31.10.14

Jak dbam o włosy? Naturalna odżywka i ekologiczny szampon + regrowing cz. II

Dla mnie kwestia naturalnej odżywki i ekologicznego szamponu jest tak oczywista, że długo nie mogłam zabrać się do opowiedzenia o nich tutaj. Odżywki, którą przygotowuję raz w miesiącu/raz na dwa miesiące, stosuję po każdym myciu włosów (chyba, że zapomnę wziąć jej ze sobą na wyjazd) i nie wymaga ona każdorazowego przygotowywania przed użyciem.






Odżywka składa się z banalnych składników: octu jabłkowego (ja robiłam sama - chociaż jest w firmowym opakowaniu, ale znajdziecie go w każdym sklepie) i wody. Aby przygotować roztwór, który nada włosom połysk, ułatwi rozczesanie i skutecznie je odżywi należy skorzystać z jednej łyżki stołowej octu na 250 ml wody. Tak przygotowaną wodę octową przelewamy do atomizera. Mój standardowo pochodzi z odzysku, tzn. z kupnej odżywki znanej marki, która dawała podobny i czasami (przy częstym stosowaniu) słabszy efekt od domowej :)

Użycie: po wcześniejszym umyciu włosów spryskać końcówki (1/3 długości włosów licząc od dołu). Zostawić włosy do wyschnięcia, nie spłukiwać. Nie obawiać się o zapach - nic nie śmierdzi :)








Szampon też nie jest żadną innowacją. Ma jednak więcej możliwości, co do wyboru drugiego, płynnego składnika. Pierwszym jest 1 płaska łyżeczka sody, którą trzeba rozpuścić w 1 łyżeczce płynu. Może nim być: woda, ocet jabłkowy (wówczas nie spryskujemy już włosów odżywką), napar z rumianku, napar z szałwii czy też napar z tymianku (gdy borykamy się z łupieżem lub chorobą skóry, rankami na skórze głowy).

Użycie: powstałą papkę wcieramy w skórę głowy (najpierw), jeśli coś zostanie - nakładamy na całej długości włosów. Zostawiamy na kilka minut i spłukujemy bieżącą, ciepłą wodą. Stosuję ten szampon co drugie mycie, tzn. używam zamiennie kupnego i domowego. Po pierwsze: z wygody (i czasami braku czasu do banalnego przygotowania), po drugie: soda może przesuszyć i zniszczyć włosy, jeśli będziemy nagminnie i codziennie używać jej na skórę głowy (wnioskuję z doświadczeń innych osób, ale nie u każdego się to zdarza).



Regrowingu imbiru ciąg dalszy:
















Ma już 22 cm wysokości i 7 listków :) Na ananasa niestety zaczęła nachodzić pleśń i robił się suchy. Być może dlatego, że miał w sobie okropnie dużo chemii, a być może dlatego, że przez dwa dni nie zmieniłam mu wody na świeżą (wcześniej przez 5 dni robiłam to rano i wieczorem). Kto wie, spróbuję następnym razem!

Miłego weekendu i zapraszam na Facebooka, poczytać o kotach♥


POTRZEBUJĘ POMOCY!
Ktokolwiek wie, gdzie mogę kupić bawełnę organiczną fair trade (kilka metrów materiału, nie gotowe ubrania ani inne produkty), proszę o kontakt poprzez komentarz lub maila

19.10.14

Kanapkowa pasta kminkowa z boczniakami + regrowing imbiru

Czy jest ktoś, kto nie kocha groszku? :) Wątpię! Ale na pewno są osoby, które nie lubią kminku. Sama kiedyś do nich należałam, nie wiem z jakiego powodu. Teraz dodaję go do prawie wszystkich kanapek, past czy sałatek - oczywiście wtedy, kiedy odpowiada mi smakowo. Wczoraj rano ugotowałam garnek grochu (pasty też wyszedł cały garnek). Pomyślałam sobie: będę miała do ryżu na zajęcia na poniedziałek i wtorek. Rany... dlaczego ja muszę wszystko zjadać. Ledwo starczy mi dziś na kolację. Tak samo było w zeszłą niedziele, kiedy przygotowałam sobie 12 buraczkowych burgerów, żeby starczyło mi na obiady na wynos na uczelnię. Dwa z nich zjadła Mama. Tak, ja do wieczora zjadłam 10. Podobnie czynię z konfiturami... Ale do rzeczy!









