31.7.15

Kosmetyczny piątek z Izą: dwufazowy sposób na suche włosy

OK. Przyznaję się do błędu. Ostatnio w związku z egzaminami ciągnącymi się przez cały czerwiec, poszalałam z używaniem wszystkich szamponów świata, włącznie z odżywkami do spłukiwania i bez spłukiwania. Moje włosy zachwycone nowością (bo wcześniej przecież z odżywką ze sklepu się nie znały) wyglądały cudownie: gładkie, błyszczące, prościutkie. 
Do czasu. 

Tak się cieszyłam, że w połowie lipca zachciało mi się płakać. Co ja zrobiłam? Włosy mam strasznie (dosłownie, bo robi mi się końcówkowe afro) suche. Do tego, że wypadają i przetłuszczają się, byłam przyzwyczajona. Ale bez przesady! Potrzeba matką wynalazków: przedstawiam dwufazowe wsparcie dla suchych włosów.


Faza I 
MASECZKA NAWILŻAJĄCA




Składniki:
200 ml wody
4 łyżki siemienia lnianego (w ziarnie, niemielone) 
1 łyżka suszonego ziela rumianku
1 łyżka oleju kokosowego (rozpuszczonego)

Wodę z siemieniem i rumiankiem doprowadzamy do wrzenia i chwilę gotujemy. Z 200 ml zostanie nam mniej niż 100, ale wystarczająco na nałożenie na włosy. Po oddzieleniu siemienia od glutowatej wody, dolewamy oleju i mieszamy. Gdy specyfik ostygnie i nie będzie gorący, nakładamy na włosy na całej długości. Choć ja pominęłam ten krok (dlatego, że w całym domu nie było ani jednego woreczka foliowego - ale to raczej dobry znak), powinniście nałożyć na głowę czepek, aby utrzymać ciepło. Jeśli nie macie specjalnego sprzętu, używacie foliówki, a na foliówkę ręcznik. Maseczkę zostawiamy na głowie minimum 30 minut, a maksimum: ile dacie radę. Maseczkę spłukujemy ciepłą wodą. Ja zaszalałam i kierując się chęcią uzdrowienia włosów, odłożyłam kupny szampon. 

Głównym zadaniem siemienia lnianego jest nawilżenie włosów, co spowoduje mniejsze puszenie się i zamknięcie łusek włosa. Rumianek odżywia cebulki włosa i ma zapobiegać łupieżowi - warto więc stosować go zapobiegawczo. Olej kokosowy ma nawilżyć, odbudować i odżywić włos. Lubię stosować go też solo, bo jest naprawdę rewelacyjnym kosmetykiem.

Siemię po ugotowaniu można zjeść w ciastkach lub owsiance, a jak się ma Siwego, to kosmetyczny odpad zjada koń, albo raczej Ty używasz resztek ze stajennej kolacji :)



Faza II
WZMACNIAJĄCY SZAMPON DOMOWY

Zdjęcie zostało zrobione przed dokładnym połączeniem składników!

Składniki:
czubata łyżka mąki żytniej
łyżeczka skrobi ziemniaczanej
15 kropel witaminy E w olejku z orzecha makadamia
pół płaskiej łyżeczki cynamonu
woda

O właściwościach domowego szamponu z mieszanki mąk pisałam już wcześniej. Szampon przygotowujemy z letnią wodą, bo z cieplejszą zacznie być kleisty. Mieszamy do uzyskania gładkiego płynu. Wmasowujemy w skórę głowy przez kilka minut. Spłukujemy obficie wodą, aby wyprowadzić wszelkie mączne zanieczyszczenia :) 

Cynamon pobudza cebulki do wzrostu i odżywia je. Ma także zapobiegać wypadaniu włosów, z czym wciąż się borykam (odkąd zaczęłam używać szczotki tangle teezer gubię je w zdecydowanie większej ilości). Witamina E dodana jest wspomagająco - odbuduję strukturę włosa, odżywi skórę głowy. 

Uwaga! Szampon ze względu na zawartość cynamonu może uczulać. Zrób próbę na małym kawałku skóry.

