13.7.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - wypowiedzi wegan #3


Nie sądziłam, że sprawa zajdzie tak daleko, a wypowiedzi moich gości będą tak cudowne. Zaangażowało się w tą akcję wiele osób, za co dziękuję z całego serca (a jak ja dziękuję, to dziękuję szczerze!). Szczególnie cieszę się dziś, ponieważ mam przyjemność (oraz zaszczyt!) gościć Monikę - przyszłą matkę wegankę i żonę mężczyzny - także będącego na weganie! Rewelacja, prawda? ♥

W tle do cytatu celowo umieściłam mojego psa: domownika, który niczym nie różni się od innych zwierząt.


"Pierwszy raz o weganizmie usłyszałam jakieś 15 lat temu. Samymi warzywami żyć? Bez jajek?! Mleka?! Nie da się!

Na dzień dzisiejszy nie istnieje dla mnie bardziej czysty, etyczny, świadomy i zdrowy sposób odżywiania. Jadłam mięso naście lat, potem kilka nie, ale raczej na zasadzie 'albo jem normalnie, albo wcale', bo było to bardzo sporadyczne. Pojawiała się myśl, że te kawałki mięsa za ladą w masarni to kiedyś była świnia, czy krowa, ale brakowało mi jakiegoś konkretnego bodźca. Mój partner od dziecka czuł, że coś jest nie tak. Budziły w nim wstręt żyłki i ścięgna, które kojarzyły mu się z tym, co sam ma w ciele. Ale znów przeważył brak informacji i nacisk ze strony rodziców. W końcu dla świętego spokoju zaczął jeść ryby. Bardziej neutralne.

Gdy zamieszkałam kilka lat temu u rodziny męża, dostawałam codziennie na obiad schabowego. W lodówce nie brakowało szynek, pasztetów itp. Po każdym obiedzie czułam się źle. Ale kiedy ja się nie czułam? Jeśli sięgnąć pamięcią, mdliły mnie kanapki z serem, jajecznica, ugotowane mleko. Zbywałam myśl, że coś jest nie tak. Znajdowałam fajne wytłumaczenie - mam chory żołądek. (Jakoś wtedy nie zauważałam, że nie czuję się źle po owocach. Jabłka mogłam jeść tonami.) Dawno temu strułam się lekami i stąd takie sensacje. Jednak w końcu odmówiłam kolejnego kotleta, zaczęłam jeść ryby. Przełom nastąpił w dniu, gdy trafiłam na informacje o surowej diecie. Dowiedziałam się z filmu dokumentalnego o ludziach, którzy wychodzili z poważnych chorób, w tym z raka pijąc świeżo wyciskany sok z marchwi. To był zupełny spontan - kupujemy wyciskarkę, jedziemy na surowo. Trwało to zaledwie albo aż miesiąc. Zero słodyczy, przetworzonego jedzenia. Wszystko surowe, suszone. Było o tyle fajnie, że zaczynała się wiosna, przybywało świeżych warzyw. 



