25.6.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - wypowiedzi wegan #2


To druga i ostatnia część wypowiedzi osób, którym los zwierząt nie jest obojętny i właśnie dlatego zrezygnowały z jedzenia mięsa. Dzisiaj przeczytacie wypowiedzi dwóch młodych dziewczyn i kobiety, a to, co je łączy, to miłość do innych istot żyjących, szacunek do każdego stworzenia oraz empatia. Świadome życie w tej kwestii jest naprawdę piękne (wiem, co mówię) ♥



"Kiedy człowiek zaczyna interesować się tematem hodowli przemysłowej zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo jesteśmy nieświadomi i poddawani manipulacji mediów. Niestety, przez to w obecnych czasach niejedzenie mięsa czy jakichkolwiek innych produktów odzwierzęcych wciąż spotyka się z niezrozumieniem i wyśmianiem. Pomimo tego – ja i inne osoby na diecie roślinnej – wciąż wierzą w swoje ideały.
Dlaczego jest to dla mnie tak ważne? Powodów jest wiele, ale etyka to najważniejszy z nich. Obecnie nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ludzie wciąż uważają, że możemy i musimy jeść mięso i żałuję, że nie zrezygnowałam z niego wcześniej. Smak mięsa można doskonale zastąpić. W tej chwili dieta wegetariańska/wegańska naprawdę nie jest wyzwaniem. Zabijanie drugiej istoty tylko dla zaspokojenia swoich kubków smakowych w XXI wieku? Nie, podziękuję. Irytuje mnie
hipokryzja ludzi, którzy kochają swoich domowych pupili i płaczą, gdy usłyszą o zabiciu psa, a każdego dnia wspierają przemysł uśmiercający miliony zwierząt. Cieszę się, że mam świadomy umysł i dokonuję wyborów, które są dobre dla zwierząt. Jestem świadoma tego, że większość populacji nie zostanie weganami. Ale  nawet, jeśli inni będą wmawiać mi, że świata nie zmienię, ja i tak będę cieszyć się, że mam czyste sumienie. Zresztą, wielkie rewolucje rozpoczynają się od małych kroków, prawda?"


Ola Klóska, 17 lat,
uczennica VII LO w Bydgoszczy,
obecnie wegetarianka, 
miłośniczka muzyki i fotografii tradycyjnej



"Wegetarianką zostałam pod koniec grudnia, akurat na Boże Narodzenie. Gdy polubiłam fan page organizacji Viva (było to w lato 2014) irytowały mnie wszelkie zdjęcia z rzeźni i uboju, pewnie jak każdego mięsożerce. Powtarzałam sobie wciąż to samo: A co się wtedy stanie z tymi świniami, krowami? To i tak nic nie zmieni. W końcu pewnego dnia zdałam sobie z tego sprawę, że właściwie jem zwierzęta, które niczym się nie różnią od moich kotów, których przecież nie zjadam. Na początku stopniowo ograniczałam mięso, odrzuciłam wszelkie czerwone oraz szynki, potem drób i ryby. Dzięki tej decyzji poczułam, że lepiej mi się żyje. Później wstąpiłam do bydgoskiego oddziału Otwartych Klatek, aby w większej grupie pomagać zwierzakom. Od tamtego czasu na moim talerzu nie znajduje się mięso, jednak zastąpiłam je większą ilością warzyw i strączków. Od tamtego dnia poczułam, że robię o chociaż ten 1% więcej niż zwykły człowiek. 
Dziękuję."

Alicja Wolbek, 14 lat,
uczennica gimnazjum,
interesuje się fizyką i astronomią 




"Jedzenie już dawno przestało być dobrem, o które trzeba walczyć w pocie czoła. Jest wszędzie - względnie tanie i dostępne. W sklepie za rogiem czy w ogromnym hipermarkecie, kusi smakiem i zapachem, nic tylko wyciągnąć rękę. Może dlatego zapomnieliśmy, że jest nam tak samo niezbędne jak tysiące lat temu, może dlatego przestaliśmy je doceniać tak bardzo jak w czasach, gdy głód zaglądał nam w oczy. Przejedzeni, pozornie nasyceni, często wrzucamy w siebie byle co - bo było w promocji, ładnie opakowane, szybkie do sporządzenia (wystarczy odgrzać) lub zniewala nas smakiem. A przecież to nasze paliwo.

