27.9.14

Rodzicielstwo Bliskości: RB w moim domu #4

Otrzymuję od Was wiele komentarzy, z reguły są one miłe. Jeden z czytelników anonimowo stwierdził, że wygląda mu to bardziej na bezstresowe wychowanie niż na RB. Przypomnę – RB ma być rodzicielstwem intuicyjnym, nie powinno wpadać w kłębek reguł i granic… Nie spodziewałam się takiego odzewu z Waszej strony, z czego niezmiernie się oczywiście cieszę! Niemniej jednak z tego powodu poczuwam się do wyjaśnienia Wam jednej, istotnej sprawy (stwierdzam to po pytaniach zadawanych przez Was w komentarzach): Taty. W pierwszym poście zaznaczyłam, że świadomie nie wspominam o niektórych osobach, ponieważ jest to sprawa prywatna, ale niektórzy byli wręcz oburzeni faktem, że o Tacie nie mogą nic przeczytać. Życie jest, jakie jest. Naprawia się to, co naprawić można.  Na niektóre sytuacje wpływu się nie ma. Mój Tata zginął, kiedy miałam 4 lata. Moja siostra, o której tutaj czasami wspominam nie jest moją rodzoną, biologiczną siostrą. Łączą nas jednak więzy krwi i tak zostałyśmy wychowane - wspólnie. Jest młodszą ode mnie o rok Ciocią, prawdziwą siostrą mojej Mamy. Mieszka z nami odkąd zmarła jej Mama (czyli moja Babcia i Mama mojej Mamy). Spokojnie, nie oczekujemy współczucia. U nas wszystko w porządku J

Dzisiejszy post będzie odpowiedzią na wszelkie Wasze pytania i wątpliwości – taki zrzut luźnych myśli i spojrzeń na sytuację. Od siebie dodam to, co jest u nas nieidealne. Spory są w każdej rodzinie, ale w nie każdej jest szacunek. Szacunek i szczerość na miejscu pierwszym.

Byłam grzecznym dzieckiem, ale jak każdy – miałam cięższe i bardziej zawzięte dni. Z opowiadań Mamy: nigdy nie chciałam wyjść z wody (wanna, prysznic, morze, jezioro, basen). Mogłam być sina z zimna, mogłam trząść wargami i całą resztą ciała, Mama mogła wołać raz i drugi (wystarczy). Słysząc „Mamo, dam radę” i „Mamo, proszę, wcale nie jest mi zimno” odpuszczała. Stwierdzała, że skoro lodowata woda nie robi na mnie wrażenia, to wyjdę z niej sama, kiedy faktyczni stwierdzę, że chcę przytulić się do kocyka. Nie przypominamy sobie negatywnych konsekwencji długich wodnych zabaw.

Podobnie wyglądało z zasypianiem. Chociaż były różne etapy – spania z Mamą, spania samemu, znowu powroty do Mamy. Nie kazano mi zasypiać teraz i natychmiast. Był okres, kiedy we dwie z siostrą spałyśmy w łóżku Mamy. Był też taki, kiedy obie chciałyśmy, aby Mama zasypiała z każdą z nas (z osobna, ponieważ miałyśmy piętrowe łóżko). Było tak: na zamianę (co drugi dzień) Mama zasypiała raz u góry i szła na dół, a raz na dole i wchodziła do góry. Zawsze przychodziłyśmy do domu o godzinie 19:00 w rok szkolny. We wakacje miałyśmy czas do 22:00, czasami nieograniczony. Wieczorem Mama zawsze czytała nam bajki, czasami do późna. Mogłyśmy wybierać same. Pamiętam okres, gdzie wciąż czytano nam baśń „Dlaczego woda morska jest słona?”. Do dziś znam początek na pamięć (prawdopodobnie tak samo jak nasze starsze koleżanki, które przychodziły się z nami bawić J)!

Nie jestem idealna – do teraz potrafię się czymś zdenerwować. Denerwuję się, gdy mi się coś często powtarza. Mamy z Mamą układ, że jeśli coś ode mnie potrzebuje mówi mi to i zapisuje na kartce, którą później zostawia na biurku. Jeśli prosi mnie o jakiś przepis – znajdę go do wieczora albo do końca tygodnia (zależy na kiedy potrzeba), jeśli chce, abym coś wydrukowała – wydrukuję. Tylko niech (na miłość boską – dotyczy to każdego…) nikt nie chodzi za mną i nie powtarza: zrób to, zrób tamto. Wystarczy mi powiedzieć raz. Karteczka jest po to, abym nie zapomniała. Jestem bardzo karteczkową dziewczyną i wszystko sobie zapisuję (aż naszła mnie myśl, żeby napisać post o organizacji swojego czasu i życia, ale muszę skonfrontować ten pomysł ze światłem dziennym). Ja jestem spokojna i Mama dostanie to, o co prosiła J Po prostu nauczyłyśmy się siebie wzajemnie. Jest łatwiej.

Krzyk i nerwy – nie przypominam sobie, aby Mama na mnie krzyczała (może wymazałam to z pamięci? J). Jeśli Ona była czymś zdenerwowana, szanowałyśmy to. Szanowałyśmy, jeśli chce pomilczeć lub wypłakać się. Podobnie jak Ona, nie lubię zbytecznego pocieszania i rozczulania się nad sobą. Lubię, kiedy pozwala mi najpierw popłakać i pobyć sama ze sobą, a później dawała mi szansę wygadania się.
Dzięki, Mamo, że jesteś Przyjaciółką i Matką w jednym.

