30.8.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - wypowiedzi wegan #6


To już  6 część wypowiedzi wegan! Spóźniona o tydzień ze względu na małą (na szczęście już opanowaną) awarię komputera. Z tego miejsca dziękuję dwóm panom: jednemu, bo zamiast kazać mi czekać tydzień na zamówienie sprzętu polecił mi serwis swojego kolegi (sam mógł przecież zarobić, a jednak wiedział, że zależy mi na czasie) i drugiemu panu, który mój problem rozwiązał, sprzedając mi ładowarkę od ręki. Tak się robi biznes i pozyskuje klientów! Brawo! Zostawiam Was z Dziewczynami :)




"Czuję tremę jak przed większością ważnych wydarzeń w moim życiu! Ale będzie dobrze, prawda?   

Na początek opowiem Wam trochę o sobie. Bawię się w komiks, rysowanie i tworzenie postaci, a dama, którą widzicie poniżej [patrz: metryczka] to Marchefka- Madame Bree Carotte. Moja pierwsza antropomorficzna postać stworzona na potrzeby forum dla fanów Króla Lwa. Postać ta jest o tyle szczególna, że reprezentuje... mnie. Także jestem kotem, który tak naprawdę jest marchewką, a na dodatek nie je zwierząt i... tak, wszystko ze mną w porządku. Także witajcie, mówcie mi Marchef!
Praca, którą tu widzicie oryginalnie powstała ponad rok temu z okazji tworzenia pracy zaliczeniowej na warsztat plastyczny. Mieliśmy dowolność w wyborze mediów plastycznych, a także treści obrazu, jednak wszystko miało kręcić się wokół jednego hasła - historie kuchenne. Akurat byłam w 2 albo 3 tygodniu diety wegetariańskiej i postanowiłam to uwiecznić. Format mi nie sprzyjał, ani pastele suche, ale liczył się przekaz! Dziś widzicie zdigitalizowaną wersję tego plakatu, ponieważ.. przez przenoszenie go z kąta w kąt nabawił się wielu zagniotek i prościej było mi go przerysować, niż doprowadzić do stanu umożliwiającego zrobienie dobrego zdjęcia.

Ale może.. od początku! Od zawsze przyjaźniłam się ze zwierzętami, często traktując je jak rówieśników. W ten oto sposób jako dziecko wakacje spędzałam w kurniku ganiając się z babcinymi gęsiami, kurami i indyczkami. Bardzo je lubiłam. Zresztą każdego zwierzaka kochałam na swój sposób i nie lubię kiedy dzieje im się krzywda. Nie pamiętam kiedy pierwszy raz usłyszałam o wegetarianizmie, ale pamiętam że w pewnym momencie mojego życia nie do końca pasowało mi to, że babcia łapie kurę, a potem pieniek i siekiera są całe we krwi.

Moja pierwsza prawdziwa próba przejścia na wegetarianizm przypadła na ostatnią klasę liceum. To zabawne, ale wtedy nie wiedziałam jeszcze, że galaretka jest z chrząstek i nie przeszkadzało mi to, że nie jem mięsa, ale pasztety z wątróbki już tak. Któregoś razu Iza pożyczyła mi Wegańską boginię, książkę która wstrząsnęła moim systemem. Tak właściwie dzięki temu, że poznałam Izę poczułam, że to jest to, chce być jak ona i przez około pół roku trzymałam się roślinnego jadłospisu. Po tym czasie... przestałam, bo ani nie umiałam gotować ani nie chciało mi się wymyślać wegetariańskich opcji. Do tego doszedł wpływ rodziców. Chyba sporo wegetarian przechodziło podobną drogę.

Kolejna raz podeszłam do tematu w marcu 2014 roku. No i tutaj muszę Wam się do czegoś przyznać. Wymyśliłam przekręt z Wielkim Postem żeby po prostu móc spokojnie przejść na wegetarianizm, a i tak nie obyło się bez komentarzy. Nie umiem też w dalszym ciągu przyznać komuś w cztery oczy, że jestem vege nie tylko dlatego, że chciałam schudnąć, a również dlatego, że po prostu nie umiem już zjeść niczego co ma twarz, bo każde zwierze może być w odpowiednich warunkach uznane za domowe, albo za takie do kochania. Uważam, że żyjemy w czasach, które pozwalają nam na łatwiejsze i szybsze znalezienie zamienników mięsa i zapobieganie ewentualnym niedoborom.

Przez ostatni rok nauczyłam się gotować na przyzwoitym poziomie. Kilka razy usłyszałam od mamy mniej więcej takie słowa: „[jedząc takie pyszności]mogłabym przejść na wegetarianizm” albo „zrób ten swój fajny barszcz” po tym jak zjadła coś mojej produkcji! 

Czy to co jem jest dla mnie ważne? Zdecydowanie tak, choć wszystko zaczęło się od układania diety odchudzającej i liczenia kalorii. Z czasem wyeliminowałam ze swojego jadłospisu większość produktów, które związane są ze śmiercią zwierząt(nie umiem darować sobie sera) i tu pojawiła się empatia. Wolę widok biegającego wesoło cielaka niż steka na talerzu, szczęśliwą kurkę od takiej zamkniętej w klatce, konia w galopie... Można wymieniać jeszcze długo. To są moi znajomi, rodzina. Wiem jak to brzmi dla niektórych ludzi, ale kto powiedział, że nie można przyjaźnić się z taką zwykłą kurą? Mam już kilka takich przyjaźni (niestety) za sobą ;)


  


Magdalena "Melania" Brzezińska
25 lat, Nowy Jasiniec, animatorka  społeczno-kulturowa, 
prowadząca warsztaty z tworzenia komiksów dla dzieci 
i młodzieży, artystka, prowadząca bloga Marchefkowy Zakątek
współzałożycielka i rysowniczka komiksu Iustinianie






"Rok temu byłam dumna z każdego dania, które łączyło w sobie wysoko procentową śmietanę i mięso. Gdyby ktoś powiedział mi, że pozbędę się ze swojego jadłospisu jednego i drugiego, nie uwierzyłabym. Owszem zdarzały mi się bezmięsne dni, ale po jakimś czasie chodził za mną wyraźny obraz konkretnego kawałka mięsa, który od razu musiał pojawić się na moim talerzu.