Dwa lata temu przeszłam na wegetarianizm - po tym, jak koń mojej najlepszej przyjaciółki trafił do handlarza. Konia udało się uratować, a ja na zawsze pożegnałam się z kotletem, szynką i kebabem, który - powiem z nutą wstydu - smakował mi chyba najbardziej. Z perspektywy czasu widzę, że i tak zrobiłam wtedy wiele, choć do końca jeszcze do mnie nie dotarło, czym ma być dla mnie jedzenie. Najważniejsze było dobro i cierpienie zwierząt - do którego nie chciałam się dokładać. Byłam wtedy daleko, w pięknej i bogatej Holandii, gdzie półki uginały się od wegeżarełka, a jogurt sojowy kosztował tylko kilka centów więcej niż zwykły.  Było prosto, tanio i smacznie.



Po kilku miesiącach wróciłam do Polski i po spotkaniu aktywistów Otwartych Klatek zaczęłam aspirować do weganizmu (wykład Garego Yourofskieo też zrobił swoje). Pobyłam w kraju kilka tygodni i wróciłam do wegelandu. Tam, topując hortensje poznałam osobę, która zmieniła moje postrzeganie jedzenia jeszcze bardziej - była to czarnowłosa Anka-weganka i to na dodatek surowa. Od innych wegan (często słusznie wkurzonych na świat za cierpienie zwierząt) odróżniał ją spokój buddyjskiego mnicha i aura miłości, która biła od niej na odległość dwóch metrów. Polubiłyśmy się od razu. Ania była przemiła, bardzo mądra i miała bardzo ładną cerę. Rozmawiałyśmy o filozofii i kochaniu samego siebie.

Wróciłam do Polski, tym razem na stałe. Odnalazłam się w polskich marketach - paradoksalnie brak wegeżarełka przysłużył się mojemu zdrowiu - jako że napchanego chemią sojowego nugetsa nie mogłam beztrosko wrzucić do koszyka, "skazana" byłam na żywność nieprzetworzoną. Musiałam w internecie szukać przepisów. Przy okazji zdobyłam wiedzę, jak zdrowe są nasze najpospolitsze warzywa i owoce. Odkryłam prawdziwe bogactwo w pobliskim Polo i jaskinię pełną skarbów w warzywniaku pod blokiem. Zaczęłam, moimi wyborami żywieniowymi, okazywać miłość samej sobie, dbać o to, jakie paliwo mój organizm otrzymuje.

Dzisiaj jem prawie wszystko na surowo. Prawie - bo zdarza mi się coś ugotować, często dla przyjaciół, którzy uwielbiają moja kuchnię.  Zazwyczaj improwizuję - biorę to, co mam pod ręką. Na początku bywało różnie, na szczęście obyło się bez zatruć.  Moje pierwsze kotlety z soczewicy się rozleciały. Po czasie nabrałam jednak wprawy i obudziłam w sobie pasję - w garach doświadczam autentycznego poczucia spełnienia :) Rzecz jasna, gotuję również dla mięsożerców, którzy bardzo często  proszą o dokładkę - a ja sieję ziarno- pozytywny i smaczny obraz weganizmu. Taka misja.

Misja, a misjonarze niosą nową religię...

Głęboko wierzę, że weganie są apostołami pewnej przemiany, że niosą ludzkości dobrą nowinę - i że kiedyś, jakkolwiek patetycznie to zabrzmi, ją zbawią. Przejście na weganizm to obudzenie w sobie ogromnej  empatii uśpionej przez bliżej nieokreślone złe siły. Bo jeśli istnieje piekło, to jest ono Hodowlą Przemysłową i tworzy je człowiek. Każdy, który się do tego dokłada i wykupuje w nim udział. Co więcej, to Piekło pochłania płody rolne i wodę, a jego produkt- wkładany do ludzkich ciał zatruwa je. Ciała i duszę.
Jedzenie ma karmić również moja duszę. Weganizm wynika prosto z filozofii, która tłumaczy mi rzeczywistość. Która krótko mówi o tym, że jeśli chcemy wrócić do raju, do którego tęsknota tak wielu z nas dręczy, musimy zacząć tworzyć go sami. Przede wszystkim, przestać tworzyć innym istotom piekło, zarówno zwierzętom, jak i ludziom. I nie raj jakiś enigmatyczny, tylko nasz świat za kilka pokoleń - bo rośniemy w siłę z każda minutą. Wyobrażacie sobie świat bez głodu i rzeźni? Z dzisiejszym poziomem technologii i większości chorób przewlekłych?  Może i wegańskie społeczeństwa byłyby bardziej pacyfistyczne? Kto wie? Można się rozmarzyć. Ale i działać, wkładać swoją cegiełkę w budowanie tego świata - wierząc tak w to głęboko, że oczywistym staje się taka postawa. A jako że wierzę w reinkarnację, jestem święcie przekonana że w nagrodę wrócę kiedyś na tę planetę i będę goła przechadzać się po lesie i jeść jabłka. Przynajmniej w weekendy."

