28.5.15

Dlaczego ludzie niszczą dzień innym ludziom i jaką mają z tego korzyść?

Sytuacja, która skłoniła mnie do napisania tego wszystkiego, DOTYCZY TEŻ CIEBIE
Co więcej - dotyczy ona każdego człowieka na ziemi. Prawdopodobnie dotyczy też zwierząt - zwłaszcza towarzyszących człowiekowi. Ale zwierzęta pozostawmy jako odrębny temat...

Sytuacja zderzenia się z drugim człowiekiem. Zderzenia się z sensie doświadczenia [pozytywnego lub negatywnego]. To dziwne, bo doświadczenia pozytywnego doznaję częściej z ludźmi nieznajomymi lub nowo poznanymi [pomijając rodzinę i bliskich przyjaciół], negatywnego zaś częściej na uczelni, wolontariacie i spotkaniach, na których wszyscy mają ten sam cel i względnie powinni się dogadywać - albo chociaż być uprzejmi. 

Ja też powinnam. Mówić dzień dobry osobom starszym. Być zawsze uprzejma do znajomych. Pomagać. Dzielić się. Dawać z siebie wszystko.

Czy aby na pewno? Choć czasami miewam wyrzuty sumienia z powodu, że tego nie robię, nadal nie rozumiem, dlaczego się one pojawiają. Nauczyłam się szybko, że osoba dorosła nie zawsze oznacza osobę dojrzałą (i nie zawsze można na nią liczyć, np. w kwestii wyrozumiałości lub kultury), znajomi czasami przekształcają się znajomych-tylko-biorących lub znajomych-wysysających-soki-życia. Pomaganie potrafię już rozróżniać od zachcianek (a nauczyła mnie tego praca za darmo na rzecz innych), a dzielenie się od wykorzystywania. Dawanie z siebie wszystko to zaś głównie dbanie o siebie, aby wówczas móc dawać jak najwięcej, a nie tyranie od rana do nocy, by później być 2 dni nie do użytku lub chorować przez tydzień. 

Czasami tak ciężko poprowadzić prostą, zwykłą rozmowę z drugim człowiekiem. Czasami głupio słuchać rozmów w autobusach, pociągach, w sklepie. Czasami siadam z tyłkiem na krześle i myślę sobie... kurde, przecież to takie zwyczajne! Powiedzieć komuś, że jest profesjonalistą i chcemy się uczyć właśnie u niego. Powiedzieć Mamie/Tacie/Babci/Dziadkowi, że tak wiele się od nich nauczyliśmy. Przytulić kogoś tak bez powodu. Spotkać się i powiedzieć: Hej, Kochanie, jestem przewrażliwiony. Mam za dużo pracy, a emocje rozładowałem na Tobie. Następnym razem będę nad tym panować.

I nie mówcie mi, że nigdy się z tym nie spotkaliście. Komunikacja z ludźmi wymaga ogromnego wysiłku. Analizowania. Domyślania się [czasami aż bycia wróżką i jasnowidzem...]. Wiecie, że czasami, gdy ktoś mi wyrzuca/próbuje zaczepić/szuka worka treningowego spuszczam głowę i czekam na baty? 

Nie słucham co mówi, a dokładniej: nie biorę tego do siebie. Przypomina mi się zaraz całkiem dobry fragment książki Do zobaczenia na szczycie autorstwa Ziga Ziglara.

Mniej więcej brzmiał on tak: szef pewnej firmy postanowił być przykładem dla swoich pracowników [postanowił m.in. nie spóźniać się oraz wychodzić z biura jako ostatni], niestety raz zasiedział się w restauracji i już wiedział, że się spóźni - chciał jednak spóźnienie zredukować i popędził autostradą, namierzyła go policja i dostał wysoki mandat, ugodziło to oczywiście w jego ego [uważał, że jechał bezpiecznie i czuł się bezpodstawnie ukarany], wrócił do biura i nakrzyczał na swojego zastępcę, że nie podpisał kontraktu [grożąc przy tym zwolnieniem], zastępca wyżył się na kierowniku, kierownik trzasnął sekretarce dokumentami na biurko i kazał je wypełnić do wieczora, sekretarka nakazała telefonistce, aby ta wypełniła większość z nich, wściekła telefonistka wróciła do domu i pierwsze co zrobiła - zobaczyła syna w podartych, nowych spodniach, na które sama ciężko zarobiła - syn dostał głośny ochrzan [a spodnie podarły mu się w trakcie organizacji niespodzianki dla mamy], po czym wyszedł na dwór i kopnął kota sąsiadów.