EFEKTY

Włosy ociężałe i lekko przetłuszczone po masce, której szampon nie dał rady do końca zmyć. Wciąż wyczuwam obecność oleju koko :) Jednak tak bardzo wierzę w jego zbawienne działanie, że dopóki nie muszę - nie używam szamponu ze sklepu. Końcówki od razu znacznie się poprawiły. Włosy są proste i gładkie na całej długości i o to mi chodziło. W takich włosach położyłam się spać i przetrzymałam je w tym stanie jeszcze jeden dzień oraz kolejną noc. Co najciekawsze - efekt po jednorazowym użyciu szamponu z mąki jest lepszy niż mój pierwszy raz w lutym i kolejne 19 dni, o których opowiedziałam tutaj :)

Mam nadzieję, że polubicie kosmetyczne piątki ze mną!
Do usłyszenia za tydzień!




26.7.15

Wegańskie cynamonowe ciasto z jabłkami


Dawno nie było tu czegoś konkretnie słodkiego! 

Ostatnio rozmawiałam z kilkoma osobami o tym, że blog założyłam z kulinarnym przeznaczeniem: aby wzbudzać w Was chęć do pieczenia, gotowania, komponowania potraw bez produktów pochodzenia zwierzęcego. To jest możliwe i z każdym przepisem daję Wam na to dowody. Dzisiejszy placuszek też pięknie wyrósł, a nie ma w nim ani grama jajka i mleka krowiego. Sprawy potoczyły się jednak nieco inaczej, bo nie samym jedzeniem człowiek żyje. 

Gdy zakładałam bloga, miał traktować o ŚWIADOMYM ŻYCIU. Niech więc tak pozostanie. Świadome wybory, świadome rozmowy, świadome konsumowanie. Już dawno zboczyłam z toru kuchni, by pokazać Wam coś więcej... Gdybyście byli dzisiaj ze mną, siedzieli w mojej kuchni, na pewno rozpoczęlibyśmy ckliwe rozmowy o życiu. Przy tym cieście!



Produkty:

1 szklanka mleka roślinnego
1 łyżka soku z cytryny/niepełna łyżka octu jabłkowego
1/5 szklanki oleju
1/2 szklanki cukru
1 3/4 szklanki mąki 
1 1/2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
1 łyżeczka cynamonu
1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej lub mielonych goździków
1 duże jabłko (obrane i pokrojone w plasterki) - może być inny owoc

Do mleka dolewamy octu i odstawiamy na kilka minut. Wszystkie suche składniki dokładnie mieszamy. Dolewamy mleko z octem oraz olej. Ponownie mieszamy. Gdy uzyskamy gładką masę przelewamy do formy wcześniej wysypanej mąką/bułką tartą. Na wierzchu ciasta układamy jabłka lub inne owoce (kiwi, wiśnie, banany). 


Pieczemy ok. 50 minut w 180 stopniach C. Od 45 minuty sprawdzamy ciasto wykałaczką, a jeśli potrzebuje jeszcze trochę czasu, zostawiamy je dłużej w piekarniku. 

To standardowe ciasto z wieloma modyfikacjami. Zamiast połowy szklanki mleka roślinnego można dodać pół szklanki musu owocowego (standardowo jabłkowego). Zamiast cynamonu i gałki muszkatołowej można dodać wanilię lub anyż, a zamiast owoców - bakalie. 


Co Wy pieczecie w gorące, letnie popołudnia? 

17.7.15

Sałatka z endywią, olejem konopnym i ciecierzycą

Zwariowałam w sklepie. Roszponka, rukola, różne rodzaje cykorii, endywia, jarmuż, szpinak. Od kiedy to tak można poszaleć? Polska ciśnie do przodu. W końcu. W końcu mogę zjeść innego liścia niż sałatę i botwinkę. Jak dobrze!

Padło na endywię. Czy u Was też powstają najlepsze dania z tego, co macie w domu? U mnie jak czegoś brakuje, to nie da się wyskoczyć do sklepu (ok. mogę skoczyć biegiem 10 km w jedną stronę), czasami powstają więc śmiesznie pyszne i łatwe rzeczy! Jak na przykład w piątek: sałatka z endywii z cieciorą.


Sałatka:

cieciorka
50 g endywii
4 łyżki kukurydzy z puszki
5 surowych pieczarek
olej konopny
zioła prowansalskie
sól himalajska
pieprz biały


Cieciorka: moczymy na kilka godzin (np. przez noc) i gotujemy 40-50 minut. Gotujemy od razu całą paczkę, ze względu na oszczędność prądu lub gazu i czasu oczywiście! Część dodajemy do sałatki, część to jutrzejszy obiad, a część to zupa, kotlety, pasta lub co sobie zamarzycie!