Na myśl przychodzi mi jednak śmieszna (dla mnie) i tragiczna (dla Mamy) sytuacja. Dzieci, jak to dzieci, czasami się nudzą. Byłyśmy we trzy: ja, siostra i kuzynka (Misia, to o Tobie!). Były wakacje, a my chodziłyśmy do podstawówki. Chciałyśmy koniecznie jechać się wykąpać w jeziorze, ale Mama nie miała siły. Nie chciała nas zabrać. W ostateczności przekonałyśmy ją. Pojechałyśmy w najbliższe miejsce. Wiocha totalna, jedna wąska droga. Nie było gdzie zawrócić, więc Mama wjechała na pole. Nie dała rady wjechać dokładnie, po prostu się nie zmieściła. Musiała wycofać, bo na drodze stanął strumyk. Z wodą i głębokim rowem oczywiście J Stało się tak, że wrzuciła wsteczny i dodała powoli gazu, a samochód… do przodu! Ku radości trójce dziewczynek na tylnym siedzeniu. Mama w nerwach. Podejście drugie niezaliczone – znowu coraz bliżej dziury. Chichoty z tyłu. Podejście trzecie niezaliczone, ale śmiechu wiele! Mama się zdenerwowała i nakrzyczała na nas, że możemy wjechać do rowu i już nie wyjechać i, że mamy przestać żartować! Cóż, chyba żadna z nas się tym nie przejęła, ale cisza się zrobiła, nerwy Mamy opadły i jakoś wsteczny zadziałał J Zmęczona Mama do dzisiaj wspomina, że chciała nas z samochodu… wysadzić. Dzięki, Mamo, że pojechałaś się z nami wykąpać!

Szkoła i lekcje – w tych kwestiach byłam obowiązkowa (i jestem nadal). Moim niezmiennym od trzynastu lat rytuałem jest nauka zaraz po powrocie ze szkoły. Poświęcałam z reguły także godzinę, nawet gdy niczego nie musiałam odrabiać. W podstawówce czytałam dużo przyrodniczych książek, w gimnazjum interesowałam się językiem polskim, w liceum uczyłam się języków obcych i przedmiotów maturalnych – wszystko to dobrowolnie, mając na względzie swoją przyszłość. Byłam obowiązkowa, ale mimo tego w liceum chodziłam na wagary kontrolowane. Najpierw dzwoniłam do Mamy i przedstawiałam sytuację (nigdy nie kłamałam). Wychodziłam z reguły zawsze, kiedy były tzw. okienka lub zastępstwa. Beznadziejna sprawa. Siedzisz trzy godziny i nic nie robisz (przepraszam, ale dla mnie to były nudy). Uważałam, że to strata czasu i Mama podzielała moje zdanie. Dostawałam przyzwolenie na wyjście i wracałam do domu. Jest to szczególnie wygodne, gdy dojeżdża się pociągiem i mieszka 50 km od miejsca pobierania nauki. Z perspektywy czasu nie wydaje mi się, żebym coś straciła – zwłaszcza, że nadrabiałam w domu. Zamiast przegadać marne zastępstwa, uczyłam się sama w domu. Uczyłam się lub robiłam to, co lubię: jechałam do koni, zajmowałam się moim Siwym Staruszkiem, miałam pierwsze podejścia do biegania, czytałam książki. Co z tego wynika? Tylko zysk. Czysty zysk w postaci dobrze (satysfakcjonujące wyniki) zdanej matury i rozwijania swoich zainteresowań. Wnioski? Nie marnować czasu. 
Czas to najlepsza inwestycja w samego siebie.

Chociaż niektórzy dziwili się, jak Mama może mi na takie coś pozwalać, ja dziwiłam się z innych powodów. Dziwiłam się znajomym, że kłamią. Dziwiłam się, że nie mówią rodzicom o jedynkach, bo dostaną szlaban/zabiorą im komórkę/zabronią korzystania z komputera. Dziwiłam się, że potrafią wychodzić co piątek na imprezy, a w poniedziałki chwalić się ile wypili. Gdy dochodziło do skrajnych sytuacji: ich rodzice przychodzili do szkoły krzyczeć na nauczycieli, wypraszać dwóje, błagać o zaliczenia. Tak to jest w tych czasach – „dorosłe” dziecko potrafi skorzystać z dowodu osobistego do wiadomych zakupów, ale nie potrafi normalnie porozmawiać o swoich problemach („Moja Mama musi pogadać z tym nauczycielem! Inaczej będę miała przekichane!"). Do tego - uważa, że mu się NALEŻY...


Inne aspekty przedstawię w kolejnych częściach. Nie chcę przerażać Was ilością tekstu J Pamiętajcie, że nigdy i nigdzie nie będzie idealnie. Czas się za wszystko zabrać w tej chwili. Zawsze można wszystko naprawić. Jeśli wczoraj nie miałam do Ciebie cierpliwości, oddam Ci ją dzisiaj ze zdwojoną siłą!

 Stare, dobre czasy są tu i teraz… 

24.9.14

Nie wstydzę się tego, kim jestem

Jesień! Piękna, nadal ciepła, z deszczykiem, tęczą, zrzucająca liście i malująca krajobraz na pozornie szary i monotonny: zaorane świeżo pola. Nad nimi najpiękniejsze zachody słońca. Róże, krwiste czerwienie, przerażające zachmurzenia. Przynajmniej u nas, na wsi. A w domu sielanka, polarowy koc, herbata, kompoty, soki, pieczone jabłka z cynamonem. Specyficzny (w ostateczności bardzo przyjemny) nastrój. Taka jest moja wizja jesieni. Taka jest wizja wielu z nas.


Szybko się wzruszam. Jestem bardzo emocjonalna. Nienawidzę krzywdy, która dotyka innych. Nienawidzę bólu zadawanego zwierzętom. Nienawidzę fatalnych warunków, w których żyją zwierzęta przemysłowe. Nienawidzę tego, co ma do czynienia z niesprawiedliwością i niewolnictwem. 

Dlatego tak bardzo boli mnie widok starszego Pana, ledwo pchającego rower poprzerzucany workami z kasztanami. Biorę pod uwagę: chory lub nie, z emeryturą lub nie, rencista lub nie, wdowiec lub nie, ma dzieci lub nie, gdzie mieszka i czy daleko, ma dom czy nie, ma jakikolwiek dochód czy nie, choruje czy nie, i... ile ma lat? Ile lat ma człowiek, którego mijam samochodem? Samochodem. Popijając sobie świeżo wyciśnięty sok z jabłek. Z zakupami. Wracając do domu. Rozmawiając i śmiejąc się z Mamą. Cholerna ze mnie szczęściara, myślę sobie. I chce mi się płakać. Ale naprawdę to cenię.