Wniosek: czy nie łatwiej i szybciej byłoby, gdyby szef osobiście przyjechał na osiedle i kopnął kota sąsiadów?




Już wiecie, dlaczego inni uprzykrzają życie i czy na pewno to robią? 
Czy teraz będziesz miał inne spojrzenie na sytuację?
Czy widzicie, jakie korzyści mają i czy na pewno?
Czasami warto spuścić głowę. Przemyśleć. Nie wnikać.

26.5.15

Owsiany peeling do twarzy


Było już u mnie owsiane mydełko. Owsiany peeling sprawdził się jednak sto razy bardziej. Miałam w szafce ostatnie 3 garście owsa, który zebrałam z działki i ręcznie wyłuskałam ziarenka do celów kosmetycznych :) Zmieliłam je w młynku elektrycznym z przeznaczeniem na wygładzająco-łagodzący peeling do twarzy, szyi i dekoltu. 



Składniki na peeling:

- 2 łyżki zmielonych ziaren owsa,
- 2 łyżki octu jabłkowego domowego,
- 1-2 łyżki wody,
- 1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej.




Mieszamy, wmasowujemy w skórę. Zostawiamy na kilka minut i dokładnie zmywamy (dokładnie, żeby Wam mąka na twarzy nie została!). 
UWAGA :) Może uczulać. Moją Mamę urządziło w kropki, więc polecam sprawdzić na małym kawałku skóry czy jest to dla Was korzystny kosmetyk. Dla mnie świetny, wygładzający, łagodzący zaczerwienienia, oczyszczający równie dobrze jak drogie peelingi, które miałam w zwyczaju używać... 





Nie mogę doczekać się octu mniszkowego, chociaż boję się, że nachodzi na niego pleśń - albo matka octowa, nie potrafię określić. Jest dobrze. Octy się robią, daktyle i awokado rosną, lubczyk w domu wykiełkował, a ja siedzę i popijam sok jabłkowy zaprawiany bez cukru rok temu... wtedy prosto z drzewka do słoika przez wyciskarkę, dzisiaj prosto z lodówki po pięknym dniu :)






Coraz bliżej piękne lato... ♥♥♥

20.5.15

Nawilżająca i odżywcza maseczka do twarzy - masło kakaowe, olej z makadamii i witamina E


Taka już u mnie niedzielna (bo maseczka z niedzieli) tradycja, że poświęcam sobie chociaż 30 minut na to, żeby wypięknieć. Szykuję sobie żarełko i popitkę, robię maseczkę, nakładam błotko na twarz, nastawiam stoper i rozsiadam się z książką na kanapie. O tak. Jak miło to wspominać!

Dzisiaj uraczyłam się maseczką nawilżającą, ponieważ po ostatnim spędzeniu czasu na pełnym słońcu w zimny dzień, zobaczyłam na swoim nosie schodzącą skórę. Nigdy mi się to nie zdarzyło, więc słońce mogło być tylko prowokatorem. 




Składniki, które użyłam na maseczkę (na 2 osoby) to: 

- 2-3 łyżki wody mineralnej,
- 2 łyżeczki glinki australijskiej (kaolinu),
- 1 łyżeczka roztopionego masła kakaowego,
- 10 kropel oleju z makadamii wzbogaconego wit. E. 






Chyba każdy z Was zna słynne kosmetyki z masłem kakaowym w swoim składzie? A czy znacie działanie masła kakaowego? Czy wiecie, że pozostała chemia, która zajmuje zwykle 95% i więcej objętości buteleczki, jest po prostu zbędna i wcale niekonieczna? Masło kakaowe jest naturalnym produktem ziaren kakaowych. Jest to tłuszcz, więc jego głównym zadaniem w kosmetyku jest nawilżanie ciała. Warto używać go systematycznie, kiedy chcemy schudnąć - na uda, ramiona, brzuch - ponieważ poza tym, że pomaga pozbywać się rozstępów, to także im zapobiega, poprawiając elastyczność skóry.

Olej z orzechów makadamia sam w sobie jest źródłem witaminy E, jednak często bywa o nią dodatkowo wzbogacany. Zwiera też w sobie witaminę A i witaminy z grupy B. Poza nawilżaniem i uelastycznianiem skóry (tak samo jak masło kakaowe), dodatkowo ją regeneruje. Jest to dobra opcja nawilżająca i wspomagająca codzienną pielęgnację dla osób, które "nie lubią się kleić" po balsamie (czyli JA!), ponieważ bardzo szybko się wchłania. Posiada działanie przeciwbakteryjne, więc tym bardziej nadaje się do stosowania na twarz.