Endywię rozdzieramy w dłoniach. Pieczarki drobno kroimy (można je podsmażyć, ale... po co?). Olej konopny dokładnie mieszamy z ziołami i przyprawami. Polewamy sałatkę. Mieszamy z cieciorką. Smacznego!

13.7.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - wypowiedzi wegan #3


Nie sądziłam, że sprawa zajdzie tak daleko, a wypowiedzi moich gości będą tak cudowne. Zaangażowało się w tą akcję wiele osób, za co dziękuję z całego serca (a jak ja dziękuję, to dziękuję szczerze!). Szczególnie cieszę się dziś, ponieważ mam przyjemność (oraz zaszczyt!) gościć Monikę - przyszłą matkę wegankę i żonę mężczyzny - także będącego na weganie! Rewelacja, prawda? ♥

W tle do cytatu celowo umieściłam mojego psa: domownika, który niczym nie różni się od innych zwierząt.


"Pierwszy raz o weganizmie usłyszałam jakieś 15 lat temu. Samymi warzywami żyć? Bez jajek?! Mleka?! Nie da się!

Na dzień dzisiejszy nie istnieje dla mnie bardziej czysty, etyczny, świadomy i zdrowy sposób odżywiania. Jadłam mięso naście lat, potem kilka nie, ale raczej na zasadzie 'albo jem normalnie, albo wcale', bo było to bardzo sporadyczne. Pojawiała się myśl, że te kawałki mięsa za ladą w masarni to kiedyś była świnia, czy krowa, ale brakowało mi jakiegoś konkretnego bodźca. Mój partner od dziecka czuł, że coś jest nie tak. Budziły w nim wstręt żyłki i ścięgna, które kojarzyły mu się z tym, co sam ma w ciele. Ale znów przeważył brak informacji i nacisk ze strony rodziców. W końcu dla świętego spokoju zaczął jeść ryby. Bardziej neutralne.

Gdy zamieszkałam kilka lat temu u rodziny męża, dostawałam codziennie na obiad schabowego. W lodówce nie brakowało szynek, pasztetów itp. Po każdym obiedzie czułam się źle. Ale kiedy ja się nie czułam? Jeśli sięgnąć pamięcią, mdliły mnie kanapki z serem, jajecznica, ugotowane mleko. Zbywałam myśl, że coś jest nie tak. Znajdowałam fajne wytłumaczenie - mam chory żołądek. (Jakoś wtedy nie zauważałam, że nie czuję się źle po owocach. Jabłka mogłam jeść tonami.) Dawno temu strułam się lekami i stąd takie sensacje. Jednak w końcu odmówiłam kolejnego kotleta, zaczęłam jeść ryby. Przełom nastąpił w dniu, gdy trafiłam na informacje o surowej diecie. Dowiedziałam się z filmu dokumentalnego o ludziach, którzy wychodzili z poważnych chorób, w tym z raka pijąc świeżo wyciskany sok z marchwi. To był zupełny spontan - kupujemy wyciskarkę, jedziemy na surowo. Trwało to zaledwie albo aż miesiąc. Zero słodyczy, przetworzonego jedzenia. Wszystko surowe, suszone. Było o tyle fajnie, że zaczynała się wiosna, przybywało świeżych warzyw. 