Może jeszcze napiszę, że obydwoje borykaliśmy się z paroma problemami. U mnie co miesięczne bóle brzucha, na które każdy lekarz miał tylko jedną odpowiedź - leki (i to takie, że po wykupieniu ich i przeczytaniu efektów ubocznych wolałam cierpieć niż je łykać). Poza tym częste bóle głowy. Partner przez większość nocy budził się z powodu męczącej zgagi. Obydwoje mieliśmy lekką nadwagę. Popołudnia przesypialiśmy, bo gotowane obiady wywoływały w nas brak energii i senność. Ten jeden surowy miesiąc wystarczył, by nasze organizmy w końcu się doprosiły o chwilę uwagi. Zaczęła lecieć waga, przybyło nam tyle energii, że musieliśmy dużo chodzić, by ją wykorzystać. Zniknęły bóle, problemy żołądkowe. Dopiero wtedy zrozumiałam, że każde złe samopoczucie po jedzeniu to sygnał organizmu, który przez lata ignorowałam. Ale musiał minąć jeszcze rok, byśmy poszli krok dalej. Bo stare nawyki dały o sobie znać. Chodzenie na pizzę, jedzenie nabiału, pieczywa, słodyczy. Jednak już wtedy wiedzieliśmy, że chcemy od tego odejść. Czuć się dobrze. Pod koniec roku przeprowadziliśmy się do własnego mieszkania. Do dzisiaj cieszy mnie myśl, że byliśmy już na drodze do weganizmu i prócz nabiału przynoszonego przez gości (do dzisiaj wspominam babcię męża, która wiedząc, że nie jemy mięsa (o nabiale na razie nic nie wspominaliśmy), przyniosła nam na 'parapetówę' jajka od własnych kur) czy gotowych produktów nie pojawiało się mięso. Niedługo potem mieliśmy w pełni wegańskie wesele. Podobnie, jak wigilię, kilka miesięcy później. Na początku kwietnia (rok temu) wiedzieliśmy, że jesteśmy gotowi na to, by odrzucić produkty pochodzenia zwierzęcego. Taka kolej rzeczy. Przeskok do innej świadomości. W ten dzień, pierwszy bez produktów okupionych cierpieniem poczułam, jakby ktoś po kolei otwierał mi klapki w głowie. Nagle zrozumiałam, że jedzenie produktów pochodzenia zwierzęcego było niezgodne ze mną samą, z moją duszą. Jak bardzo szkodziłam swojemu ciału, karmiąc go martwym jedzeniem. Zdobywałam kolejne informacje, utwierdzające mnie tylko w tym, że wszystko, co dotąd jadłam, nie było dla mnie przeznaczone. Jednak tuż obok ludzie jedli to, co ja odrzuciłam. I to bolało. Jak ktoś ci wprost powiedział, że twój królik nie pójdzie na rosół, bo domowników się nie je, ale świnia to co innego. Świnie po to są. Pytasz ich, czy świnie też nie czują? Tak samo, jak psy czy koty? Otóż dla nich nie. Są zwierzęta i zwierzęta. Ci nie ważni i ci nam równi. Dużo tu napisałam o kwestii zdrowia, ale zwierzęta też są dla mnie ważne. 

Kiedyś czytałam o ciąży wegańskiej, ile to trzeba pilnować, by wszystko dostarczyć. Potem trafiłam na ciekawe zdanie, coś w stylu: 'jeśli inne kobiety, jedzące przetworzone rzeczy, są w stanie rodzić zdrowe dzieci, to dlaczego na wegańskiej (witariańskiej) diecie nie można?' Ta myśl kołatała mi się po głowie, gdy okazało się, że spodziewam się dziecka. Nie liczę kalorii. Jem to, na co mam ochotę. Nawet, jeśli jest to kilo truskawek na jedno posiedzenie. Podchodzę bardzo sceptycznie do leków suplementowanych w ciąży. Miałam chwilę zwątpienia, gdy lekarz stwierdził po badaniach niski poziom żelaza, postraszył anemią i zalecił leki. Na szczęście mój kochany mąż, jeszcze bardziej sceptyczny niż ja, zalecił soki z pokrzywy, pietruszki i innej zieleniny zawierającej ten pierwiastek. Kolejne badania wykazały, że jest lepiej. Ani słowa o tym, że nieotwarte opakowanie leków trzymam w szafce. Wierzę w swój organizm i witaminy, które dostarczam w naturalny sposób. Czuję się dobrze, mam sporo energii. Nie tyję drastycznie. Możliwe, że to też wynik odżywiania. Przeważają u mnie owoce, potem warzywa, orzechy. Organizm dostaje to, czego potrzebuje i nie domaga się nadmiernych ilości. Wiadomo, czasem pojawi się coś przetworzonego prosto ze sklepu, jak człowieka dopadnie leń. Ale dieta wegańska pod tym względem też jest niesamowita. Dotąd nie wiedziałam, co robić na obiad. Najczęściej na stole lądowały jakieś gotowce, bo nie dość, że dzieliłam jeszcze wtedy kuchnię z teściową, to nie miałam w ogóle chęci szukać czegokolwiek na blogach wegetariańskich. Na weganizmie ciężko mi się odpędzić od najróżniejszych potraw, co rusz trafiam na świetnego bloga, nie mogąc wyjść z podziwu, co to ludzie nie wymyślą!