Obładowana zakupami odchodzę od kasy. Za oknem widzę innego Pana, trochę zaniedbanego, z ledwo żyjącym rowerem. Je łapczywie suchą bułkę. Patrzę w swoje zakupy. Luksus. Mam to szczęście, że mogłam wziąć z półki to, na co mam ochotę. Mogłam wziąć jeszcze na jutro. I dwa kilo mąki więcej, bo była w promocji. Mogłam zrobić zakupy tak, aby najeść się dziś i jeszcze za tydzień. I chce mi się płakać. Doceniam.

Chce mi się płakać, że jadę samochodem, a Pan mający ok. 75 lat pcha poboczem obładowany cennymi dla niego zbiorami rower. Chce mi się płakać, że przechodzę obok głodnego mężczyzny, pachnąca perfumami (może nie najdroższymi, ale jednak), z paznokciami pomalowanymi pod kolor sukienki. Chce mi się płakać, bo przepaść między nami jest tak ogromna, że nie idzie jej przeskoczyć. Nie masz też wpływu na matkę, która krzyczy na małe dziecko. Jakby to ona jeszcze nie zdążyła zrozumieć dziecka, a nie maleństwo w wózku. 

Chce mi się płakać, kiedy biegnę i mija mnie ciągnik z przyczepą pełną świń. Po brzegi. Nogi za barierką, głowy wystające ponad. Nie rozumiem dlaczego nie mogą być chociaż godnie przewiezione? Nie mogą godnie zmieścić się na przyczepie. Przecież to śmieszne! Gospodarze są na zaawansowanym stopniu chamstwa. Wydaje mi się? Zwariowałam? Nie wierzycie? Mam zacząć robić zdjęcia?


Zdjęcie: Lady Amarena





Życie jest PROSTE i to mi się akurat nie wydaje. Ja to wiem. Jestem tego pewna. Jest PROSTE i PIĘKNE. Niebywale piękne. Dlatego już nie wstydzę się tego, kim jestem. Kiedyś chowałam się pod skrzydłem Mamy, kiedy ktoś krytykował mój styl odżywiania się. Zostawałam sama w towarzystwie, kiedy okazywało się, że nie piję alkoholu i z nikim nie wyjdę na fajkę. Przestawałam biec, kiedy spotykałam na trasie kogoś znajomego (np. sąsiada), by uchronić się od uszczypliwymi komentarzami. Teraz wiem, że wystarczyło zmienić znajomych z pijących na niepijących lub żadnych :) Teraz wiem, że kiedy ktoś atakuje mnie, ja mam prawo zaatakować go (chociaż rzadko to stosuje, ale świadomość pomaga). Mogę na przykład zarzucić go artykułami o prawach zwierząt, sterroryzować książkami i badaniami (mam ochotę, ale tego nie robię, jestem mięczakiem). Mogę także na zapytanie: "Jesteś taka chuda! Chcesz schudnąć więcej?! Oszalałaś?!" odpowiedzieć złośliwe TAK, CHCĘ. 







Żeby jednak mimo wszystko zachować tutaj miły, radosny (bo takie jest życie!) akcent, mała anegdotka. Zaskoczyłam nieświadomych mojej obecności rozmówców :)


„- Rozmawiamy o Tobie, bo to jest temat tabu.
- Jedzenie jest tematem tabu?
- Wiesz, nie jedzenie, tylko ten Twój wegnizm.”


Aaaaaha, no tak. To zrozumiałe! :)



22.9.14

Wegańska opcja: co jeść po wysiłku fizycznym? Sorgo z pieczoną dynią w asyście kiszonej kapusty #4

Dla kogo? 

Dla osób aktywnych fizycznie, uprawiających jakiekolwiek sporty, nawet na małą skalę.


Dlaczego?

Aby dbać o siebie, swoje ciało i stan psychiczny. 


Po co?

Żeby czuć się zdrowo, lekko i zwiększyć swoje możliwości (energiczne i nie tylko)!




Propozycja nr 4: Sorgo z pieczoną dynią w asyście kiszonej kapusty




Potrzebne składniki (na 1 osobę):
- 2-3 garście sorgo, 
- ćwiartka dyni lub pół małej,
- szklanka kapusty kiszonej,
- ewentualnie: sól i inne przyprawy.

Najważniejsze w tym jedzonku jest to, aby namoczyć sorgo na noc i dopiero na drugi dzień gotować je (w tej samej wodzie) przez ok. 40-45 minut. Smakuje delikatnie, jest neutralne, dlatego pasuje do dań na słodko i na słono. Woda podczas gotowania silnie zbrązowieje, ale jest to naturalne, więc nie ma się co martwić. Dla mnie idealnym sorgo jest sorgo nie solone.

Dynię pieczemy w piekarniku w ok. 100 stopniach C przez ok. 30 minut. W ostateczności wszystko zależy od odmiany i świeżości, ale ma upiec się na miękko, na cudownie rozpływające się w ustach puree :) Dokładamy kapustkę!

Największą frajdą jest wydłubywanie dyni (podobnie jak kabaczka, bakłażana itp.) i jedzenie dania z przyjaciółką! Z którą tak zupełnie przypadkiem przebiegło się ponad 10 km :)





WARTOŚĆ ODŻYWCZA, czyli dlaczego wybrałam sorgo, dynię i kiszoną kapustę:
 Sorgo: jest bezglutenowe, na 100 g ma ok. 330 kcal, 66 g węglowodanów (głównie skrobi), 10 g błonnika, 10 g białka (w tym lizyny biorącej udział w budowie mięśni i kości oraz przeganiającej wszelkie przeziębienia), posiada także magnez, który wspiera tkanki kostne, a który w związku z miedzią wspomaga organizm w zdobywaniu energii.
 Dynia: pomaga w odchudzaniu (dzięki zawartości celulozy) i jest niskokaloryczna (wiadomość dla chcących zgubić kilogramy, u mnie w jadłospisie znajduje się ze względu na smak), odkwasza organizm.
♥ Kiszona kapusta: wzmacnia odporność!, wzmacnia kości i mięśnie (np. sercowy), także jest zalecana dla osób odchudzających się, ponieważ zawiera 16 kcal w 100 g (o tym akurat nie wiedziałam...)