Edyta Szulc, 30 lat,
interesuje się zdrowiem,
muzyką oraz filozofią,
działaczka Twojego Ruchu


♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥

PYTANIE DO WAS:

- czy chcecie więcej wypowiedzi osób, które nie spożywają produktów pochodzenia zwierzęcego?
- czy lubicie czytać to, co inni mają Wam do przekazania?
- czy interesują Was rodziny, które nie jedzą mięsa?
- czy chcecie poczytać o tym, jak radzą sobie mamy, ojcowie, matki karmiące lub w ciąży, osoby uprawiające sport, pracujące fizycznie, mężczyźni na weganie, ktokolwiek inny?

Czekam na odzew! :)




23.6.15

Gomasio - sezamowa sól


Wiecie, co jest dla mnie najlepsze w gotowaniu i ogólnie pojętej kuchni? To, że smaki zawsze mnie zaskakują :) Jest to o tyle ciekawe, że nie lubię dziwnych nowości i żebym coś zrobiła, muszę być do tego przekonana w 100% lub danie powinno zawierać coś, co wręcz ubóstwiam albo jem łyżeczką bez dodatków. Tak to właśnie wygląda. Dzisiaj tym super składnikiem jest sezam (nie, nie sól). 



Gomasio to sezamowa sól, która absolutnie mnie zaskoczyła! Zmagam się ostatnimi czasy sama ze sobą w kwestiach "mniej cukru" oraz "mniej soli". Rozwiązałam drugi problem przygotowując z jednej łyżki soli himalajskiej osiem łyżek soli sezamowej wcale nie mniej słonej. Można? Można! I to mi się podoba.

Gomasio sezamowe słone (jak sól, nie mniej nie więcej):
- 8 łyżek sezamu,
- 1 łyżka soli himalajskiej (może być też morska).
Do kanapek, do sałatek, do ziemniaczków, do zupy - stosowane jako sól sezamowa.

Gomasio sezamowe mało słone:
- 10-11 łyżek sezamu,
- 1 łyżka soli himalajskiej. 
Do przygotowywania dań z typowo sezamowym akcentem,
czyli można użyć bardzo dużo gomasio i nie przesolić obiadu. 

Zdjęcie w lewym rogu - sezam przed prażeniem, w dolnym rogu - po prażeniu
(wyraźnie widać zmianę koloru), największe zdjęcie - gotowe gomasio :)


Sezam razem z solą prażymy na suchej patelni. U mnie trwało to ok. 5 minut. Mieszajcie drewnianą łyżką i potrząsajcie patelnią, zwłaszcza po 2-3 minucie, kiedy sezam zaczyna zmieniać kolor i szybko może się przypalić. Kiedy zacznie ślicznie pachnieć w całym domu, a sezam będzie już złocisty, przesypujemy wszystko na talerz i pozostawiamy do ostygnięcia. Kiedy jest już zimny, rozgniatamy go w moździerzu lub używamy elektrycznego młynka (dosłownie na 2 sekundy, bo zrobi się mączka), by uzyskać sypką przyprawę z wyczuwalnymi kawałkami nasion sezamu.