Denerwuje mnie, jak ktoś mówi, że weganizm nie dostarcza wszystkich odpowiednich składników. Ludzie! Zacznijcie czytać! Czy naprawdę mleko, zabrane cielakowi, pasteryzowane, wyjałowione, mówiąc wprost, jest naprawdę takie zdrowe? Smutne, że ludzie nadal mają takie ciasne umysły. Niedawno dzwoniła do mnie siostra, z tekstem na wstępie, że w radio powiedzieli, że dieta wegańska jest monotonna. Aż się we mnie coś zagotowało. Nigdy nie jadłam tak urozmaiconych rzeczy, jak na weganizmie! Nie muszę ładować jakiejś tłustej śmietany, by zrobić bijący furorę sos czosnkowy! Co z tego, że same warzywa i owoce? Dopiero na weganizmie, dosłownie jakieś 2 miesiące temu dowiedziałam się, że istnieje coś takiego, jak ciecierzyca. Powiedz to jakiemuś mięsożercy, a spyta, co to? Ludzie sądzą, że wystarczy dorzucić kawałek przywiędłej sałaty, polać tłustym sosem, przygnieść kawałkiem usmażonego mięsa i jest super? Że sobie wszystko dostarczyli? A to tylko o to chodzi? Już nie o dobre samopoczucie? O zdrowie? A potem siedzą i narzekają, bo senni, bo źle, trzeba ranigast łyknąć. I dziwią się ciągle, skąd tyle tego? Co rusz ktoś na raka chory.

Jakiś czas temu, przy kasie w supermarkecie stanęłam za kobietą, która na ladę wyłożyła ser biały, kawałek mięsa w folii i pudełko tabletek na problemy żołądkowe. Nic dodać, nic ująć. Tak wygląda życie większości ludzi. I oni uważają to za normalne. Za bardzo są zapatrzeni w to, by 'dostarczyć sobie wszystkich składników pokarmowych z każdej grupy'. Zagłuszają swoje organizmy. Nie szukają informacji. Wierzą ślepo w coś, albo mówią wprost - na coś trzeba umrzeć. No to ja im życzę powodzenia, bo zamierzam być zdrowa."

Monika Malada
lat 29, weganka w ciąży z wegańskim mężem ♥
zainteresowania – literatura faktu, 
polityka, zwierzęta.








2 komentarze :

  1. Ja choć weganką nie jestem, to zawsze ceniłam osoby, które nie spożywają produktów pochodzenia zwierzęcego. Choć próbowałam nie jeść mięsa, to nie wytrzymałam dłużej jak tydzień. Mama niestety zrobiła mojego ulubionego kurczaka.
    Pozdrawiam i zapraszam na http://the-sound-of-your-heart-beating.blogspot.com/2015/07/wyzwanie-minimalistki-2-w-21-dni-do.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liczy się silna wola i przede wszystkim: motywacja! Trzeba upadać i się podnosić :)

      Usuń

Jeśli jesteś na moim blogu, na pewno jesteś zainteresowany treściami, które publikuję. Będzie mi miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na ten temat. Tworzę dla Was i lubię wiedzieć, czego oczekujecie :)

Nie zostawiaj linku do swojego bloga w komentarzu. Moja strona to nie portal z ogłoszeniami. Zawsze wchodzę na blogi autorów, którzy się tutaj udzielają. Oni mogą na mnie liczyć.