SMACZNEGO!
Zapraszam na Facebooka ♥ Tam na pewno dowiecie się o dalszych biegowych planach, możecie się ze mną pojogować, możecie się zmotywować i znaleźć mnóstwo (nie tylko kulinarnych) inspiracji! Do następnego razu! Chciałam pokazać Wam ciasta i ciastka z Ciachomanii (piekąc pomyślałam: nie robię zdjęć, jak wrócę to zrobię drugą porcję) oraz dodać przepis, ale... zasłodziłam się na czas nieokreślony :)

Poniżej podaję linki do:

 propozycji #1,
 propozycji #2,
 propozycji #3



UWAGA: Ten post oraz inne znajdujące się na blogu nie zastępują profesjonalnej opinii trenera, dietetyka czy lekarza.

20.9.14

Rodzicielstwo Bliskości: RB w moim domu a weganizm #3

Posty o RB przygotowuję z wyprzedzeniem. Piszę je na spokojnie, wieczorami, kiedy wiem, że mam czas. Mam czas na wszystko. Mam 19 lat i szansę na prawdziwe, piękne życie. Dzięki, Mamo, że mnie wspierasz. Dzięki, Mamo, że pozwalasz mi być SOBĄ. Dlatego – proszę o zrozumienie – dzisiejszy post będzie się różnił od poprzednich. Dzisiaj przedstawię konsekwencje RB. Dzisiaj powiem, dlaczego jestem szczęśliwym dzieciakiem (tak, nadal J)i dlaczego dziękuję za to Mamie.

WYBÓR i WOLNOŚĆ –droga do samodzielności i szczęścia


Mama dawała mi wybór: jabłko lub banan, las lub jezioro, teraz lub później. Kiedy byłam starsza mogłam sama odpowiedzialnie ocenić, czy zadaną pracę domową mogę odrobić w niedzielę wieczorem (ponieważ nie zajmie mi ona wiele czasu), czy muszę zacząć się nad nią zastanawiać już w piątek po szkole. Sama decydowałam też, czy jestem głodna (i czy potrzebuję kanapki do szkoły – przez pewien okres nie nosiłam w ogóle, bo po prostu ich nie zjadałam) czy może mam ochotę tylko na deser (tzn. owoce). Dzięki temu bez strachu mogłam oznajmić (w szóstej klasie podstawówki), że nie chcę już jeść mięsa. Wówczas miałam na myśli skrzydełka, parówki, szynki i inne oczywiste mięsne jedzenie. Stopniowo wyeliminowałam: zupę na kościach, żelatynę, podpuszczkę, ryby, sery oraz nabiał (w tej chwili). Mama nie naśmiewała się z mojego pomysłu, nie dziwiła się. Później zawarłyśmy pakt: nikt nie zmusza Cię do jedzenia mięsa, ale Ty go nam nie obrzydzasz ani nie namawiasz do wegetarianizmu. Nie chodziło o to, że ma się stać tematem tabu, wręcz przeciwnie: często się o tym rozmawiało. Teraz temat zdrowego odżywiania kręci się u nas w domu całkiem często i wszyscy są nim zainteresowani. Po prostu chciałyśmy uniknąć poróżnień (np. o fuj, surowe mięso, ohyda, to śmierdzi, to żyło itp.) Okej, Mamo, to był strzał w dziesiątkę. Każdy musi przekonać się sam. Jedynym warunkiem, jaki postawiła Mama (kiedy zrozumiała, że wegetarianizm traktuję na poważnie), była wizyta u dietetyka. Rozumiałam. Każda Mama by się martwiła (to naturalne), ale nie każda by pozwoliła. Dzięki, Mamo, że nie tłumiłaś mojej wrażliwości. Dzięki, Mamo, że pozwalałaś (i nadal pozwalasz) iść za głosem serca. Dzięki, Mamo, że uszanowałaś mój wybór.

Od tego zaczęło się wszystko. Wegetarianizm, jazda konna, wydanie książki (TUTAJ), gotowanie, rozwój osobisty, weganizm, bieganie, udział w manifestacjach, joga, praca przy koniach, teraz blog. Mogłam (i mogę) porozmawiać z Mamą o wszystkim. Nie odrzuca żadnej koncepcji, nawet tej zupełnie innej. Wiele akceptuje i zestawia w porównaniach. Nigdy nie mówi „Mój pomysł jest lepszy, Twój nie ma sensu”. Najczęściej zdaje się oznajmiać: „Jeśli uważasz, że to jest dla Ciebie dobre, to musi być dla Ciebie dobre.” Nie wtrąca się wścibsko, lecz robi burzę mózgów – daje setki propozycji, możliwości i idei. Wiele poświęca i jest niezwykle pozytywna nawet o piątej rano w grudniowy, zasypany śniegiem świat. Najpierw panikuje, że nie zdążymy na pociąg, później denerwuje się na nieodśnieżoną drogę i minusową temperaturę, ale marudzić wolno tylko jej. Mi nakazuje przypominać na głos zeszłe lato. Podobnie czyni po smutnych doświadczeniach z ludźmi. Ktoś sprawił Ci przykrość? Niesłusznie osądził? „Uświadom sobie, kim jesteś, ile w życiu przeszłaś, jak żyjesz i jaka jesteś szczęśliwa. Przypomnij sobie, kiedy komuś sprawiłaś radość. Przypomnij sobie uśmiech. Jeden zły dzień nie oznacza złego życia.” A teraz…

…. zrozum, że nigdy nie jest za późno. Myślę sobie, że nie jest za późno, żeby zacząć biegać, chociaż byłoby łatwiej, gdybym zaczęła uprawiać jakiś sport będąc w przedszkolu. Więc biegam. Męczyłam się po trzech minutach, gdy zdecydowałam się wyjść i truchtać. Teraz się męczę po czterdziestu. Co z tego, że mijają mnie na drodze osoby biegające po dwie godziny i nie mające nawet wypieków na twarzy? Życzę im powodzenia, bo teraz już rozumiem, jak bardzo musieli się postarać.