Powiem Wam tylko tyle, że jest PYSZNE. Nie zastanawiajcie się, po prostu to zróbcie, a później będziecie jeść wszystko tylko po to, by użyć gomasio (brawo ja...) ♥

12.6.15

Domowe kosmetyki: 10 naturalnych produktów do pielęgnacji ciała, które musisz mieć w domu

Podsumowujące posty są świetne! Sama lubię takie czytać na innych blogach, dlatego postanowiłam zrobić Wam dzisiaj przyjemność i w jeden wpis zebrać produkty, z których można utworzyć domowe kosmetyki. Większość z nich sprawdza się jednocześnie do stosowania na całym ciele (włącznie z twarzą) oraz na włosach. Pisałam o nich na blogu już co najmniej raz, dlatego pod każdym składnikiem znajdą się linki z przepisami na kosmetyki, do wykonania których możecie ich użyć. Podczas czytania polecam zrobić listę zakupów :)



1. SODA OCZYSZCZONA

Nadaje się do zrobienia: szamponu, maseczki do twarzy, musujących kul do kąpieli, pyłku do kąpieli, peelingu do ciała.
Więcej o sodzie znajdziecie w tym wpisie. Peeling do ciała wykonacie najzwyklejszym sposobem: soda + woda + esencja zapachowa + mała ilość masła kakaowego/shea/mango lub oleju kokosowego.


2. OCET JABŁKOWY

Nadaje się do zrobienia: toniku, odżywki (płukanki) do włosów, maseczki do twarzy.
Tonik wykonujemy w proporcjach 3-5 łyżek octu jabłkowego na 250 ml wody. Dozujemy na wacik i przemywamy twarz, szyję oraz dekolt - jest to płyn bardzo oczyszczający (o czym same się szybko przekonacie). Redukuje także zaczerwienienia i radzi sobie z tłustą cerą. 
Ocet jabłkowy możemy też wykorzystać jako część mokrą do wykonania maseczki. Możemy dodać go do glinki zamiast wody lub naparu i sprawdzi się równie dobrze (przy cerze trądzikowej sprawdzi się nawet o niebo lepiej!).


3. PŁATKI OWSIANE

Nadają się do zrobienia: maseczki do twarzy i peelingu.
W obu postach poczytacie o ich zbawiennym działaniu dla skóry.


4. POKRZYWA

Nadaje się do zrobienia: szamponu i płukanki do włosów.
Przygotowanym naparem z pokrzywy (ostudzonym) przepłukujemy włosy. Działa odżywczo i sprawia włosy miękkimi. Płukanki do włosów należy stosować systematycznie, aby efekty były widoczne. W przypadku pokrzywy, dobrze też jest wesprzeć się od wewnątrz - pijąc rano zaparzone zioła. 


5. RUMIANEK

Nadaje się do zrobienia: toniku.
Napar z rumianku używamy na tej samej zasadzie jak tonik z octu jabłkowego. Rumianek nadaje się idealnie do delikatnej skóry, ale nie osiąga się po nim tak spektakularnych efektów i w tak krótkim czasie jak po płynie z octem. Podobnie możemy używać napar z anyżu. 


6. SKROBIA ZIEMNIACZANA

Nadaje się do zrobienia: peelingu, maseczki do twarzy i szamponu.
Lubię mieć skrobię zawsze w domu i lubię często dodawać ją do maseczek albo peelingów. Działa łagodnie - wygładza skórę twarzy. W moim przypadku świetnie nadaje się też na peeling z przeznaczeniem na dłonie, ręce i ramiona. 


7. CYNAMON

Nadaje się do zrobienia: maseczki do twarzy oraz jako element nadający zapach.
Cynamon jest świetnym składnikiem maseczek do twarzy oraz każdego innego kosmetyku z przeznaczeniem na wspomaganie ciała (poza względami czysto pielęgnacyjnymi) ponieważ jest jednym z moich ulubionych antyseptyków. Lubię użyć mieszanki sody z cynamonem oraz wodą i użyć tej papki do umycia twarzy lub ramion. Świetna oczyszczająca sprawa. Jeśli wraz z cynamonem nawilżamy się (np. dodając kilka kropel oleju lub masła) pamiętajmy o dokładnym obmyciu skóry - cynamon może zostawić brązowe plamy na skórze (oczywiście brudne, nie przebarwienia).
Przed zastosowaniem czegokolwiek z cynamonem należy wykonać próbę uczuleniową!