KMINKOWA PASTA Z GROCHU z boczniakami i czosnkiem 

- 1 szklanka groszku (równie dobrze sprawdzi się czerwona soczewica albo po prostu sprawdźcie co macie w szafie),
- 1 lub 2 ząbki czosnku (przeciśnięte przez praskę),
- 250 g boczniaków,
- 2 czerwone cebule,
- najlepsze: 2 (i więcej!) łyżeczki kminku,
- sól morska i biały pieprz do smaku,
- opcjonalnie: estragon,
- oliwa do smażenia.












Groszek gotujemy ok. 30 minut lub więcej - warto go rozgotować, jeśli ma być pastą do kanapek. Traktujemy go blenderem. Możemy posolić wodę do gotowania groszku lub boczniaki w takcie podsmażania - jak wolicie. Boczniaki kroimy w bliżej nieokreślone kształty, raczej średnie i większe, niż małe (fajnie spotkać duży kawałek na kanapce ♥). Cebulę drobno siekamy. Podsmażamy grzybki na patelni, dolewamy więcej oliwy niż potrzeba (później przelejemy ją do groszku). Jeśli będą już w miarę miękkie, dorzucamy cebulkę i smażymy jeszcze chwilę. Przekładamy wszystko do zblenderowanej masy i mieszamy razem z dodatkami: estragonem (myślę, że dobrze nadałby się też majeranek), kminkiem i czosnkiem. Pół zjadamy łyżką, drugie pół na kanapkach. Tylko proszę! Zwolnijcie tempo! 

Uch, muszę zgotować sobie coś nowego :) Mam jeszcze sporo sorgo, płatki jęczmienne, 5 kg słonecznika i zapasy siemienia. Potrzebuję nowych inspiracji! Chyba powstanie coś z niczego, tak czuję! Kocham jeść, kocham...
...i kocham pielęgnować swoje ciało naturalnie, więc spodziewajcie się kolejnych kosmetycznych postów :)




ALE MUSZĘ SIĘ POCHWALIĆ! PATRZCIE, CO MI ROŚNIE W DONICZCE! Zdjęcie sprzed 10 dni, teraz jest większy :) Moje nowe dzieciątko: IMBIR 

Obierając imbir na herbatkę antygrypową zostawiłam skórkę z kawałkiem korzenia, która miała maleńkie, zielone wypustki. Od razu pomyślałam: do ziemi! I to był dobry wybór. Zaczytałam się w temacie regrowingu (chociaż ten wyskok z imbirem scricte nim nie jest), ale zamierzam podjąć wyzwanie nie wyrzucania wszystkiego na kompost. Chociaż i tak większość leci do Siwego... :)
Takie inspiracje to ja rozumiem!

Zapraszam na Facebooka i owocnego tygodnia życzę, Kochani!








15.10.14

Kawowa maska (peeling) do nóg


Po pierwsze: polubiłam zapach kawy w połączeniu z truskawkowo-waniliowym płynem do kąpieli. Po drugie: powiedziałabym wręcz, że PYCHA ♥

Dlatego serwuję Wam dzisiaj kawową maskę do nóg. Moja ulubiona i niezmienna od pół roku! Oczywiście można stosować ją także na inne części ciała oraz jako peeling - zresztą bardzo skuteczny i odżywczy :)

Przepis (polecam robić małe porcje na świeżo):
- fusy z dwóch filiżanek kawy/dwie łyżki mielonej kawy,
- łyżeczka ulubionego płynu do kąpieli (w celu łatwiejszego rozprowadzania po ciele),
- łyżka oleju kokosowego (jako nawilżenie ciała, można zastąpić go np. oliwką do masażu, polecam z Ziaji),
- 3 łyżeczki tzw. płatków magnezu farmaceutycznego (dzięki Ciocia Pulina za uświadomienie i zakupy ♥).

Mieszamy wszystko razem. Nalewamy gorącej wody do wanny. Nakładamy maskę na nogi, wmasowując składniki - od ud po stopy. Kładziemy pytki gdzieś wyżej, np. opierając o kant wanny, włączamy muzykę i relaksujemy się 15 minut :)

Maska w tym czasie zrobi co może!

Czyli: kofeina z kawki ujędrni skórę (przypominam, że o nogi dbamy nie tylko latem), olej kokosowy skutecznie ją nawilży, dzięki czemu po kąpieli nie trzeba dodatkowo wcierać w nie oliwki ani żadnych innych body lotionów :) Magnez wchłania się także przez skórę (ogólnie: lepiej niż w formie tabletek, ale zależy od organizmu), dlatego możemy dodawać go do kąpieli. Jeśli już to zrobicie, to pamiętajcie zafundowaniu sobie cieplejszej, parującej kąpieli - wdychając parę, magnez przedostaję się i do płuc. 