Moje życie ma być ciągłym wzrastaniem. Nasz dom jest oazą dla mnie i reszty domowników i taki dom chcę stworzyć w przyszłości swojej rodzinie. Kocham siebie i chcę tą miłość dzielić między innymi. Chcę być autorytetem dla Dzieci. Chcę być prawdziwą Matką. Chcę być prawdziwą Obywatelką Ziemi mającą swoje prawa, ale także obowiązki. Życie ciągle sobie eksperymentuje. Grunt, to dostosowywać się do zmian i nie trwać uparcie w jednej teorii (np. konieczności jedzenia mięsa). Wierzę, że nieograniczone są możliwości ludzkiego umysłu. Chciałabym pokazać Wam, czy łatwo jest być sobą (oraz co mówią ludzie, jak reaguje środowisko, używam środków do celu, jak się motywuję, co jem, co robię, o co dbam i na co zwracam szczególną uwagę) i częściowo realizuję to poprzez blog. Może dzięki temu, ktoś weźmie się w garść. Może i ja zmobilizuję się bardziej, niż bym chciała.


Życie.
Czas start!



Zdjęcie: Lady Amarena 








Macie świadomość, co daje największego kopa do rozwoju? Akceptacja ze strony rodziny. A poczucie pełni szczęścia? Jej wsparcie. Myślę, że zezwolenie na wegetarianizm było jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie Mama dla mnie zrobiła. Dzięki, Mamo. 

Zapraszam do przeczytania poprzednich wpisów o RB tutaj i tutaj oraz  na zakulisowego Facebooka. ♥

15.9.14

Wegańska opcja: co jeść po wysiłku fizycznym? Karobowy budyń z kaszy manny z sezamem #3

Dla kogo? 

Dla osób aktywnych fizycznie, uprawiających jakiekolwiek sporty, nawet na małą skalę.


Dlaczego?

Aby dbać o siebie, swoje ciało i stan psychiczny. 


Po co?

Żeby czuć się zdrowo, lekko i zwiększyć swoje możliwości (energiczne i nie tylko)!



Propozycja nr 3: Karobowy budyń z kaszy manny z sezamem




Potrzebne składniki:
- szklanka mleka roślinnego,
- 4 łyżki kaszy manny,
- 1 łyżka cukru (opcjonalnie - jeśli użyjecie np. waniliowego mleka sojowego, cukier jest zbędny),
- 1 łyżeczka karobu (lub kakao),
- 2 łyżki sezamu (i trochę do posypania budyniu).




Mleko gotujemy, rozpuszczamy karob i cukier. Dosypujemy kaszę mannę i gotujemy aż do zgęstnienia (ok. 2 minutki). Czekoladową masę miksujemy razem z ziarnami sezamu (ja lubię właśnie tak, ale można to ominąć i dosypać ziarna sezamu osobno - niezależnie od tego budyń ma być gładką masą, lekko lejącą się). Gotowe :)

P.S. Sposobów gotowania kaszy jest wiele. U mnie kaszę dosypuje się do gorącego mleka. Niektórzy wsypują ją od razu do zimnego i przygotowują ją w ten sposób. Zrób po swojemu :)










WARTOŚĆ ODŻYWCZA, czyli dlaczego wybrałam kaszę mannę, karob i sezam:
 Kasza manna: lepsza od wszystkiego (jak w ogóle wszystkie kasze), zawiera witaminy z grupy B(1, 2, 6, PP), kwas foliowy, żelazo, jest lekkostrawna (możemy ją więc zjeść także przed wysiłkiem), jest bardzo sycąca i dla niektórych może stanowić pełny posiłek, ale dla mnie... cóż, to tylko przekąska :)
 Karob: przede wszystkim nie zawiera cukru i kofeiny (jak kakao) oraz poprawia odporność (bardzo ważne w okresie jesienno zimowym, kiedy np. ćwiczymy na świeżym powietrzu lub biegamy)
♥ Sezam: u mnie jest głównym źródłem wapnia (wspiera: kości, żeby, układ mięśniowy, serce), zawiera też białko oraz witaminy z grupy B, które wzmacniają odporność. Sezam + karob +kasza manna stały się dla mnie połączeniem nr 1!


SMACZNEGO!

P.S. Jogowanie się nad Wisłą (tzn. na świeżym powietrzu) okazało się przyjemniejsze (mimo piasku w skarpetkach, butach, między palcami i w majtkach) niż w zamkniętym pomieszczeniu. Żebym u siebie znalazła takie miejsce...

Zapraszam na Facebooka ♥

Poniżej podaję linki do:
 propozycji #1,
 propozycji #2.


UWAGA: Ten post oraz inne znajdujące się na blogu nie zastępują profesjonalnej opinii trenera, dietetyka czy lekarza.

13.9.14

Rodzicielstwo Bliskości: RB w moim domu #2

Pisałam już o zabawie w błocie oraz robieniu krzywych, brzydkich pierników w pierwszej części o RB z punktu widzenia dziecka tutaj. Dostałam od Was kilka naprawdę miłych komentarzy. Wy, Wasza aktywność i wiara w RB, dajecie mi wsparcie. Pan Damian z NVC zadał mi trzy pytania, mianowicie:

1. Czy rodzice czegoś mi odmawiali, zakazywali jakichś rzeczy? I jeśli tak, to rozmawiali z Tobą o tym, o uczuciach? Jak patrzysz na to z perspektywy czasu?

2. Co wspominam najmilej?

3 Jest coś, co mi się nie podobało i z czym się nie zgadzasz w podejściu mojej Mamy (do mnie)? (Na to pytanie odpowiem w kolejnym poście. Nie chcę, by wpisy były zbyt długie.)

Odpowiedź na te pytania oraz inne fakty znajdziecie w tekście poniżej.