Po co jeszcze większa dawka witaminy E? Poza tym, że dodaję ją do maseczek, jeszcze częściej używam jej dodatkowo przy olejowaniu włosów. Myślę, że to, co nas interesuje i najważniejsze w witaminie E jest jej ogromna siła w zwalczaniu wolnych rodników - spowolnienie starzenia się skóry. Tworzy też barierę przeciw promieniowaniu UV, na co ja z Mamą bardzo zwracamy uwagę. Witamina E w tej maseczce stawia kropkę nad i swoim bardzo obszernym i ogólnym działaniem na korzyść skóry (m.in. poprawy kolorytu, ukrwienia, redukowania rozszerzonych naczynek).


Dzięki temu, że zaczęłam stosować półprodukty, wiele, wiele więcej się nauczyłam... :)
Wiem, że jest początek tygodnia, ale... zaraz weekend ♥

18.5.15

Z parapetu roślinomaniaczki (part V)


To już piąta część odsłony parapetowej manii. Szczerze powiem, że jeszcze nie odważyłam się i pewnie się nie odważę, pokazać Wam mojego 4-piętrowego parapetu (bo byście myśleli, że mieszkam w ciemnościach), który jest zastawiony kubeczkami po jogurtach, które zbieram po rodzinie (haha, sama nie jem, to chodzę wyżebrać pudełeczka). W przyszłym roku będzie cała drewniana półka, bo nie będę miała parapetu i wtedy się Wam pochwalę z przyjemnością! :)







 LAUROWIEC, czyli LIŚĆ LAUROWY - dostałam 3 drzewka w prezencie od Babci i Dziadka. Na zdjęciu widzicie jednego z nich i może nie wygląda okazale, to u mnie będzie miał możliwość życia na nowo :) Laurowiec zawsze był na mojej liście roślin do kupienia. Ciekawe, kto zagości na sławnym parapecie następny?









 KAWA ARABSKA wysiewana z nasion. Wzeszło jedno nasionko po prawie dwóch miesiącach (została wysiana 1 kwietnia) i obawiam się, że jest ono pierwsze i ostatnie. Mam jednak zamiar czekać jeszcze 3 miesiące, a wtedy zrobię z nimi porządek! :) Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że wzejdą, a kilka dni temu oglądałam sadzonki kawy i o mało ich nie kupiłam (pomyślałam sobie jednak, że dam szansę nasionom).




Takie śliczne i okazałe pelargonie wyrosły z nasion za kilka centów (pisałam o nich w tym poście). Kilka miesięcy temu zapytałam Mamę: Jak komuś mogą się podobać pelargonie?! W ogóle to kojarzą mi się z cmentarzem i starymi paniami! Tak powiedziałam, a teraz chciałabym mieć je w każdym kolorze i już widzę, jak zastawiam nimi 
taras (którego nie mam). 




DAKTYLE - także wysiane z pestek. Mam jeszcze jedną, którą właśnie moczę drugi dzień i jeszcze przed weekendem wysadzę ją w ziemię. Mają przepiękny zielony kolor i twarde liście. Razem z Melanią marzyłyśmy sobie ostatnio o oranżerii, ale drzewa daktylowego tam nie zmieścimy... 

Na zdjęciu wyżej po prawej stronie są także daktyle. 









AWOKADO - rośnie pięknie (chyba widać? ♥), jest śliczne i mam ich w ilości 3 zdrowych drzewek! A kolejne 5 pestek czeka na korzenie, a później wszyscy będą ode mnie na urodziny dostawać awokado... :D









 MORINGA OLEJODAJNA - uważana za superfood i można ją spożywać na surowo prosto z parapetu. Narazie jej nie smakowałam, bo szkoda mi takiej malutkiej. Moringa to ta roślina o drobnych listkach, tę obok podejrzewam o jakiegoś cytrusa, tylko nie wiem skąd niby miałby się wziąć w tej doniczce (chyba ktoś mi napluł). Mam jeszcze jej 3 nasiona, ale zamierzam wysiać ją w lipcu lub sierpniu. 




 MANGO - które także kiełkowało dosyć długo (ok. miesiąca), bo było sadzone w tym samym czasie co kawa. Martwię się o tego bardziej zielonego liścia, bo jest... po prostu dziwny. Poza tym z jednej pestki wykiełkowały dwa drzewka i nie wiem, czy jest to normalne czy nie, ale nie mam zamiaru nic z tym robić. 

Trzymajcie się ciepło, Kochani! ♥ I kwiaty sadźcie :)