Kawa od jakiegoś czasu (początkowo niechętnie) stała się moim najbliższym kosmetykiem :) Podobnie zresztą jak ocet jabłkowy i soda! Poza tym kombuczka i rumianek - numery dwa. Kocham takie kosmetyki. Nie dość, że zdecydowanie lepiej działają na nasze ciało - jedynie je wspomagając i nie mając skutków ubocznych, to jeszcze dają tyle radości z przygotowywania! Lubię tak stanąć przed kąpielą i ogarnąć wzrokiem co właśnie sobie zgotowałam... Tu pojemniczek, tam atomizer, tu miseczka. 

Róbcie kawową maskę! Wasze nogi naprawdę tego CHCĄ :)

9.10.14

Hipokryci są wszędzie - czyli dlaczego nie wtrącam się i szanuję życie innych

Zasada jest prosta: co dasz od siebie, to do Ciebie wróci. Włącznie ze złośliwością, wytykaniem błędów, wypominaniem. Oczywiście, wliczając też miłość, szacunek, sumienność. Taka jest instant karma. Nie oszczędza nikogo i zapisuje wszystko (pozytywne odda ze dwojoną siłą, a za negatywne da nauczkę). Wierzę w to. To taka ostateczność, gdy jednak przekonujesz się, że na świecie nie ma czegoś takiego jak sprawiedliwość, uczciwość i... naturalność. I kiedy spotkasz fantastyczną osobę - z własnymi ideami, pomysłami, osobowością i prawdziwymi uczuciami, z radości nie możesz w to uwierzyć. Chciałoby powiedzieć się czasami "Gdzie mieszkasz? Chcę utrzymywać z Tobą stały kontakt!".

Jedyne, co najbardziej mnie obchodzi na co dzień - moje życie. Po prostu i najzwyczajniej myślę sobie wieczorem, co zjem jutro i co ubiorę, co powinnam zrobić, co chciałabym dokończyć, gdzie chce dobiec. Stawiam sobie cele. Jednym z nich jest budowanie własnego ja. Obchodzi mnie, co zjem - dla mnie to bardzo ważny element. Obchodzi mnie, czy o siebie zadbam i w jakim stopniu - fizycznie (kosmetycznie też) i psychicznie. Wybieram, co czytam - blogi o rozwoju osobistym, książki psychologiczne i na tematy, które mnie interesują. Przeglądając codzienną gazetę rano (a jeśli nie zdążę, to podczas obiadu) czytam wybiórczo, omijając politykę. Omijając morderstwa, gwałty, kradzieże. Omijając portale społecznościowe z daleka. Wiem, że to istnieje i wiem, co się dzieje (wystarczy, że jeżdżę pociągami i MZK oraz mam kontakt z ludźmi w ogóle). Bardziej w temacie orientować się nie muszę - to tylko przyprawia mnie o dreszcze i podświadomie czyni mnie zmartwioną. Zestresowaną. Bezradną.

IMPREZUJESZ I PIJESZ ALKOHOL? PALISZ PAPIEROSY?


To sobie to rób. Nie widzę problemu (dopóki nie zatruwasz mojego powietrza papierosowym dymem). Nie imprezuję do rana, ale skoro Ty się dobrze bawisz, to bardzo mnie to cieszy! Naprawdę :) Jesteś szczęśliwszy, naładowany pozytywną energią, uśmiechnięty i... niewyspany. Ale to nie problem! Rozumiem to w innym kontekście: mogę nie spać całą noc i normalnie funkcjonować na drugi dzień, jeśli czytałam książkę lub uczyłam się i jestem z tego zadowolona! ALE - jeśli z wielką łaską wychodzisz z pomieszczenia paląc papierosa, kiedy o to proszę, nie odpowiada mi to. Nie odpowiada mi Twoje marudzenie... "bo za dużo wypiłem, nie wyspałem się i dzisiaj nic mi się nie chce". Jedno to brak szacunku do drugiej osoby, drugie - brak szacunku do samego siebie. Kiedy mówisz mi, że taka ze mnie weganka i zdrowo odżywiająca się osoba, a jem tabliczkę czekolady na raz i popijam pepsi... paląc papierosa lub jedząc kebaba, domyśl się z kim jest coś nie tak i kto jest tutaj hipokrytą :)

DLACZEGO NIE JESZ MIĘSA?