O zakazach, nakazach i obowiązkach także planowałam napisać. Niestety – żadnego zakazu nie mogę sobie przypomnieć (aż sama jestem zszokowana, bo nie byłam tego świadoma). Nie miałam również typowych obowiązków. Coś, co jednak zawsze w naszym domu było niezależnie to RYTUAŁY. Rytuały, które sprawiały, że jako dziecko czułam się bezpiecznie i wcale nie byłam pokrzywdzona (kiedyś i teraz także się nie czuję z tego powodu gorsza). Przykładem może być wracanie do domu o 19. Jako, że wychowywałam się w bloku, podwórko miałam wspólne z innymi dziećmi. Rówieśnicy spędzali na nim wiele więcej czasu niż ja z siostrą i bawiły się do późna – niezależnie od roku szkolnego czy wakacji. Ja jednak oglądałam wieczorynkę i szłam się kąpać. Tak wyglądała cała moja podstawówka. Kiedy jeszcze nie chodziłam do szkoły, ale także w klasach 0-4/5 Mama każdego wieczoru czytała nam książki. Miałyśmy swoje ulubione, ale w najmłodszych latach poznałyśmy też klasykę – Małego Księcia, Opowieść wigilijną, Dzieci z Bullerbyn, Anię z Zielonego Wzgórza oraz kilka innych pozycji z listy lektur do podstawówki i gimnazjum. Poza tym, że kochałyśmy, kiedy nam czytano na wieczór, miałyśmy ułatwione zadanie w szkole – czytałam szybko i dla przyjemności, dokładnie znałam wydarzenia i z przyjemnością odrabiałam lekcje.  Nie miałam problemów. Mama lekko przyswoiła nam wiedzę z wielu dziedzin. Uczenie się z przyrody było dla mnie ogromną radością. Znałam wiele Parków Narodowych (zabijcie mnie,  teraz wymienię tylko kilka), wiedziałam jakie liście pochodzą z jakich drzew i które kwiaty są pod ochroną (tym akurat mogę pochwalić się nadal). Cóż, może właśnie dlatego zabierano mnie na wszystkie konkursy. Z czasów szkoły ważne jest jeszcze jedno – Mama nigdy nie odrabiała za mnie lekcji. Nigdy nie pisała za mnie wypracowania, nigdy nie wyliczała za mnie zadań i nigdy nie rysowała obrazków (mimo tego, że byłam beztalenciem). Będąc dzieckiem czasami się złościłam, zwłaszcza, gdy w grę wchodziła plastyka. Teraz Jej za to dziękuję. Nie ma w tym nic dobrego i nie lubię, gdy rodzice odrabiają lekcje za swoje dzieci, bo „On(a) tego nie potrafi narysować”. Teraz jestem zwolenniczką DIY, uwielbiam szyć i tworzyć. Co prawda nie zdarza mi się rysować, ale pobawić się w robienie kartek na święta już owszem.


Po rozmowie z Mamą nt. zakazów w naszym domu, stwierdzam, że nieźle sobie z nami radziła. Powiedziała, że gdy siadałyśmy przed telewizorem starała się nas zająć czymś innym. „Idziemy na spacer” albo „Malujemy farbkami?” zdawało się działać cuda, skoro nikt nie protestował J Mama pozwalała na wiele, ale Dziadkowie podobno na wszystko (wcale nie biegałam z gołym tyłkiem po domu i wcale nie wyrzucałam wszystkich ubrań z szafy J). Moja Rodzicielka mówiła, że byłam grzeczna, a diabeł pojawiał się w jedne sytuacji: gdy miałam wyjść z wody (nad jeziorem lub nad morzem). Podobno byłam sina z zimna, ale „Mamo, dam radę!” i „Chcę popłynąć dalej!” nie skutkowały na moją korzyść.


Spontaniczność – ulubiona cecha w mojej Mamie. To najmilej wspominam, to w niej kocham i na to liczę na przyszłość. Co z tego najczęściej wynikało? Wyjazdy nad morze, zdecydowanie. Kontrolowane wagary także (cokolwiek pomyślicie, mamy inne spojrzenie na szkołę – ten długi temat pozostawię na następny post). Kontrolowane wagary to takie, z których nie wynikają kłopoty ani późniejsze braki wiedzy, którą powinniśmy posiadać. Ze spontaniczności wyniknął także koń. Ten stary Siwy przyjechał do nas, bo kiedy Mama usłyszała (w rozmowie innych osób – wersja opowieści skrócona J), że ma pójść na rzeź. Powiedziała: „Przywieźcie go do nas!”. Szczerze? Wszyscy baliśmy się go przez pierwsze pół roku, nie wiedzieliśmy jak założyć kantar, a gdy nam uciekł – biegaliśmy za nim z cukierniczką (to nie żart). Koń był przełomem w moim życiu. Zaczęłam się interesować jeździectwem, później naturalnym zachowaniem koni, później zadecydowałam o przejściu na wegetarianizm, napisałam przygodową książkę o traktowaniu koni w szkółkach jeździeckich i… właśnie rozpoczynam studia na fizjoterapii weterynaryjnej, aby móc pomagać i ulżyć w bólu schorowanym zwierzętom (głównie koniom).


Reasumując: nie miałam zakazów i obowiązków w domu, ale wszystko przebiegało sprawnie. Nie nadużywałam telewizji ani komputera. Pierwsze, co robiłam, gdy wracałam ze szkoły: uczyłam się (do teraz mi to zostało). Z wiekiem zaczęłam pomagać w pracach domowych i w tej chwili mogę (a nawet chcę!) zrobić wszystko. Myślę, że dzięki temu mam czas. Mam czas na to, żeby sprzątnąć u konia (tak, ja się zajmuję bieganiem z taczką, machaniem widłami, umawianiem się z kowalem i weterynarzem oraz zamawianiem słomy i siana), wyjść pobiegać, czytać książki i uczyć się. Dzięki temu, że miałam wybór – telewizja lub książka, komputer lub koleżanki, siedzenie w domu lub wyjście. Szybko nauczyłam się, co jest lepsze, ale przede wszystkim miałam autorytet Mamy. Ona nigdy nie wymagała: „Powiedz dziękuję, powiedz poproszę, powiedz to, powiedz tamto.” Ona pokazywała, jak to robić. „Czy mogłabyś podać mi widelec, proszę?”, „Czy mogłabyś wynieść śmieci?”, „Czy masz czas dzisiaj pójść z psem na spacer czy ja mam to zrobić?”. Jak człowiek ma wybór, to wybiera lepszą drogę, uwierzcie. Kiedy czasami (może z trzy razy na cały etap mojej dotychczasowej edukacji) powiedziała do mnie „Odrób lekcje”, wściekałam się. Miałam ochotę wtedy nie uczyć się na złość Mamie. Kocham ją najmocniej, ale chyba nikt nie lubi, kiedy mu się dyktuje? Dzięki, Mamo, że zawsze dawałaś wybór. Dzięki, Mamo, że miałaś zaufanie do dziecka. Dzięki, Mamo, że nigdy mi nie rozkazywałaś. Dzięki, Mamo, że Twoim postępowaniem wobec mnie, nauczyłaś jak ja powinnam postępować wobec innych. „Kto na Ciebie kamieniem, Ty na niego chlebem” – mówi zawsze Mama. Tego nauczyła Jej Mama i tego ja nauczę swoich dzieci.



