! Chyba powstanie coś z niczego, tak czuję! Kocham jeść, kocham...
...i kocham pielęgnować swoje ciało naturalnie, więc spodziewajcie się kolejnych kosmetycznych postów :)




ALE MUSZĘ SIĘ POCHWALIĆ! PATRZCIE, CO MI ROŚNIE W DONICZCE! Zdjęcie sprzed 10 dni, teraz jest większy :) Moje nowe dzieciątko: IMBIR 

Obierając imbir na herbatkę antygrypową zostawiłam skórkę z kawałkiem korzenia, która miała maleńkie, zielone wypustki. Od razu pomyślałam: do ziemi! I to był dobry wybór. Zaczytałam się w temacie regrowingu (chociaż ten wyskok z imbirem scricte nim nie jest), ale zamierzam podjąć wyzwanie nie wyrzucania wszystkiego na kompost. Chociaż i tak większość leci do Siwego... :)
Takie inspiracje to ja rozumiem!

Zapraszam na Facebooka i owocnego tygodnia życzę, Kochani!








15.10.14

Kawowa maska (peeling) do nóg


Po pierwsze: polubiłam zapach kawy w połączeniu z truskawkowo-waniliowym płynem do kąpieli. Po drugie: powiedziałabym wręcz, że PYCHA ♥

Dlatego serwuję Wam dzisiaj kawową maskę do nóg. Moja ulubiona i niezmienna od pół roku! Oczywiście można stosować ją także na inne części ciała oraz jako peeling - zresztą bardzo skuteczny i odżywczy :)

Przepis (polecam robić małe porcje na świeżo):
- fusy z dwóch filiżanek kawy/dwie łyżki mielonej kawy,
- łyżeczka ulubionego płynu do kąpieli (w celu łatwiejszego rozprowadzania po ciele),
- łyżka oleju kokosowego (jako nawilżenie ciała, można zastąpić go np. oliwką do masażu, polecam z Ziaji),
- 3 łyżeczki tzw. płatków magnezu farmaceutycznego (dzięki Ciocia Pulina za uświadomienie i zakupy ♥).

Mieszamy wszystko razem. Nalewamy gorącej wody do wanny. Nakładamy maskę na nogi, wmasowując składniki - od ud po stopy. Kładziemy pytki gdzieś wyżej, np. opierając o kant wanny, włączamy muzykę i relaksujemy się 15 minut :)

Maska w tym czasie zrobi co może!

Czyli: kofeina z kawki ujędrni skórę (przypominam, że o nogi dbamy nie tylko latem), olej kokosowy skutecznie ją nawilży, dzięki czemu po kąpieli nie trzeba dodatkowo wcierać w nie oliwki ani żadnych innych body lotionów :) Magnez wchłania się także przez skórę (ogólnie: lepiej niż w formie tabletek, ale zależy od organizmu), dlatego możemy dodawać go do kąpieli. Jeśli już to zrobicie, to pamiętajcie zafundowaniu sobie cieplejszej, parującej kąpieli - wdychając parę, magnez przedostaję się i do płuc. 










Kawa od jakiegoś czasu (początkowo niechętnie) stała się moim najbliższym kosmetykiem :) Podobnie zresztą jak ocet jabłkowy i soda! Poza tym kombuczka i rumianek - numery dwa. Kocham takie kosmetyki. Nie dość, że zdecydowanie lepiej działają na nasze ciało - jedynie je wspomagając i nie mając skutków ubocznych, to jeszcze dają tyle radości z przygotowywania! Lubię tak stanąć przed kąpielą i ogarnąć wzrokiem co właśnie sobie zgotowałam... Tu pojemniczek, tam atomizer, tu miseczka. 

Róbcie kawową maskę! Wasze nogi naprawdę tego CHCĄ :)

9.10.14

Hipokryci są wszędzie - czyli dlaczego nie wtrącam się i szanuję życie innych

Zasada jest prosta: co dasz od siebie, to do Ciebie wróci. Włącznie ze złośliwością, wytykaniem błędów, wypominaniem. Oczywiście, wliczając też miłość, szacunek, sumienność. Taka jest instant karma. Nie oszczędza nikogo i zapisuje wszystko (pozytywne odda ze dwojoną siłą, a za negatywne da nauczkę). Wierzę w to. To taka ostateczność, gdy jednak przekonujesz się, że na świecie nie ma czegoś takiego jak sprawiedliwość, uczciwość i... naturalność. I kiedy spotkasz fantastyczną osobę - z własnymi ideami, pomysłami, osobowością i prawdziwymi uczuciami, z radości nie możesz w to uwierzyć. Chciałoby powiedzieć się czasami "Gdzie mieszkasz? Chcę utrzymywać z Tobą stały kontakt!".