8. OLEJ KOKOSOWY

Nadaje się do zrobienia: maski na włosy. 
Dla mnie jest włosowym cudotwórcą. Nakładam go ok. 3 łyżki (roztopiony) na 1/3 długości włosów od dołu, później oleistymi dłońmi wcieram resztki w skórę głowy. Zawiązuję koczka na samym czubku głowy (żeby się wygodnie spało - tak, ma się później brudną pościel) i noszę go przez cały dzień lub całą noc. Wspomaga końcówki i dobrze działa na napuszone włosy :) Można też użyć go jako nawilżający balsam do ciała.


9. WITAMINA E

Nadaje się do zrobienia: maseczki do twarzy i maski na włosy.
Witamina E (moja: w oleju makadamia) nadaje się właściwie jako dodatek do każdych domowych kosmetyków. Ja jednak najczęściej używam jej do 3 rzeczy:
- maseczka do twarzy (jako czynnik łagodzący zaczerwienienia),
- maska do włosów (10 kropel witaminy E w oleju makadamia dodaję do oleju kokosowego i wcieram oba łącznie),
- wcierania w paznokcie i skórki (kilka dni wcierania działa korzystnie na skórki wokół paznokci, zmiękcza je i regeneruje, dodatkowo wzmacnia paznokcie).


10. GLINKA KOSMETYCZNA

Nadaje się do zrobienia: maseczki do twarzy (z naparem z róży, nawilżająca, z sokiem z żyworódki).
Glinki używam po prostu jako bazy do wszelkich maseczek. W jednym z postów podlinkowanych na różowo poczytacie o jej działaniu.

Proponuję - zamiast polowania na kosmetyczne promocje w sklepach, może zróbcie sobie jedną wycieczkę po drogeriach, aptekach i działach ze zdrową żywnością? Odkąd wprowadziłam ponad 50% domowych kosmetyków - mi, mojemu ciału i mojemu portfelowi jest lepiej :)

10.6.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - wypowiedzi wegan #1

Moi Ukochani Czytelnicy!
Czasami życie zmusza nas do powiedzenia STOP, do powiedzenia PRAWDY (nawet jeśli boli - trudno), do rozpoczęcia WALKI o siebie. To smutne (albo i nie?), ale nie jesteśmy w stanie zadowolić każdego i (to radosne) mamy prawo do BYCIA SZCZĘŚLIWYM w zgodzie z samym sobą 

W moim życiu ostatnio miała miejsce sytuacja, w której poczułam się gorsza i mniej akceptowana przez wybór niejedzenia produktów odzwierzęcych. Choć było to uczucie krótkotrwale i słabe (bo w ostateczności nie przejmuję się opinią innych w temacie mojego odżywiania się) - nadal przykre. Stąd narodził się pomysł na opublikowanie wpisów (dzisiejszego i kolejnego po 20 czerwca), które zawierają wypowiedzi innych osób, które interpretowały zdanie "To, co jem, jest dla mnie ważne" z osobistego (subiektywnego i obiektywnego - patrz dzisiejsza wypowiedź Nicoli!) punktu widzenia.

Ma to UWYPUKLIĆ sens wyboru produktów w sklepach, UŚWIADOMIĆ wartość tychże wyborów oraz POMÓC tym, którzy nadal się wahają (albo wątpią, nie mają poparcia wśród bliskich). 


Poniżej wypowiada się Nicola.

Przechodząc dwa lata temu na wegetarianizm, a w końcu rok temu na weganizm, musiałam zmierzyć się z wieloma nowymi aspektami tego stylu życia. Zrozumiałam, że „nie mogę” muszę zamienić na „nie chcę”. To nie tak, że „nie mogę” nosić wełnianych skarpet, dzierganych przez ciotkę, tylko „nie chcę”. Tłumacząc rodzinie - złym wyborem było powiedzieć „nie mogę” jeść jajek.