GRATULUJĘ wszystkim Rodzicom, którzy zdecydowali się na RB. Jesteście wielcy! 

10.9.14

Domowe suszone pomidorki koktajlowe

Wczoraj spotkało mnie kilka pięknych chwil, mianowicie:


1. Moja masażystka stwierdziła, że fizjoterapia dla zwierząt jest naprawdę dobrym kierunkiem i pogadałyśmy sobie do rzeczy. Później okazało się, że jej 4-letnia córeczka oszalała na punkcie koni, a ona (jako matka) chciałaby pielęgnować jej pasję. Naprawdę fantastycznie spotykać takich ludzi na swojej drodze. 

2. Dostałam kilka miłych komentarzy dotyczących pierwszego wpisu o RB. Dały mi naprawdę wiele szczęścia. Kocham małe rzeczy!

3. Mój Siwy starszy koń zaczął w końcu chodzić bez bólu (i to całkiem przyzwoicie, nawet się nie potyka). Wygląda mi to na cudowne ozdrowienie!

4. Zakochałam się w Cindie Corbin. Jest to jedyna joginka, z którą ćwiczę. Dziękuję za silne zakwasy pośladków. 

5. Dostałam sporo koktajlowych pomidorków od Babci (sporo było zanim włożyłam je do...). Zobaczcie poniżej!



Stało się - zrobiłam domowe, suszone pomidory. Jestem z nich tak bardzo dumna, że nie idzie tego uczucia wyrazić. Po raz pierwszy zjadłam wczoraj DOMOWE. Kolosalna różnica i ten smak... W dodatku - czasu im nie poświęcasz, bałaganu nie masz, naczyń do umycia też nie. IDEAŁY. Ześwirowałam... a wyszło ich tak mało!




Do rzeczy. Ile pomidorów masz, tyle będzie. Koktajlowe kroimy na połówki. Wykładamy na blaszce pokrytej papierem do pieczenia. Pomidory możesz dosolić, ale nie musisz. Ja to zrobiłam. Ponadto sypnęłam cukrem, oregano, świeżym majerankiem i świeżą bazylią. Wstawiłam na niecałe 2 godziny do piekarnika. Początkowa temperatura: 100 stopni C. Później zeszłam do 70-80 stopni. Po godzinie i 40 minutach zaczęłam doglądać czy nie są za kruche i po 2 godzinach wszystkie wyciągnęłam. Naczytałam się, że najlepiej zalać je oliwą, ale podobno można je także trzymać w pudełeczku czy puszce. Cóż. Nie dość, że moje suszone pomidory nie dotrwają do zimy, to nawet pojemnika nie zobaczą...

Miła wiadomość - będę z The Secret of Healing na bydgoskiej Ciachomanii 20 września (w sobotę) od 13 do 17. Będą i moje ciastka (lub ciasto, ewentualnie pudding). Pomagamy Otwartym Klatkom. Chcecie też pomóc? Wpadajcie do klubu 1138 na Wełniany Rynek! 



Do listy najprzyjemniejszych chwil minionych dni dopisuję punkt:

6. Mój pies. Najpiękniejszy na świecie. Najmądrzejszy. Wspiera polskich sadowników! Wszyscy jemy jabłka!

Poznajcie więc Lorę! ♥


 


8.9.14

Wegańska opcja: co jeść po wysiłku fizycznym? Fioletowe mleko bananowe #2

Dla kogo? 

Dla osób aktywnych fizycznie, uprawiających jakiekolwiek sporty, nawet na małą skalę.


Dlaczego?

Aby dbać o siebie, swoje ciało i stan psychiczny. 


Po co?

Żeby czuć się zdrowo, lekko i zwiększyć swoje możliwości (energiczne i nie tylko)!



Propozycja nr 2: Fioletowe mleko bananowe







Potrzebne składniki:

- 2 średnie, bardzo dojrzałe banany (np. z promocji 99 gr/kg ♥),
- garść aronii,

- ok. 450 ml mleka ryżowego (tyle, aby zmiksowane wszystko razem wyniosło 500 ml).

Zero komplikacji: obieramy i kroimy banany, dosypujemy garść aronii. Opcjonalnie dodajemy zielone listki: szpinak, roszponka, inna sałata. Miksujemy na gładką, płynną masę. Pierwszą szklankę wypijamy zaraz po wysiłku, kolejne 250 ml popijamy sobie, gdy przechodzimy już w stan totalnego zadowolenia z siebie i swojego treningu ♥














WARTOŚĆ ODŻYWCZA, czyli dlaczego wybrałam mleko ryżowe z bananem i dodałam aronii do koloru:
 Banan: jest kaloryczny! Jeden banan zawiera ok. 190-200 kcal. Moja miłość do niego wynika głównie z kalorii, ponieważ jako osoba szczupła i biegająca (ogólnie aktywna fizycznie) potrzebuję kalorycznych bomb kilka razy w ciągu dnia. Ponadto: jest kopalnią cukrów prostych (niecałe 50 g/1 szt). Bonusem są potas, magnez i nieco błonnika. 
 Mleko ryżowe: które możecie zrobić sami. Przepis pojawi się wkrótce (i nie wiem dlaczego jeszcze go tu nie ma?!). Mleko ryżowe uważam za szczególnie ukochane, ponieważ dostajemy od niego naprawdę wiele: magnez, wit. E, wapń, potas, fosfor... Przywraca nam energię i zaopatruje nasz organizm w ważne makroelementy (mikro też, ale mniej). Lubimy je za to, że jest witaminiaste i używamy jak najczęściej. 
 Aronia: skutecznie obniża ciśnienie, jest cennym przeciwutleniaczem (przynajmniej się tak szybko nie zestarzejemy, przeciwutleniacze także spowalniają rozwijanie się nowotworów), ale najważniejsze: pomaga usunąć toksyny z organizmu, pomaga się rozluźnić. Jest dobrą towarzyszką dla idealnego banana, ale mimo wszystko sama w sobie także zawiera węglowodany. 