Jedyne, co najbardziej mnie obchodzi na co dzień - moje życie. Po prostu i najzwyczajniej myślę sobie wieczorem, co zjem jutro i co ubiorę, co powinnam zrobić, co chciałabym dokończyć, gdzie chce dobiec. Stawiam sobie cele. Jednym z nich jest budowanie własnego ja. Obchodzi mnie, co zjem - dla mnie to bardzo ważny element. Obchodzi mnie, czy o siebie zadbam i w jakim stopniu - fizycznie (kosmetycznie też) i psychicznie. Wybieram, co czytam - blogi o rozwoju osobistym, książki psychologiczne i na tematy, które mnie interesują. Przeglądając codzienną gazetę rano (a jeśli nie zdążę, to podczas obiadu) czytam wybiórczo, omijając politykę. Omijając morderstwa, gwałty, kradzieże. Omijając portale społecznościowe z daleka. Wiem, że to istnieje i wiem, co się dzieje (wystarczy, że jeżdżę pociągami i MZK oraz mam kontakt z ludźmi w ogóle). Bardziej w temacie orientować się nie muszę - to tylko przyprawia mnie o dreszcze i podświadomie czyni mnie zmartwioną. Zestresowaną. Bezradną.

IMPREZUJESZ I PIJESZ ALKOHOL? PALISZ PAPIEROSY?


To sobie to rób. Nie widzę problemu (dopóki nie zatruwasz mojego powietrza papierosowym dymem). Nie imprezuję do rana, ale skoro Ty się dobrze bawisz, to bardzo mnie to cieszy! Naprawdę :) Jesteś szczęśliwszy, naładowany pozytywną energią, uśmiechnięty i... niewyspany. Ale to nie problem! Rozumiem to w innym kontekście: mogę nie spać całą noc i normalnie funkcjonować na drugi dzień, jeśli czytałam książkę lub uczyłam się i jestem z tego zadowolona! ALE - jeśli z wielką łaską wychodzisz z pomieszczenia paląc papierosa, kiedy o to proszę, nie odpowiada mi to. Nie odpowiada mi Twoje marudzenie... "bo za dużo wypiłem, nie wyspałem się i dzisiaj nic mi się nie chce". Jedno to brak szacunku do drugiej osoby, drugie - brak szacunku do samego siebie. Kiedy mówisz mi, że taka ze mnie weganka i zdrowo odżywiająca się osoba, a jem tabliczkę czekolady na raz i popijam pepsi... paląc papierosa lub jedząc kebaba, domyśl się z kim jest coś nie tak i kto jest tutaj hipokrytą :)

DLACZEGO NIE JESZ MIĘSA?


Udzielam zwykle dwóch odpowiedzi:
1. Nie chcę jeść zwierząt.
2. Robię to dla swojego zdrowia fizycznego i psychicznego.

Normalnym ludziom mówię obie wersje. Nienormalnym (nietolerancyjnym) - tylko drugą. Idzie to szybciutko poznać po tonie, w którym rozmówca zadaje pytanie. Zależy też, czy rozmawiasz z mięsożercą czy ze swoim i po prostu wymieniacie się uczuciami. Spotkałam ostatnio przyjemną dziewczynę, która otwarcie powiedziała mi, że jej rodzina nie akceptuje (i nie ma zamiaru tego robić - zastrzegli) wegetarianizmu, a ona nie chce krzywdzić zwierząt. Kocha je i nie wyobraża sobie ich jeść i udowodni im, co jest lepsze. Ma kobitka rację! Porozmawiałyśmy od serca bardzo empatycznie. Jedna z najlepszych rozmów, jakie odbyłam na temat umysłowego podejścia do zjadania mięsa. Są jeszcze dwie inne grupy: weg(etari)anie, którzy mijają się z powołaniem oraz mięsożercy, którzy uważają, że poprzewracało Ci się w głowie. Grupa pierwsza: rozwalająca się z tematem na wszystkie strony, rozpychająca się łokciami (niech wszyscy wiedzą, jaką jestem wyjątkową osobą, nie jem mięsa, ludzie, nie jem mięsa, bo kocham zwierzęta!) i wiecznie dająca plamy w postaci skórzanej torby, chodzenia do cyrku albo naśmiewająca (serio!) się ze zwierząt. Tak się dzieje. Grupa druga: powiem krótko - "Jesteś psychopatą i masz niedobory!" powiedział człowiek niejedzący warzyw i owoców (tacy istnieją naprawdę). ALE - nie życzę sobie pouczania na temat zdrowego stylu życia od osób palących, pijących, agresywnych i niekulturalnych. Tak, nasze zachowanie też ma wpływ na zdrowie. 