Weganizm to nie tylko decydowanie się na alternatywne odżywianie, to także podróż przez liczne artykuły naukowe: od behawioryzmu (ludzkiego i zwierzęcego) po dietetykę. Po co? Już odpowiadam. O ile zrezygnowanie z produktów odzwierzęcych jest banalnie proste, tak masa krytycyzmu, z którym trzeba się zmierzyć już nie bardzo. Jako weganin-aktywista, jest się de facto wystawionym na ostrzał (a nie łudźmy się, większość właśnie zajmuje się propagowaniem życia „cruelty-free”). Dlatego powoli budujemy mocny i niepodważalny pancerz przeciwko typowym pytaniom i błędnym stwierdzeniom (choćby na temat witaminy B12, niedoboru białka etc). Po jakimś czasie odpowiadanie i edukowanie przychodzi z wielką łatwością. Nie zrozumcie mnie źle, nie staram się nikogo odwieść od weganizmu. Wręcz przeciwnie! Dzięki weganizmowi wgłębicie się w ciekawostki o ludziach, o zwierzętach, ale także w badania naukowe, a to uważam za bardzo wartościowe.

Po za walorami zdrowotnymi, które mogłam odczuć dzięki samej diecie, przeżyłam wiele momentów uciechy w nowo zapoznanych lekturach z wyżej wymienionych dziedzin. Jednak jedna najbardziej mnie fascynuje i uczy. Jest to filozofia, a raczej ideologiczne postawy wegetarianizmu, które często są w nią wplecione.
Od samej starożytności po dzień dzisiejszy: „to, co jedliśmy, było dla nas ważne”.

Filozofowie starają się wytłumaczyć świat takim, jakim go można zastać, poprzez rozważanie go w rozmaitych systemach:
- metafizycznych (czyli takich, które rozważają sprawy poza naszą cielesnością, a raczej tych, które dzieją się w naszej jaźni),
- logicznych (poprzez wnioskowanie też),
- lingwistycznych (badanie języka, w jakim coś można wyrazić).

Oczywiście istnieje jeszcze więcej metod, ale nie o tym chciałam pisać.

Jednym z pierwszych takich momentów, w którym poczułam, że mogę wesprzeć swój weganizm na filozofii, to ten, gdy poznałam Pitagorejczyków. Wszyscy kojarzymy Pitagorasa z matematyki, lecz niewielu nas wie, że ten niesamowity myśliciel był także filozofem, a nawet prowadził zakon. Zakon ten zajmował się naukami fizyki. Cechowało go to, iż każdy uczeń Pitagorasa, by poznać tajemnice jego wiedzy, musiał poddać się ascezie. Asceza, czyli szeroko pojmowany post, była wszechstronna w świecie Pitagorejczyków. Polegała nie tylko na 3-letniej nauce w bezwzględnym milczeniu, ale też na dokładnym przestrzeganiu zasady odżywiania się.  Zasada była prosta: Pitagorejczyk nie może jeść niczego, co może zawierać duszę. Brzmi znajomo?

Tak, bo pitagorejczycy, idąc za starogreckim wierzeniem Orfickim, wierzyli w metempsychozę, znaną nam bliżej jako reinkarnację dusz. Według wierzeń i filozofii starożytnych (aż do Platona), dusza popełniła grzech podczas swojego życia pozaziemskiego. Dlatego musi odbyć pokutę przechodząc od rośliny po człowieka, różne stadia i etapy życia, szukać doznań i poznawać jak najwięcej ziemskich rzeczy, by w końcu móc trafić do poprzedniego świata. Inni ludzie nie powinni przeszkadzać duszy w jej podróży ku świetności, dlatego, jak nakazywał Pitagoras, muszą odejść od zabijania zwierząt, gdyż razem z tym aktem, odbieramy duszy możliwość rozwijania się.

Lecz nie samą ideologią Pitagoras tłumaczył pozytywny wpływ ascezy. Popierał się także promowaniem umiarkowania i dbania o intelekt poprzez spożywanie lekkostrawnych i mało wymyślnych dań (zapewne podobałaby mu się dieta RAW). Jak wszyscy wiemy i poczuliśmy nieraz,że po mięsnych oraz tłustych daniach musimy długo odpoczywać, drzemać, uporać się z dolegliwościami trawiennymi. Pitagorejczyk nie miał na to czasu. Jego ciało nie mogło zaciemniać intelektu, jeśli on miał za zadanie jak najdłużej i najintensywniej kontemplować rzeczywistość.