Może jeszcze napiszę, że obydwoje borykaliśmy się z paroma problemami. U mnie co miesięczne bóle brzucha, na które każdy lekarz miał tylko jedną odpowiedź - leki (i to takie, że po wykupieniu ich i przeczytaniu efektów ubocznych wolałam cierpieć niż je łykać). Poza tym częste bóle głowy. Partner przez większość nocy budził się z powodu męczącej zgagi. Obydwoje mieliśmy lekką nadwagę. Popołudnia przesypialiśmy, bo gotowane obiady wywoływały w nas brak energii i senność. Ten jeden surowy miesiąc wystarczył, by nasze organizmy w końcu się doprosiły o chwilę uwagi. Zaczęła lecieć waga, przybyło nam tyle energii, że musieliśmy dużo chodzić, by ją wykorzystać. Zniknęły bóle, problemy żołądkowe. Dopiero wtedy zrozumiałam, że każde złe samopoczucie po jedzeniu to sygnał organizmu, który przez lata ignorowałam. Ale musiał minąć jeszcze rok, byśmy poszli krok dalej. Bo stare nawyki dały o sobie znać. Chodzenie na pizzę, jedzenie nabiału, pieczywa, słodyczy. Jednak już wtedy wiedzieliśmy, że chcemy od tego odejść. Czuć się dobrze. Pod koniec roku przeprowadziliśmy się do własnego mieszkania. Do dzisiaj cieszy mnie myśl, że byliśmy już na drodze do weganizmu i prócz nabiału przynoszonego przez gości (do dzisiaj wspominam babcię męża, która wiedząc, że nie jemy mięsa (o nabiale na razie nic nie wspominaliśmy), przyniosła nam na 'parapetówę' jajka od własnych kur) czy gotowych produktów nie pojawiało się mięso. Niedługo potem mieliśmy w pełni wegańskie wesele. Podobnie, jak wigilię, kilka miesięcy później. Na początku kwietnia (rok temu) wiedzieliśmy, że jesteśmy gotowi na to, by odrzucić produkty pochodzenia zwierzęcego. Taka kolej rzeczy. Przeskok do innej świadomości. W ten dzień, pierwszy bez produktów okupionych cierpieniem poczułam, jakby ktoś po kolei otwierał mi klapki w głowie. Nagle zrozumiałam, że jedzenie produktów pochodzenia zwierzęcego było niezgodne ze mną samą, z moją duszą. Jak bardzo szkodziłam swojemu ciału, karmiąc go martwym jedzeniem. Zdobywałam kolejne informacje, utwierdzające mnie tylko w tym, że wszystko, co dotąd jadłam, nie było dla mnie przeznaczone. Jednak tuż obok ludzie jedli to, co ja odrzuciłam. I to bolało. Jak ktoś ci wprost powiedział, że twój królik nie pójdzie na rosół, bo domowników się nie je, ale świnia to co innego. Świnie po to są. Pytasz ich, czy świnie też nie czują? Tak samo, jak psy czy koty? Otóż dla nich nie. Są zwierzęta i zwierzęta. Ci nie ważni i ci nam równi. Dużo tu napisałam o kwestii zdrowia, ale zwierzęta też są dla mnie ważne. 

Kiedyś czytałam o ciąży wegańskiej, ile to trzeba pilnować, by wszystko dostarczyć. Potem trafiłam na ciekawe zdanie, coś w stylu: 'jeśli inne kobiety, jedzące przetworzone rzeczy, są w stanie rodzić zdrowe dzieci, to dlaczego na wegańskiej (witariańskiej) diecie nie można?' Ta myśl kołatała mi się po głowie, gdy okazało się, że spodziewam się dziecka. Nie liczę kalorii. Jem to, na co mam ochotę. Nawet, jeśli jest to kilo truskawek na jedno posiedzenie. Podchodzę bardzo sceptycznie do leków suplementowanych w ciąży. Miałam chwilę zwątpienia, gdy lekarz stwierdził po badaniach niski poziom żelaza, postraszył anemią i zalecił leki. Na szczęście mój kochany mąż, jeszcze bardziej sceptyczny niż ja, zalecił soki z pokrzywy, pietruszki i innej zieleniny zawierającej ten pierwiastek. Kolejne badania wykazały, że jest lepiej. Ani słowa o tym, że nieotwarte opakowanie leków trzymam w szafce. Wierzę w swój organizm i witaminy, które dostarczam w naturalny sposób. Czuję się dobrze, mam sporo energii. Nie tyję drastycznie. Możliwe, że to też wynik odżywiania. Przeważają u mnie owoce, potem warzywa, orzechy. Organizm dostaje to, czego potrzebuje i nie domaga się nadmiernych ilości. Wiadomo, czasem pojawi się coś przetworzonego prosto ze sklepu, jak człowieka dopadnie leń. Ale dieta wegańska pod tym względem też jest niesamowita. Dotąd nie wiedziałam, co robić na obiad. Najczęściej na stole lądowały jakieś gotowce, bo nie dość, że dzieliłam jeszcze wtedy kuchnię z teściową, to nie miałam w ogóle chęci szukać czegokolwiek na blogach wegetariańskich. Na weganizmie ciężko mi się odpędzić od najróżniejszych potraw, co rusz trafiam na świetnego bloga, nie mogąc wyjść z podziwu, co to ludzie nie wymyślą!