Poza poniedziałkową serią "Co jeść po wysiłku fizycznym?", którą publikuję o 16:00, ruszyła kolejna - publikowana w soboty o 19:00 i traktująca o wychowaniu w rodzicielstwie bliskości. Pierwszy wpis z tego cyklu przeczytacie tutaj. Zapraszam w szczególności Rodziców. 
Zapraszam także na Facebooka ♥
Zaglądajcie do mnie częściej - bawcie się dobrze podczas wspólnej porannej (czasami wieczornej) jogi i snujcie refleksje podczas oglądania krótkich filmów! Bądźcie szczęśliwi! 



UWAGA: Ten post oraz inne znajdujące się na blogu nie zastępują profesjonalnej opinii trenera, dietetyka czy lekarza.

6.9.14

Rodzicielstwo Bliskości: RB w moim domu #1

Jak wychowano mnie zgodnie z RB bez czytania książek i trzymania się sztywnych zasad, czyli wspomnienia dziewiętnastolatki z prawdziwego dzieciństwa

Zanim zdecyduję się zdradzić Wam najmniejsze szczegóły z życia mojego i mojej Rodziny, proszę o nie wyciąganie pochopnych wniosków. Proszę także o to, by nie oceniać rodzicielstwa bliskości zrealizowanego przez moją Mamę, ponieważ przeczytają Państwo tutaj milionową część (w której świadomie nie wspomniano o niektórych sprawach z przyczyn prywatnych) z 19 lat wychowywania dziecka oraz prowadzeniu go ku dorosłości. Celem opublikowania tego teksu jest wsparcie innych Rodziców, Matek, Ojców, Dziadków oraz Wszystkich, którzy mają do czynienia z dziećmi. RB to najpiękniejsze, co można zrobić dla swoich pociech (przekonałam się na własnej skórze), pokazać im świat z innej perspektywy i pozwolić prawdziwie żyć. Chciałabym także dotrzeć do jak największej ilości czytających Rodziców oraz do wszystkich tych osób, których dziecko jest w drodze lub w najbliższym czasie planują powiększyć rodzinę. Na RB nigdy nie jest za późno, bo nie chodzi w nim tylko o karmienie piersią. RB nie powinno mieć sztywnych granic i żadnych reguł, a dzieci wychowane zgodnie z RB wcale nie są potworami (spójrzcie tylko na mnie!). Dodam jeszcze, że długo zastanawiałam się nad tym wpisem, bo jest bardzo intymny, wkracza w życie prywatne. Ale jest bardzo szczęśliwy i tym szczęściem chciałabym się z Wami podzielić.

1.9.14

Wegańska opcja: co jeść po wysiłku fizycznym? RAW chia pudding z mango i ananasem #1

Dla kogo? Dla osób aktywnych fizycznie, uprawiających jakiekolwiek sporty, nawet na małą skalę.

Dlaczego?
Aby dbać o siebie, swoje ciało i stan psychiczny. 

Po co?
Żeby czuć się zdrowo, lekko i zwiększyć swoje możliwości (energiczne i nie tylko)!


Propozycja nr 1: RAW CHIA PUDDING Z MANGO I ANANASEM






Potrzebne składniki:

- 5 łyżeczek chia seeds (nasion szałwii hiszpańskiej),
- pół szklanki wody źródlanej niegazowanej,
- pół mango,
- plaster ananasa (świeżego, nie z puszki).

Chia seeds zalewamy wodą 30 minut przed przygotowaniem puddingu. Co 10 minut mieszamy. Powstanie kisiel (glutek jak po ugotowaniu siemienia), tzn. nasionka z wodą zgęstnieją do galaretowatej konsystencji. W tym czasie obieramy ananasa oraz mango i miksujemy je razem. Połowę z powstałego musu przekładamy do szklanki, drugą połowę mieszamy z chia i dokładamy drugą warstwę. Wstawiamy do lodówki i jemy po treningu (w tym czasie zdąży się zrobić idealny power deser). 
UWAGA: Jeśli nie mamy czasu, chia seeds zwyczajnie zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na 5 minut. 






WARTOŚĆ ODŻYWCZA, czyli dlaczego wybrałam chia seeds oraz mango z ananasem do smaku:
Chia seeds: 3 łyżeczki chia seeds to około 20 gram. 20 gram to ponad 100 kcal. Porcja ta (20 g) zawiera ponad 4 g białka, ponad 7 g węglowodanów i ponad 6 g tłuszczu. Białka i węglowodany wskazane do spożycia po treningu. 
Magno: zawiera dużo wit.C. Jest owocem wzmacniającym odporność (Dobrze zjeść, jak złapie Cię podczas biegu wiatr, deszczyk, ulewa - ewentualnie grad! Niestety, to moja historia.) Mango jest dla mnie cudem po gorącym treningu: ochładza organizm i za to go kochamy. 
Ananas: w 100 g zawiera się ok. 11-15 g węglowodanów i tylko ok. 50 kcal (nie to co chia!). Podobnie jak mango wzmacnia układ odpornościowy. Ma też swój urok, dzięki bromelainie. Bromelaina pomaga przyswajać białko (a to materiał budulcowy mięśni), co wpływa na... zwiększenie masy mięśniowej. Każdy owoc lubimy za coś innego!

Chia seeds możemy dodawać do wszystkiego: od sosów na słono po lody i inne desery. Jedyną ich wadą, jest cena. Można to jednak obejść kupując od razu 1 kg i wówczas płacimy ok. 35 zł, ale jednorazowo (nie kilkakrotnie po paczuszce za 10 zł). 

Mam nadzieję, że się przydało! Owocnego treningu i równie owocnych posiłków po wysiłku ♥
Zapraszam na Facebooka ♥


UWAGA: Ten post oraz inne znajdujące się na blogu nie zastępują profesjonalnej opinii trenera, dietetyka czy lekarza.