Udzielam zwykle dwóch odpowiedzi:
1. Nie chcę jeść zwierząt.
2. Robię to dla swojego zdrowia fizycznego i psychicznego.

Normalnym ludziom mówię obie wersje. Nienormalnym (nietolerancyjnym) - tylko drugą. Idzie to szybciutko poznać po tonie, w którym rozmówca zadaje pytanie. Zależy też, czy rozmawiasz z mięsożercą czy ze swoim i po prostu wymieniacie się uczuciami. Spotkałam ostatnio przyjemną dziewczynę, która otwarcie powiedziała mi, że jej rodzina nie akceptuje (i nie ma zamiaru tego robić - zastrzegli) wegetarianizmu, a ona nie chce krzywdzić zwierząt. Kocha je i nie wyobraża sobie ich jeść i udowodni im, co jest lepsze. Ma kobitka rację! Porozmawiałyśmy od serca bardzo empatycznie. Jedna z najlepszych rozmów, jakie odbyłam na temat umysłowego podejścia do zjadania mięsa. Są jeszcze dwie inne grupy: weg(etari)anie, którzy mijają się z powołaniem oraz mięsożercy, którzy uważają, że poprzewracało Ci się w głowie. Grupa pierwsza: rozwalająca się z tematem na wszystkie strony, rozpychająca się łokciami (niech wszyscy wiedzą, jaką jestem wyjątkową osobą, nie jem mięsa, ludzie, nie jem mięsa, bo kocham zwierzęta!) i wiecznie dająca plamy w postaci skórzanej torby, chodzenia do cyrku albo naśmiewająca (serio!) się ze zwierząt. Tak się dzieje. Grupa druga: powiem krótko - "Jesteś psychopatą i masz niedobory!" powiedział człowiek niejedzący warzyw i owoców (tacy istnieją naprawdę). ALE - nie życzę sobie pouczania na temat zdrowego stylu życia od osób palących, pijących, agresywnych i niekulturalnych. Tak, nasze zachowanie też ma wpływ na zdrowie. 

TA MŁODZIEŻ TAKA NIEKULTURALNA!


Miałam wczoraj (nie)wesołą sytuację. Dzwonię w sprawie mojego chorego konia i odbiera ktoś inny (po głosie poznałam, że coś jest nie tak), więc zdziwiona pytam:
- Dzień dobry. Przepraszam, kto mówi? Chyba źle się dodzwoniłam.
- To TY do mnie dzwonisz, nie ja do ciebie! To ja się powinienem zapytać kto mówi! Zero kultury! Tu firma XYZ!

- Dobrze, rozumiem, ale jestem pewna, że wybrałam dobry numer, czy może Pan powtórzyć kto mówi?
- To JA chcę wiedzieć kto mówi! To Pani nie zna zasad?! O co Pani chodzi?!
- ... 

Niekulturalnie rozłączyłam się bez pożegnania i słowa wyjaśnienia, po prostu się odwdzięczyłam. Pan z firmy XYZ zepsuł mi wieczór. Przez chwilę było mi przykro, bo musiałam się koniecznie gdzieś dodzwonić i musiałam ponownie sprawdzić ten numer, ale się bałam. Po prostu bałam się CHAMSTWA... i hipokryzji. 

Nie jestem święta - też się czasami złoszczę na ludzi. Chociaż uważam, że nie ma osób GŁUPICH. Są osoby NIEMĄDRE, nie wiedzące jak żyć. Takie, którym nikt nie pokazał książek, filmów, muzyki, kultury w ogóle. Są też osoby NIEŚWIADOME - możliwości rozwoju, możliwości w pracy, traktowania zwierząt w rzeźniach, warunków kur, warunków dzieci uczących się w krajach Trzeciego Świata. Są ludzie NIEDOCENIAJĄCY swojego życia - potrzeba im motywacji i ukazania piękna w małych rzeczach. I są ludzie NIECHĘTNI - im trzeba pomagać i dawać nadzieję.

Są też HIPOKRYCI - a tych trzeba zdecydowanie unikać. 