Denerwuje mnie, jak ktoś mówi, że weganizm nie dostarcza wszystkich odpowiednich składników. Ludzie! Zacznijcie czytać! Czy naprawdę mleko, zabrane cielakowi, pasteryzowane, wyjałowione, mówiąc wprost, jest naprawdę takie zdrowe? Smutne, że ludzie nadal mają takie ciasne umysły. Niedawno dzwoniła do mnie siostra, z tekstem na wstępie, że w radio powiedzieli, że dieta wegańska jest monotonna. Aż się we mnie coś zagotowało. Nigdy nie jadłam tak urozmaiconych rzeczy, jak na weganizmie! Nie muszę ładować jakiejś tłustej śmietany, by zrobić bijący furorę sos czosnkowy! Co z tego, że same warzywa i owoce? Dopiero na weganizmie, dosłownie jakieś 2 miesiące temu dowiedziałam się, że istnieje coś takiego, jak ciecierzyca. Powiedz to jakiemuś mięsożercy, a spyta, co to? Ludzie sądzą, że wystarczy dorzucić kawałek przywiędłej sałaty, polać tłustym sosem, przygnieść kawałkiem usmażonego mięsa i jest super? Że sobie wszystko dostarczyli? A to tylko o to chodzi? Już nie o dobre samopoczucie? O zdrowie? A potem siedzą i narzekają, bo senni, bo źle, trzeba ranigast łyknąć. I dziwią się ciągle, skąd tyle tego? Co rusz ktoś na raka chory.

Jakiś czas temu, przy kasie w supermarkecie stanęłam za kobietą, która na ladę wyłożyła ser biały, kawałek mięsa w folii i pudełko tabletek na problemy żołądkowe. Nic dodać, nic ująć. Tak wygląda życie większości ludzi. I oni uważają to za normalne. Za bardzo są zapatrzeni w to, by 'dostarczyć sobie wszystkich składników pokarmowych z każdej grupy'. Zagłuszają swoje organizmy. Nie szukają informacji. Wierzą ślepo w coś, albo mówią wprost - na coś trzeba umrzeć. No to ja im życzę powodzenia, bo zamierzam być zdrowa."

Monika Malada
lat 29, weganka w ciąży z wegańskim mężem ♥
zainteresowania – literatura faktu, 
polityka, zwierzęta.








9.7.15

Mamo, Tato - niech oceny nie decydują o Waszym dziecku!

Cytat pochodzący z książki Ziga Ziglara "Do zobaczenia na szczycie"

Jestem nadal dzieckiem. Wciąż pamiętam lata spędzone w podstawówce. Jestem studentką. Wciąż zostaję poddawana ocenie. Ocenie, która bywa subiektywna. Ocenie, która bywa nieadekwatna do włożonego trudu. Ocena, która NIGDY nie jest odzwierciedleniem mojej wiedzy.

Od najmłodszych lat znałam dzieci, które uczyły się dla ocen. Jest to tym bardziej smutne, że chęć ta nie była motywowana wewnętrznie, a zewnętrznie - ze strony rodziców, nauczycieli, a także rówieśników. Na początku problemu nie ma. Wiem, bo sama to przechodziłam, ale na własne życzenie. Co najśmieszniejsze, poczułam to dopiero niedawno - w pierwszym semestrze studiów. Dzisiaj, kiedy minął już rok od pierwszych stresów w związku z pierwszymi kolokwiami i egzaminami, mogę powiedzieć, że 
ocena nie ma znaczenia.

Możecie się ze mną zgodzić lub nie. Oceną, która ma dla mnie znaczenie, jest moja własna ocena, na podstawie której mogę stwierdzić swoje postępy w nauce oraz która zawiera odpowiedzi na takie pytania jak:


- czy dałam z siebie wszystko?

- czy mogę moją wiedzę zastosować w praktyce?
- czy pamiętam to, czego uczyłam się tydzień temu?
- czy chcę się tego uczyć?
- jakie czynię postępy?
- ile czasu wkładam w naukę?
- czy czuję, że mogłabym zrobić coś więcej?

Właśnie to ma ogromne znaczenie. 