Wegetarianizm pitagorejczyków opierał się zatem na zdrowiu intelektualnym oraz cielesnym.
Poprzez to, iż mogłam sama zauważyć na sobie to, o czym mówił już starożytny uczony, nauczyłam się, że filozofia naprawdę może być pomocna i wskazywać drogę weganom podczas dyskusji i oraz osobistych przemyśleń. Pitagoras zrozumiał, że zwierzęta to także wartościowe stadia edukacji duszy: przechodzą cierpienie oraz śmierć tak samo jak człowiek, dlatego warto je chronić.


Zabawną motywacją dla mnie, jako wolontariuszki w jednym z największych stowarzyszeń pro-zwierzęcych, jest plotka o rzekomym wyrzucaniu rybakom ich zdobyczy z powrotem do morza poprzez samego Pitagorasa. Pokazuje mi to, że nieważne co robię w stronę weganizmu, zawsze powinnam pamiętać dla kogo to robię: dla zwierząt. Bo tak jak Pitagoras, pragnę chronić ich prawo do życia. Tak jak Pitagoras, zrozumiałam, że mogę to czynić poprzez wybieranie posiłków roślinnych oraz edukowanie swojej rodziny, swoich znajomych, także czasami obcych ludzi.


Jaka jest moja konkluzja? Nie tylko to co jem, ale też to co mówię, jest dla mnie ważne!

Nicole Janikowska
weganka i studentka filozofii na Uniwersytecie Śląskim, lat 20


Dziękuję Nicoli za podjęcie się napisania tekstu!
Iza

8.6.15

Raw till 4 - dzień w zdjęciach



W zeszły tydzień zrobiłam sobie jeden dzień rawtill4. Moje odczucia są subiektywne, ale na pewno istotne na przyszłość (mam nadzieję, że także dla Was). Od rana wypiłam szklankę wody z sokiem z cytryny (i nawet nie posłodziłam), zjadłam sałatkę z pomidorów i pęczaku, a później już leciało pięknie. Po 16 pozwoliłam sobie na zjedzenie rodzinnego obiadku i czar prysł. Jak na surowiźnie czułam się wspaniale, wyraźnie i lekko, tak zaraz po zjedzeniu gotowanego - poczułam się ociężała, zmęczona i myślałam, że mogłabym zjeść wszystko, co postawią mi na stole. Planuję więc kolejny dzień rawtill4 - podejście drugie.

Dlatego dzisiaj bardzo króciutko - chcę Wam pokazać na zdjęciach, co jadłam do 16. Poza tym wszystkim były czereśnie, których nie zdążyłam sfotografować. Enjoy!

Baaardzo dużo truskawek na pierwsze i drugie śniadanie.

Pół mango pokrojonego w kosteczkę + pudding wiśniowy z chia seeds.

Wiśniowy pudding chia, a na górę mango!

Sałatka na obiad: pomidory, awokado, nasiona lotosu (moczone przez noc).

Sałatka: pomidory i pęczak (moczony przez noc) oraz jabłuszka do pociągu :)

7.6.15

Motywacja do nauki - jak się uczyć, żeby się nauczyć?

Do tematu nauki i przygotowywania się do zajęć podchodziłabym bardzo indywidualnie. Są jednak pewne zasady, których można się trzymać i nieco modyfikować w zależności od potrzeb. Sesja się zbliża, każde koło ratunkowe się przyda. Studia to czas, aby przekonać się, jakie metody zastosować, aby się czegoś naprawdę nauczyć [zwłaszcza, jeśli z kierunkiem wiążesz swoją przyszłość i chcesz być profesjonalistą].




Są rzeczy, które naprawdę warto wiedzieć i są takie, których wiedzieć nie musisz. Te, które chcesz wiedzieć i powinieneś, wcale nie potrzebują motywacji. Do głowy wchodzą same. Gorzej z tymi drugimi. Uważasz, że są ci całkowicie zbędne i absolutnie nie mają z tobą związku, ale egzamin zaliczyć musisz - musisz i nic na to nie poradzisz. Ale chyba chcesz go zaliczać tylko raz, prawda? Nie lubimy wracać do nieinteresujących nas treści, nie lubimy marnowania czasu, nie lubimy więc poprawek! Pomyśl, czy lepiej szeroko otworzyć umysł [zamieniając go w chłonącą gąbkę] i poświęcić godzinę czasu na naukę, czy lepiej udawać, że się uczysz [odbierając maile w tym czasie, sprawdzając Facebooka, odpisując na wiadomości, mieć włączonego YT i wciąż zmieniając piosenki] przez cały dzień, później się stresować i jeszcze uczyć się drugi raz na poprawkę z wyboru? Poprawka nie jest porażką, o ile wiesz, że dałeś z siebie wszystko. Staje się wtedy cenną wskazówką na następny raz.