Zwracajcie uwagę, z kim się przyjaźnicie, z kim rozmawiacie każdego dnia. Czasami wolę milczeć, niż słuchać niewyobrażalnych głupot. Niektórym pomieszało się w głowach. Mają radość z zadawania bólu. Mają radość z naśmiewania się. Mają radość z tego wszystkiego złego. Nie chcą mówić o uczuciach, bo to nie jest ważne. Nie chcą mówić o nauce, bo nie są kujonami. Nie chcą mówić o przyszłości, bo żyją chwilą (korzystając z niej od kilku lat i nic z tego nie mając). Nie zadbają o rodzinę, bo... przecież nie mają czasu odwiedzić starej ciotki, a do domu za daleko, żeby przyjeżdżać raz w tygodniu.













Więc: NIE PATRZCIE NA TO, CZY SIĘ OPŁACA. PATRZCIE NA TO, CZY WARTO ♥

Może nie opłaca mi się siedzieć cały weekend nad książkami, ale za 3 lata stwierdzę, że było WARTO.
Może nie opłaca mi się płacić raz po raz za leczenie zwierząt, ale ich życie i miłość mówi sama za siebie: WARTO.
Może nie opłaca mi się kupić zdrowszego jedzenia, ale w wieku 70 lat stwierdzę, że było WARTO.

WARTO USIĄŚĆ Z TYŁKIEM NA PODŁODZE I POMYŚLEĆ: CO DALEJ? JAKA JEST MOJA DEFINICJA SZCZĘŚCIA? 

SAMO SIĘ NIE ZROBI, MOI DRODZY! ♥ 





6.10.14

Wegańska opcja: co jeść po wysiłku fizycznym? Mus szpinakowo-buraczkowy z surowymi kosteczkami daktylowymi #6

Dla kogo? 

Dla osób aktywnych fizycznie, uprawiających jakiekolwiek sporty, nawet na małą skalę.


Dlaczego?

Aby dbać o siebie, swoje ciało i stan psychiczny. 


Po co?

Żeby czuć się zdrowo, lekko i zwiększyć swoje możliwości (energiczne i nie tylko)!




Propozycja nr 6: Mus szpinakowo-buraczkowy z surowymi kosteczkami daktylowymi







Składniki potrzebne na mus:
- 1 ugotowany buraczek pokrojony na mniejsze kawałki lub starty na dużych oczkach,
- 3 garście świeżego szpinaku!,
- mleko roślinne w takiej ilości, aby swobodnie zmiksować składniki (oraz do polania musu na wierzchu - lubię tak ♥ )
- jeśli będzie Ci za mało słodkie: dodaj 1 lub 2 jabłka :)

_____________________


Składniki potrzebne na batoniki RAW (mała porcja):
- 1 lub 2 szklanki namoczonych wcześniej suszonych daktyli,
- garść uprażonego sezamu,
- garść uprażonych nasion słonecznika,
- garść jagód goji,
- garść posiekanych orzechów włoskich,
- wiórki kokosowe do wyłożenia blaszki lub do obtoczenia,
- Twoje dodatki, np. rodzynki, inne suszone owoce, inne orzechy, siemię lniane, chia seeds.





Więc robimy! Buraczki gotujemy, obieramy, kroimy w kostkę (lub ścieramy na tarce) i do blendera. Szpinak myjemy i dorzucamy go buraczkom. Jeśli chcemy, dodajemy jabłka (obrane lub nie, jak wolicie, ale pamiętajcie, że w skórce jabłka są bardzo cenne pektyny). Dolewamy niewiele mleka i miksujemy. Powstałą papkę przelewamy do naczynia i polewamy dodatkowo mlekiem roślinnym (opcjonalnie).

_________________________________

Daktyle namaczamy:
- w wersji RAW: zalać wodą na noc,
- w wersji na szybko (już nie będą surowe): zalewamy wrzątkiem godzinę/pół godziny przed miksowaniem i najlepiej przykrywamy je innym talerzykiem.
Dalej. Odcedzamy, delikatnie przyciskając je łyżką, aby odpłynął nadmiar wody. Do powstałej, klejącej się papki dosypujemy wszelkie dodatki. Orzechy możemy dodać do masy i wówczas powinniśmy je drobniej posiekać. Możemy także zmiksować je razem z daktylami (wtedy też lepiej je wcześniej namoczyć). Z powstałej masy możemy zrobić:
- batony, tudzież kosteczki - wykładamy blaszkę/pojemnik papierem do pieczenia i posypujemy dół wiórkami kokosowymi, wykładamy masę (grubość jaką sobie życzymy, z góry także można sypnąć wiórków) i wstawiamy do lodówki, najlepiej na noc - nasz "placek" zrobi się twardszy i łatwiej będzie go kroić na batony,
- kuleczki - do małej miseczki wsypujemy wiórki kokosowe, w lekko zwilżonych wodą dłoniach formujemy kuleczki wielkości orzecha włoskiego i obtaczamy we wiórkach, wkładamy do lodówki na kilka godzin.