Jestem osobą, która nie lubi robić czegoś "bo tak" lub dlatego, że "wszyscy to robią". Te argumenty nie przemawiają do mnie i brzydko powiem, że je olewam. Wiem, że Ty też to robisz - być może podświadomie, ale Twoja czujność działa. Stoi na straży. Chce znać powody, słuchać konkretnych argumentów, nie dać się nabrać. 

Dlatego motywowanie nauki słowami "bo tak" oraz "bo wszyscy to robią" nie ma większego sensu. Cóż. To nie ma w ogóle sensu. Śmieszniejszą opcją tych dwóch zdań jest kolejne: "bo trzeba się uczyć". 


Wyjaśnień potrzebują dorośli, a co mają powiedzieć dzieci? To im należy się więcej - cierpliwości, tłumaczenia, podawania powodów, motywów, inspirowania, zaszczepiania chęci do nauki wynikającej z samego siebie.


Tak, nauka wynikająca z samego siebie.


Co jest lepsze dla Twojego dziecka: rozwiązanie mu zadania z matematyki w 5 minut czy pozwolenie na rozwiązanie go samodzielnie w godzinę?

Przypuszczam, że preferujesz opcję drugą.

Co jest lepsze: pozwolenie, aby dostał najlepszą ocenę za zadanie, które rozwiązałeś czy pozwolenie, aby dostał ocenę niższą, ale taką, na którą sam zasłużył?

Przypuszczam, że odpowiedzi będą różne.

Ćwiczenie to nie dotyczy tylko zadań z matematyki. Dotyczy pisania wypracowań, rysowania obrazków, w późniejszym czasie wykonywania prezentacji, projektów, sprawozdań. To smutne, ale niektórzy rodzice naprawdę to robią. Smutniejsze: później oceniają swoje dzieci według ich ocen w dzienniku.


Rodzicu!

Nie daj się zwariować.
Nie pozwól, abyś zaczął oceniać swoje dziecko według upodobania nauczyciela. Żadna ocena nie odzwierciedla wiedzy Twojego dziecka, ani jego wartości. Stopnie w szkole to formalność. Czy zauważyliście, że dzieci zdolne często mają niższe stopnie? Mają to szczęście, że nikt nie tłamsi ich wychodzenia poza schemat i pozwala być im sobą - myśleć samodzielnie, wnioskować samodzielnie, działać samodzielnie. W takim przypadku popełnia się błędy, które w szkołach są niedopuszczalne. 

Powiedzcie sobie szczerze, że oceny to wymysł szkoły. W pewnym momencie stają się nieistotne. Nie mają znaczenia. Liczy się to, kogo sobą reprezentujesz i jaką posiadasz wiedzę, którą potrafisz wykorzystać.


Rodzice!

Niech oceny nie decydują o Waszym dziecku!




"Dać z siebie wszystko, 
co najlepsze - jest ważniejsze, 
niż bycie najlepszym."

6.7.15

(Foto)relacja z charytatywnego spotkania blogerek w Moglinie - My blog my passion


Kiedy przeczytałam, że w Mogilnie ma odbyć się charytatywne spotkanie blogerek, zaświeciły mi się oczy.

Pierwszy powód: chcę pomóc.
Drugi powód: mogę to zrobić, bo mieszkam tylko 100 km od Mogilna.

Wystarczyło, by wysłać zgłoszenie. By napisać do Marty. Zaangażować się. Dać coś od siebie. Nie tylko pieniądze. To spotkanie miało dla mnie większy wymiar niż przyjazd i poznanie świetnych osób. Było osobiste. Chciałam tam być tylko ze względu na Roksankę chorującą na mukopolisacharydozę. Chciałam tylko dać coś od siebie komuś, kto tego potrzebuje. Chciałam, bo wiem, że gdyby moja siostra była w takiej sytuacji, mogłabym liczyć na pomoc z każdej strony. Dlatego ja też pomagam. Pomagam, bo mogę. Stać mnie na to, chociaż nie wydaję pieniędzy na lewo i prawo - ale przyznam, że rezygnacja z jednego wydatku na rzecz wyjazdu do Mogilna była czystą przyjemnością!

Spotkanie okazało się czymś więcej, niż myślałam. Uczestniczyłam w takim wydarzeniu po raz pierwszy. Poznałam świetne dziewczyny. Marta zadbała o każdą z uczestniczek i zapewniła prezenty. Mi zapewniła też pyszny wegański obiad, a nawet deser (który sama przyniosła!). Poczułam się pewnie. Lubię miejsca, w których traktują mnie poważnie.