Znajdź dla siebie odpowiednią metodę. Rada ode mnie jest taka, aby było w niej jak najwięcej bodźców - kolorów, symbolów, karteczek, skojarzeń. Moje metody zależą od ilości materiału, który mam do opanowania (ilość tron, tabele, wykresy, schematy) oraz od czasu, który mogę na to poświęcić. Daje mi to ogólny wgląd na zagadnienie. Stąd idą już tylko 4 drogi.

1. Dużo materiału, dużo czasu.

Stawiam na niezawodne mapy myśli, które poznałam z książki [dostałam ją w prezencie i na pewno ukaże się o niej wkrótce osobny wpis]. Podczas konstruowania swoich map używam kartek A4, co najmniej 3 kolorów, abstrakcyjnych obrazków [dotychczas uważałam, że jestem beztalenciem, ale jednak potrafię narysować ptaka i skojarzyć go z bakteriami]. Wierzę w maksimum skojarzeń i minimum treści na kartce - stosuję tylko słowa kluczowe. Gdy zrobię już pełną mapę myśli, ponownie konfrontuję ją z tekstem, by przed kolokwium tylko spojrzeć na kolorową kartkę pełną strzałek i rysunków. Pamiętajcie też, żeby (zanim zabierzecie się do pracy) ustalić też główne zagadnienie, wokół którego będziecie tworzyć odrębne odgałęzienia oraz na podstawie swoich notatek wstępnie zaplanujcie wykorzystanie przestrzeni na kartce.



2. Dużo materiału, mało czasu.

Akcja motywacja. Pytam siebie:
- ile czasu mogę poświęcić maksymalnie na uczenie się (godzina? dwie?),
- czy na pewno teraz jest na to odpowiednia chwila (może bardziej produktywna będę w innym momencie?),
- czy mam dobre nastawienie i otwarty umysł?
Przygotowuję kartki, pisaki, kolorowe długopisy (to tak bardzo pomaga!) i inne narzędzia świetnie stymulujące pracę mózgu. Na biurko kładę też wszystkie materiały, które mogę potrzebować: notatki z wykładów, notatki z ćwiczeń, książki, inne zapiski. Obowiązkowo robię herbatę i siadam z tyłkiem przy biurku. Biorę się do roboty, bo konkurencja nie śpi :) Nie marudzę, nie stękam, nie jestem jedynym studentem na świecie :)



3. Mało materiału, mało czasu.

Patrz punkt 2.

Ponadto w lepszych chwilach zdarzało mi się przepisać wzory, dziwne nazwy i inne drobiazgi na minikarteczkę i iść pobiegać. Można sobie przez pół godziny myśleć o cyklopentanoperhydrofenantrenie i przyswoić kilka innych niepotrzebnych słów :)

4. Mało materiału, dużo czasu.


Patrz punkt 1. z małą uwagą: mamy mało materiału, więc staramy się poświęcić na niego mniej czasu. Zwykle nie ma potrzeby spędzania nad książkami ogromnych ilości godzin (i dotyczy to także dużej ilości materiału do nauki), dlatego ograniczmy go do wymaganego minimum, a resztę wykorzystajmy w innym celu - o ile to właśnie nauka nie jest tym, na co poświęcamy cały swój czas. 



Nad moim biurkiem wisi karteczka z napisem: 
MOŻLIWOŚCI LUDZKIEGO UMYSŁU SĄ NIEOGRANICZONE. 
W to wierzę i tego się trzymam - to jest moja motywacja do nauki. I jeszcze raz pozwolę sobie przypomnieć - wyłącz tego Facebooka, jak masz zamiar się nauczyć lub zrobić cokolwiek innego skutecznie!

Gościnnie wypowiadałam się na temat nauki na blogu Adrianny. Moje porady oraz porady innych blogerek znajdziesz tutaj :)