Ridi ♥ Kuleczko-batonów polecam zrobić więcej. Będzie do szkoły/na zajęcia/do pracy i do PODJADANIA (to przede wszystkim!). Najlepiej przechowywać je w lodówce, ale można je także mrozić. No albo zjeść od razu!



WARTOŚĆ ODŻYWCZA, czyli dlaczego wybrałam szpinak, buraczki oraz daktyle z dodatkami:
Szpinak: zawiera tylko ok.15 kcal na 100 g, posiada potas i magnez (potas +magnez = wspomaganie regulacji pracy serca) oraz żelazo (które bierze udział w produkcji czerwonych krwinek)
 Czerwone buraczki: wzmacniają odporność dzięki antocyjanom, oczyszcza krew, wspomaga krążenie i jest lekkostrawny (można więc wypić sobie trochę soczku z buraczka przed treningiem)
♥ Daktyle z dodatkami: daktyle mają aż 73 g cukrów prostych na 100 g, są więc idealnym źródłem energii, sezam jest za to źródłem wapnia i wpływa dobrze na układ mięśniowy, podobno systematyczne spożywanie jagód goji wzmacnia stawy i kości, orzechy włoskie są kaloryczne, ale to znaczy, że zawierają też węglowodany - dla nas wskazane!

Korzystając z tego, że jest sezon na orzechy włoskie, polecam zapoznać się z ich wartościami odżywczymi i leczniczymi. Chyba dodam je do listy superfood, do której należą m.in. chia seeds i od niedawna płatki owsiane :)


Poniżej podaję linki do:
 propozycji #1,
 propozycji #2,
 propozycji #3,
 propozycji #4,
 propozycji #5.




UWAGA: Ten post oraz inne znajdujące się na blogu nie zastępują profesjonalnej opinii trenera, dietetyka czy lekarza.

5.10.14

Naturalne farbowanie włosów: KAWA (część 1)

Odzysk kawy w moim domu działa bardzo dobrze - część fusów idzie w moje kosmetyki, druga część w ogród (podlewam borówki i wrzosy fusami z wodą, aby utrzymać kwaśną ziemię wokół tych roślin). Kiedyś nie lubiłam zapachu kawy (wręcz miałam naturalne odruchy...), teraz go toleruję. Nie powiem, że lubię... i kawy nie pijam. 


Postanowiłam wykorzystać ją też do celów koloryzacyjnych moich wykończonych włosów. Zauważyłam, że coś jest nie tak, kiedy znajomi zaczęli pytać, czy zrobiłam sobie ombre :) Nie. Po prostu mam metrowe odrosty. Połowa długości włosów to mój śliczny głęboki brąz, reszta to... jasny rudy (w świetle pomarańczowo-blond), którego w sumie nie idzie określić. Na szczęście rozpuszczone wyglądają zadowalająco, nawet korzystnie! Ale tęsknię za swoim kolorem od początku do końca i szczerze przyznaję, że żałuję farbowania. Kiedy pierwszy raz wydałam 150 zł u fryzjera było profesjonalnie i moje włosy nie ucierpiały. W tym przypadku im taniej, tym gorzej (jeśli chodzi o fryzjera + farbę).

Co postanowiłam? Postanowiłam postawić na zdrowie w przypadku pielęgnacji włosów tak samo jak w przypadku jedzenia. 

KAWA DO WŁOSÓW CIEMNYCH 

Nie ukrywam, że mi zależy głównie na koloryzacji. Jednak przy okazji na pewno zadbam o swoje włosy. Kawa nadała blasku moim włosom, są gładkie i lekkie, delikatne w dotyku. Kofeina wspomaga cebulki włosów i pobudza do wzrostu nowe, jednoczenie zapobiegając ich wypadaniu. Przedstawię dwa sposoby użytkowania kawy do włosów:

1. Koloryzująca maczanka


3 czubate łyżeczki mielonej kawy zalać wrzątkiem (w szklance, 250 ml) i odczekać aż wystygnie. Starannie odcedzić, najlepiej filtrem. Nie zrobiłam za pierwszym razem tego zbyt dokładnie i dlatego miałam problem z wypłukaniem drobinek z włosów. Przygotować miskę i wlać do niej przygotowaną kawę oraz pół litra ciepłej wody. Zamoczyć w niej włosy na 15-20 minut. Przed przejściem do koloryzacji należy dokładnie umyć włosy szamponem (muszę pokazać Wam następnym razem sposób na domowy szampon), a po wymoczeniu ich w kawie, dokładnie spłukać.