Jakby co - Marta to Anioł, nie człowiek! Zorganizowała wszystko sama, poszukała sponsorów, zapewniła nam atrakcje i upominki. Co najpiękniejsze - była z nami mimo wszystko, choć miała powody, by spotkanie odwołać. Zaraziła mnie - jak będzie organizować następne spotkanie, może liczyć na moją pomoc i pełne zaangażowanie :) 

Tak jak powiedziałam - były prezenty z loterii na rzecz Roksanki. Chwalę się Wam w zdjęciach (czytajcie podpisy pod fotografiami). 

ENJOY! 


Wszystkie prezenty na jednym zdjęciu: Tangle Teezer, Eveline Cosmetics, Otien, PumiceSPA, Cztery Pory Roku, Bioxsine.

Bielenda BB cream + jedwab do ciała.

Bioxsine szampon ziołowy.

Opaska od Emiludek ♥
MOI ULUBIEŃCY ♥
Lakier do paznokci i szminka w
płynie od Paese, które zrecenzuję
 w osobnym  poście. Lakier od Eveline.
Tangle Teezer, który był na
mojej liście zakupów. 




Maskara z odżywką od Belcils. Nie skleja, już próbowałam. Mgła pudrowa od Paese, która także zostanie zrecenzowana osobno, ponieważ kosmetyki Paese skradły moje serce. Są cudowne. Nie testowane na zwierzętach. Kolczyki sutasz od naszskrawekziemi.blogspot.com, które przyznam, że początkowo wcale mi się nie podobały, a jak założyłam... ojej, jakie piękne! Wszyscy mi ich zazdroszczą :)


Było i jedzenie! Konfitury z czarnej porzeczki. Były też rękodzielnicze warsztaty z Kasią - i sprawiłam sobie (czerwoną oczywiście!) bransoletkę z karabińczykiem i podkówką. Powiem tyle - ciężka sprawa z małymi elementami! Wniosek: nie nadaję się do tego, ale było super :)

NAJLEPSZE: to kolorowe coś w grzybki, to TERMOFOR Z PESTEK WIŚNI! Zrekompensował mi fakt, że dziewczyny zwinęły mi piękne wianki sprzed nosa! :) O tym termoforze czytałam już dawno i serio zbierałam sumiennie pestki wiśni, aby go uszyć. Ale spoko - będą dwa :)


Eveline Cosmetics - luksusowy peeling do rąk, który mi się marzył. Waniliowy. Śmiesznie wyszło z prezentami, bo połowę z moich rzeczy, które miałam na liście zakupów, mogę wykreślić - szczotkę, Paese, peeling, termofor. Ktoś za tym stoi! 


Wszystkie uczestniczki + organizatorka razem :)

Radocha z... ? :)

Kiedy jadłyśmy - była cisza, jak makiem zasiał :)
Poza tym uwielbiam to zdjęcie, w końcu widzę jak wyglądają moje włosy! Jestem z nich taka DUMNA :) 



Zdjęcia ze spotkania: Lady Amarena
Zdjęcia produktów: Izabela Kornet 

3.7.15

Wegańskie bułki z makiem - prosty przepis


Przychodzę dziś do Was z przepisem, który zalegał w "postach roboczych" od miesięcy. Wszystko dlatego, że piekłam bułki, siadaliśmy do śniadania, jedliśmy. Po sprzątaniu przypominało mi się, że miałam zrobić zdjęcia. Brawo Iza! Ostatnio więc upiekłam buły dla Was! :) I mam na to dowody! 

Śniadaniowe buły na weganie

0,5 kg mąki pszennej lub żytniej
0,5 szklanki maku niebieskiego
30 gram drożdży
300 ml letniej wody
1 łyżeczka soli himalajskiej
1 łyżeczka cukru
1/4 szklanki oliwy z oliwek



Drożdże rozpuszczamy z cukrem w wodzie. Mąkę, sól oraz mak mieszamy. Dolewamy wodę z rozmieszanymi drożdżami oraz oliwę. Ugniatamy delikatnie rękoma. Pozostawiamy do wyrośnięcia na pół godzinki. Formujemy kulki na kształt buły :) Pamiętajcie, że sporo urosną - zachowajcie więc odpowiednie odstępy i nie czyńcie za dużych! Bo się nie zmieszczą :) Pieczemy 20 minut w 200 stopniach C. 