TA MŁODZIEŻ TAKA NIEKULTURALNA!


Miałam wczoraj (nie)wesołą sytuację. Dzwonię w sprawie mojego chorego konia i odbiera ktoś inny (po głosie poznałam, że coś jest nie tak), więc zdziwiona pytam:
- Dzień dobry. Przepraszam, kto mówi? Chyba źle się dodzwoniłam.
- To TY do mnie dzwonisz, nie ja do ciebie! To ja się powinienem zapytać kto mówi! Zero kultury! Tu firma XYZ!

- Dobrze, rozumiem, ale jestem pewna, że wybrałam dobry numer, czy może Pan powtórzyć kto mówi?
- To JA chcę wiedzieć kto mówi! To Pani nie zna zasad?! O co Pani chodzi?!
- ... 

Niekulturalnie rozłączyłam się bez pożegnania i słowa wyjaśnienia, po prostu się odwdzięczyłam. Pan z firmy XYZ zepsuł mi wieczór. Przez chwilę było mi przykro, bo musiałam się koniecznie gdzieś dodzwonić i musiałam ponownie sprawdzić ten numer, ale się bałam. Po prostu bałam się CHAMSTWA... i hipokryzji. 

Nie jestem święta - też się czasami złoszczę na ludzi. Chociaż uważam, że nie ma osób GŁUPICH. Są osoby NIEMĄDRE, nie wiedzące jak żyć. Takie, którym nikt nie pokazał książek, filmów, muzyki, kultury w ogóle. Są też osoby NIEŚWIADOME - możliwości rozwoju, możliwości w pracy, traktowania zwierząt w rzeźniach, warunków kur, warunków dzieci uczących się w krajach Trzeciego Świata. Są ludzie NIEDOCENIAJĄCY swojego życia - potrzeba im motywacji i ukazania piękna w małych rzeczach. I są ludzie NIECHĘTNI - im trzeba pomagać i dawać nadzieję.

Są też HIPOKRYCI - a tych trzeba zdecydowanie unikać. 








Zwracajcie uwagę, z kim się przyjaźnicie, z kim rozmawiacie każdego dnia. Czasami wolę milczeć, niż słuchać niewyobrażalnych głupot. Niektórym pomieszało się w głowach. Mają radość z zadawania bólu. Mają radość z naśmiewania się. Mają radość z tego wszystkiego złego. Nie chcą mówić o uczuciach, bo to nie jest ważne. Nie chcą mówić o nauce, bo nie są kujonami. Nie chcą mówić o przyszłości, bo żyją chwilą (korzystając z niej od kilku lat i nic z tego nie mając). Nie zadbają o rodzinę, bo... przecież nie mają czasu odwiedzić starej ciotki, a do domu za daleko, żeby przyjeżdżać raz w tygodniu.













Więc: NIE PATRZCIE NA TO, CZY SIĘ OPŁACA. PATRZCIE NA TO, CZY WARTO ♥

Może nie opłaca mi się siedzieć cały weekend nad książkami, ale za 3 lata stwierdzę, że było WARTO.
Może nie opłaca mi się płacić raz po raz za leczenie zwierząt, ale ich życie i miłość mówi sama za siebie: WARTO.
Może nie opłaca mi się kupić zdrowszego jedzenia, ale w wieku 70 lat stwierdzę, że było WARTO.

WARTO USIĄŚĆ Z TYŁKIEM NA PODŁODZE I POMYŚLEĆ: CO DALEJ? JAKA JEST MOJA DEFINICJA SZCZĘŚCIA? 

SAMO SIĘ NIE ZROBI, MOI DRODZY! ♥ 





6.10.14

Wegańska opcja: co jeść po wysiłku fizycznym? Mus szpinakowo-buraczkowy z surowymi kosteczkami daktylowymi #6

Dla kogo? 

Dla osób aktywnych fizycznie, uprawiających jakiekolwiek sporty, nawet na małą skalę.


Dlaczego?

Aby dbać o siebie, swoje ciało i stan psychiczny. 


Po co?

Żeby czuć się zdrowo, lekko i zwiększyć swoje możliwości (energiczne i nie tylko)!