Wskazówka: Najwygodniej położyć się na łóżku na brzuchu, przed sobą postawić miskę i zamoczyć w niej włosy, przez 15 minut w takiej pozycji można umrzeć z nudów, dlatego przygotujcie sobie wcześniej książkę lub gazety. Przyjemne + pożyteczne. 

2. Odżywcza płukanka


2 płaskie łyżeczki mielonej kawy zalać wrzątkiem (w szklance, 250 ml) i odczekać aż wystygnie. Starannie odcedzić (procedura jak powyżej). Przygotować dzbanek/wygodne naczynie do utrzymania i wlać do niej kawę oraz 250-300 ml ciepłej wody. Po dokładnym umyciu włosów przepłukać je przygotowaną kofeinową odżywką. Dokładnie spłukać włosy i skórę głowy ciepłą wodą. 

_________________________________________________________________________________

Chciałabym pokazywać Wam sukcesywnie zdjęcia z efektami zmiany koloru. Miałam wątpliwości co do mocy koloryzującej kawy, ale zmieniłam zdanie po pierwszej maczance. Moje włosy po wysuszeniu były rewelacyjnie miękkie i idealnie proste! Jestem zadowolona po pierwszym razie i chcę więcej :) Oczywiście, aby uzyskać przyciemnienie moich końcówek na pewno będę musiała robić maczankę/płukankę systematycznie. Dla mnie minusem jest fakt, iż włosy intensywnie pachną kawą nawet po wysuszeniu. Może się po tym z kawą polubię :) 

Poniżej podaję zdjęcia przed koloryzacją oraz po. 






WŁOSY PRZED KOLORYZACJĄ - miszmasz kolorów brązu i rudego :)









WŁOSY PO KOLORYZACJI - jak dla mnie dużej zmiany w kolorze nie ma. Są zmiany w moich końcówkach - po jednej maczance nie są białe, napuszone ani rozdwojone jak przed. Duży plus! Gładkie, delikatne, łatwe w rozczesaniu, aż wciąż chce się je dotykać! :)
Dzisiaj koloryzuję po raz drugi. Będę edytowała ten post i w nim dodawała zdjęcia lub przy okazji kolejnych wpisów. Zastanowię się jeszcze :)
















4.10.14

Rodzicielstwo Bliskości: RB w moim domu #5

Jakby sięgnąć pamięcią wstecz… to od zawsze jestem córunią Mamuni J Niekiedy miałam chęci gdzieś pojechać i zostać na noc, ale zawsze kończyło się płaczem. Wyjątkiem od reguły byli Dziadkowie, którzy zabierali mnie często na weekendy. Tam nie histeryzowałam. Ale… niech się lepiej wypowiedzą Ci, co musieli mnie bawić jak zanosiłam się płaczem, hahaha! Od czego ma się rodzinę? No pewnie, że przy nich wstydu nie było! Niestety, miejsce miał dzień szkolnej wycieczki do Warszawy (dwudniowej!). Miałyśmy jechać we trójkę: ja, siostra i Mama. Tydzień przed siostra złapała ospę. Totalna rozsypka. Jak ja zasnę bez Mamy?! Możecie mi wierzyć lub też nie, ale poważnie się nad tym zastanawiałam. Będąc w szóstej klasie podstawówki. Pojechałam wcześnie rano i wróciłam późno wieczorem drugiego dnia. Przeżyłam. Nie narobiłam sobie wstydu i nie słuchałam od kolegów „A Iza ryczała za Mamą na wycieczce!” J Nie lubiłam zostawać nigdzie na noc, bo wieczorem, gdy przychodziła pora snu zawsze przypominałam sobie Mamę, jak robi/przynosi mi kanapki. Albo myślałam sobie, co byśmy robiły o tej godzinie? Oglądały wieczorynkę? Kąpały się? Może czytały książki? Jeśli tak, to jakie? I wtedy zaczynała się rozpacz… I telefony do Mamy, że córa chce wracać do domu J 
Dzięki, Mamo, że mnie odbierałaś… Dzięki, moje Ciocie, że mimo tego zabierałyście mnie do siebie drugi, trzeci i piąty raz! J