Mak dodaję do ciasta, bo tak lubię. Można dodać też sezam, słonecznik albo rozdrobnione orzechy. Świetna sprawa. Lubię smak tych wszystkich nasionek i posypane nimi pieczywo to dla mnie za mało. Musi być na bogato! 

________________________________________________________

Bydgoskie Blogerki, jesteście u mnie na blogu? :) 
Szykuje się nieoficjalne spotkanie na herbatkę, o ile będziecie chętne.


1.7.15

3 TOP KSIĄŻKI CZERWCA


Czerwcowy wpis o najlepszych książkach miesiąca to wskrzeszenie starej serii! Nie mogę się doczekać iście wolnych dni, których nie pożałuję na zaległe książki (a już wiem, że spędzę połowę wakacji w pociągach - mam więc cel, obym miała i warunki). Na półce czekają Singer, Waitley, Buzan... 
W czerwcu polecam: 



Masaż konia receptą na zdrowie!
Paulina Puchała

Osobom, które nie miały nigdy styczności z masażem koni, książkę mogłabym polecić. Jest to vademecum i niezbędne minimum dla każdego, kto dopiero wdraża się w temat fizjoterapii zwierząt. Dla mnie jednak interesującym rozdziałem był jedynie stretching, z którym miałam do czynienia tylko na kursie u p. Puchały i końska gimnastyka zdecydowanie mnie zainteresowała. Jak od każdej zasady musi być wyjątek, tak teorii powinna towarzyszyć praktyka - i choć jest to książka, to jej praktyczną stroną było szczegółowe opisanie kilku przypadków koni, którym pomógł masaż oraz inne zabiegi towarzyszące oraz świadomy trening. Jeżdżenie na koniu, który jest obolały (a my jesteśmy tego świadomi)... nie jest normalne - nie oszukujmy się. Dlatego jeśli masz cokolwiek wspólnego z tymi zwierzętami, przyoszczędź troszkę i zainwestuj w wiedzę.


Grzeczne dziewczynki nie kręcą interesem
Caitlin Friedman & Kimberly Yorio




To była pierwsza książka z dziedziny marketingu i zarządzania, jaką kiedykolwiek przeczytałam (i może jaką kiedykolwiek wzięłam w ręce?) - i to był strzał w dziesiątkę! Choć książka mówi o biznesie, własnym przedsiębiorstwie lub firmie, to zdecydowaną większość można łatwo przełożyć na działalność w blogosferze. Książka została napisana w 2003 roku, więc bywała nieaktualna i te fragmenty były najgorsze do przebrnięcia (np. rozdział o technologiach - komputery, telefony i inne urządzenia) - kilka stron ominęłam. Nie zmienia to jednak jej wartości, zwłaszcza, że do wszystkich organizacji i stowarzyszeń o jakich autorki wspominały - zostały przygotowane przypisy dla osób posiadających lub chcących założyć firmę w Polsce. Dziewczyny dają kopa w tyłek i uświadamiają, że sprawa nie jest prosta, ale jak najbardziej możliwa do wykonania!



Do zobaczenia na szczycie 
Zig Ziglar


Książkę tego autora czytałam niesamowicie długo - nie jestem pewna, czy nie było to pół roku. ALE - wyszło mi to na dobre. Głównie dlatego, że dawałam sobie czas na przemyślenia. To, co chciałam, zapisywałam na kartkach. Do wielu zdań z tej książki chce się wracać codziennie. Jest to jedna z tych pozycji, które mają dożywocie na mojej półce. Motywująca do działania, do zmiany własnego wizerunku, do podjęcia ciężkiej pracy i wchodzenia na szczyt schodami (uczciwość, lojalność, empatia, miłość, wiara), a nie windą (oszustwa, kombinowanie etc). 
Minus tej książki był taki, że na ponad 400 stronach znalazły się 2 zdania (o 2 za dużo) a temat tego, że homoseksualizm jest wypaczeniem i złem, a bicie dzieci jest w porządku, jeśli ma to w sobie cel. Mam inne zdanie, ale każdy ma do tego prawo. Do zobaczenia na szczycie to książka z dziedziny motywacyjnych, których zawsze jestem w trakcie czytania.



A Wy co teraz czytacie? :)