Propozycja nr 6: Mus szpinakowo-buraczkowy z surowymi kosteczkami daktylowymi







Składniki potrzebne na mus:
- 1 ugotowany buraczek pokrojony na mniejsze kawałki lub starty na dużych oczkach,
- 3 garście świeżego szpinaku!,
- mleko roślinne w takiej ilości, aby swobodnie zmiksować składniki (oraz do polania musu na wierzchu - lubię tak ♥ )
- jeśli będzie Ci za mało słodkie: dodaj 1 lub 2 jabłka :)

_____________________


Składniki potrzebne na batoniki RAW (mała porcja):
- 1 lub 2 szklanki namoczonych wcześniej suszonych daktyli,
- garść uprażonego sezamu,
- garść uprażonych nasion słonecznika,
- garść jagód goji,
- garść posiekanych orzechów włoskich,
- wiórki kokosowe do wyłożenia blaszki lub do obtoczenia,
- Twoje dodatki, np. rodzynki, inne suszone owoce, inne orzechy, siemię lniane, chia seeds.





Więc robimy! Buraczki gotujemy, obieramy, kroimy w kostkę (lub ścieramy na tarce) i do blendera. Szpinak myjemy i dorzucamy go buraczkom. Jeśli chcemy, dodajemy jabłka (obrane lub nie, jak wolicie, ale pamiętajcie, że w skórce jabłka są bardzo cenne pektyny). Dolewamy niewiele mleka i miksujemy. Powstałą papkę przelewamy do naczynia i polewamy dodatkowo mlekiem roślinnym (opcjonalnie).

_________________________________

Daktyle namaczamy:
- w wersji RAW: zalać wodą na noc,
- w wersji na szybko (już nie będą surowe): zalewamy wrzątkiem godzinę/pół godziny przed miksowaniem i najlepiej przykrywamy je innym talerzykiem.
Dalej. Odcedzamy, delikatnie przyciskając je łyżką, aby odpłynął nadmiar wody. Do powstałej, klejącej się papki dosypujemy wszelkie dodatki. Orzechy możemy dodać do masy i wówczas powinniśmy je drobniej posiekać. Możemy także zmiksować je razem z daktylami (wtedy też lepiej je wcześniej namoczyć). Z powstałej masy możemy zrobić:
- batony, tudzież kosteczki - wykładamy blaszkę/pojemnik papierem do pieczenia i posypujemy dół wiórkami kokosowymi, wykładamy masę (grubość jaką sobie życzymy, z góry także można sypnąć wiórków) i wstawiamy do lodówki, najlepiej na noc - nasz "placek" zrobi się twardszy i łatwiej będzie go kroić na batony,
- kuleczki - do małej miseczki wsypujemy wiórki kokosowe, w lekko zwilżonych wodą dłoniach formujemy kuleczki wielkości orzecha włoskiego i obtaczamy we wiórkach, wkładamy do lodówki na kilka godzin.

Ridi ♥ Kuleczko-batonów polecam zrobić więcej. Będzie do szkoły/na zajęcia/do pracy i do PODJADANIA (to przede wszystkim!). Najlepiej przechowywać je w lodówce, ale można je także mrozić. No albo zjeść od razu!



WARTOŚĆ ODŻYWCZA, czyli dlaczego wybrałam szpinak, buraczki oraz daktyle z dodatkami:
Szpinak: zawiera tylko ok.15 kcal na 100 g, posiada potas i magnez (potas +magnez = wspomaganie regulacji pracy serca) oraz żelazo (które bierze udział w produkcji czerwonych krwinek)
 Czerwone buraczki: wzmacniają odporność dzięki antocyjanom, oczyszcza krew, wspomaga krążenie i jest lekkostrawny (można więc wypić sobie trochę soczku z buraczka przed treningiem)
♥ Daktyle z dodatkami: daktyle mają aż 73 g cukrów prostych na 100 g, są więc idealnym źródłem energii, sezam jest za to źródłem wapnia i wpływa dobrze na układ mięśniowy, podobno systematyczne spożywanie jagód goji wzmacnia stawy i kości, orzechy włoskie są kaloryczne, ale to znaczy, że zawierają też węglowodany - dla nas wskazane!

Korzystając z tego, że jest sezon na orzechy włoskie, polecam zapoznać się z ich wartościami odżywczymi i leczniczymi. Chyba dodam je do listy superfood, do której należą m.in. chia seeds i od niedawna płatki owsiane :)


Poniżej podaję linki do:
 propozycji #1,
 propozycji #2,
 propozycji #3,
 propozycji #4,
 propozycji #5.




UWAGA: Ten post oraz inne znajdujące się na blogu nie zastępują profesjonalnej opinii trenera, dietetyka czy lekarza.