Oczywiście… że nie ma wyjazdu bez zabawek! Dokładniej: lalek, ciuchów, buteleczek, szczotek, wózków, nosidełek i całej reszty akcesoriów. Nasze lalki były z nami wszędzie. W lesie, kąpały się w morzu, w wannie, przejechały tyle samo kilometrów samochodem co i my… Były nawet dwa razy w Anglii. I w Niemczech też były! Co więcej, lalki i wszelkie, niezbędne do nich rzeczy miały nawet swoją walizkę. Tak. Te lalki nawet promem płynęły J W domu musiały być traktowane z należytym im szacunkiem! Przez każdego, oczywiście. A gdy któraś spadła/uderzyła się/wypadła z wózka/spadła z roweru tradycyjnie musiała nastąpić minuta ciszy.

Będąc przy temacie, nawiążę do sytuacji z czwartku. Wysiadam z tramwaju, idę pełną ulicą Bydgoszczy, prawie równo z pewną matką i jej córką (na moje oko 6-7 lat). Dziewczynka pyta: Mamo, a dlaczego tramwaj robi jak dzwoneczek?”, na co mama odpowiedziała: „Bo tak”. Wiecie co? Nie mam pewności jaką ja będę matką, czy będę miała cierpliwość, czy będę potrafiła odpowiedzieć na pytania dziecka i zaspokoić jego ciekawość…  Ale czy tramwajowy dzwonek naprawdę musiał sprawić tyle problemu? Jak to Mama mówi „Nie sztuką jest mieć dziecko. Sztuką jest je dobrze wychować” J

Kocham swoje życie i myślę, że nie bez powodu. Dzięki długim rozmowom w domu, między sobą, po prostu i najzwyczajniej w świecie dajemy sobie siłę. Przesyłamy pozytywną energię. Pozwalamy ŻYĆ sobie nawzajem. Każdy robi, co kocha, co chce. Każdy spełnia swoje marzenia, ale pomaga też spełniać je drugiej osobie. Nie uśmiechamy się wciąż i nie wmawiamy sobie, że wszystko co robimy, jest słuszne i wspaniałe. Rodzina jest też po to, aby postawić się do pionu. Musi być ktoś, kto powie nam coś wprost. Nie upokarza, tylko mówi. Mówi, że coś jest nie tak i trzeba to zmienić. Jest problem i trzeba go rozwiązać. Nie boimy się mówić. Nikt nas za to nie zabije, nikt nie urwie nam głowy, nikt na nas nie nakrzyczy. Pytamy. Zawsze pytamy, bo nie ma głupich pytań. Nie naśmiewamy się ze swoich ambicji, co uważam za szczególnie ważne i rzadkie w rodzinach. Nie wstydzę się, że chcę robić brzuszki, nawet jeżeli tylko 10 dziennie. To mój pomysł na to, żeby małymi kroczkami dojść do lepszej kondycji i wysportowanego ciała. Nie wstydzę się, że chodzę do biblioteki i przywożę pociągiem książki, które później trzymam miesiąc, ale zaglądam tylko do połowy. Nikt sobie ze mnie nie żartuje (tzn. nie zniechęca), że wypożyczam książki i ich nie czytam. Dla mnie w ogóle sukcesem jest, że przebrnęłam przez jeden tom, w reszcie oglądam obrazki i schematy J

Wiecie co? My się po prostu kochamy. Może się dziać wszystko, ale my będziemy zawsze (przynajmniej takie mamy poczucie!). Najważniejsze, abyśmy wszyscy byli zdrowi, tak mówi Mama. Do naszego domu chce się wracać. Chce się żyć! Jesteśmy dla siebie. Życie to nie tylko sukienki, talerze do kompletu i wieczny porządek… dlatego przez nasz dom przewija się tyle zwierząt (i ludzi też). I nie wszyscy muszą to rozumieć, ale: życie w miłości jest zdecydowanie piękniejsze. I nie jest zakłamane.
Inspirujcie się do lepszego, prawdziwego życia! Jakkolwiek. Odważcie się otworzyć. Odważcie się walczyć o siebie! Życie nie musi być szarą bluzką i niewygodnymi dżinsami (które są markowe i były drogie, więc je ponoszę). Ono powinno być zwiewną, kolorową sukienką, idealnie do nas dopasowaną!

Cieszę się, że ze mną jesteście! J