Mój sposób odżywiania bardzo odbił się na moim ogólnym samopoczuciu i niestety wyglądzie. Za każdym razem po posiłku czułam się na tyle ciężko i źle, że marzyłam o wpełznięciu za kanapę i zrzucaniu skóry. Dodatkowo pojawiały się coraz to kolejne warstwy mnie samej. Jednak przez długi czas nie łączyłam mojego samopoczucia z jedzeniem. Bo jak, skoro było takie smaczne.

Przełomowym momentem była chwila gdy w moje ręce trafiła książka Marty Dymek. Wcześniej wiedziałam, że istnieje Jadłonomia, ale nie wydaje mi się, żebym w ogóle odwiedzała bloga Marty. Na szczęście silnie działają na mnie ładne obrazki i to w dużej mierze dzięki nim zainteresowałam się weganizmem. Zmieniłam swój sposób żywienia dość nagle, ale było to zaskakująco łatwe. O dziwo nie śnią mi się po nocach kotlety, a dział z nabiałem mógłby dla mnie nie istnieć. Zdecydowanie poprawiło się moje ogólne samopoczucie i jeśli czasem zdarzy mi się czuć ciężko po obiedzie wynika to tylko zza dużej porcji i jest to bardzo chwilowe uczucie.

W tej chwili nie jestem stu procentową weganką i nie wiem czy będę mogła tak o sobie kiedykolwiek powiedzieć z dwóch powodów. Pierwszym jest zawartość mojego talerza - czasem pojawia się na nim coś niewegańskiego, jednak wierzę, że jestem w stanie wyeliminować te składniki z mojej kuchni. Drugi powód to włóczka, robię na drutach i niestety nie jestem w stanie wyobrazić sobie ciepłego swetra na zimę z bawełny albo z akrylu, dlatego też bardziej bliski jest mi weganizm kulinarny niż światopoglądowy."





Alicja Olszewska
 28 lat, Ostrów Wielkopolski
zainteresowania: fotografia, aranżacja wnętrz, dziewiarstwo
 autorka bloga Baba w domu





"Jeszcze kilka lat temu nie śniło mi się, że nie będę kiedyś jeść mięsa. Uwielbiałam swojską kiełbaskę, żeberka, pieczoną kaczkę...Szanowałam wegetarian, ale miałam ich raczej za pozytywnych wariatów. Dyskutowałam z nimi wymieniając argumenty, które teraz sama obalam ;). Decyzja o niejedzeniu mięsa nie była spontaniczna ani przypadkowa. Była wynikiem procesu, który rozpoczął się wraz z narodzinami pierwszej córki. Wtedy zaczęła budzić się moja świadomość. Wcześniej niby wiedziałam, co jest zdrowe, a co nie, ale to była wiedza wybiórcza. Kiedy pojawił się człowiek, za którego życie i zdrowie byłam odpowiedzialna, zdałam sobie sprawę, że muszę zacząć żyć i jeść inaczej. To było trochę tak, jakby ktoś rzucił przede mną kłębek włóczki, która zaczęła się rozwijać, a ja próbowałam ją dogonić. Udało się dopiero dwa miesiące temu. 

Tak jak wspomniałam, to był proces. Powoli znikały z mojego menu różne "smakołyki", z czasem pojawiły się zioła i kuchnia pięciu przemian. Po drodze też ważną rolę odegrała choroba mojej mamy, która jest nieuleczalna i jedyne co można zrobić to stosować właściwą dietę - w większości bezmięsną. To chyba ona spowodowała, że przywykłam do braku mięsa w posiłkach. Zaczęłam gotować zupy na gwoździu, a nie na zwłokach, jak uroczo wyraża się mój tatuś ;). Momentem przełomowym natomiast było przeczytanie książek Beaty Pawlikowskiej "W dżungli zdrowia", którym dałam się z całkowitą premedytacją uwieść. Wtedy uświadomiłam sobie, że mogłabym bez mięsa żyć, ale nadal myślałam, że gdybym była sama... No ale mam rodzinę, oni lubią, więc nie będę nikogo uszczęśliwiać. Stanęło na tym, że mięso stało się bardzo rzadkim gościem na naszym stole, ale było...Aż nadeszły tegoroczne wakacje. Dwa tygodnie w Międzyzdrojach. Miałam to szczęście, że w trakcie naszego pobytu tam, odbywał się festiwal Indii organizowany przez fundację VIVA Kultura. Był cudowny! Wśród wielu namiotów tematycznych, które towarzyszyły imprezie, były dwa, które mnie szczególnie uwiodły. Z jedzeniem i z książkami. Najpierw spróbowałam cudnych potraw, a potem pierwszą książką jaka rzuciła mi się w oczy była "Kuchnia Kryszny". I przepadłam. Zauroczyły mnie smaki, opisy. I wiedziałam już, że to jest koniec rozwijającego się przede mną kłębka :) 

Tym sposobem od dwóch miesięcy jestem zdeklarowaną i dumną wegetarianką. Moja rodzina nie, ale mięsa w domu nie jedzą, a na moje pytania o to, czy może chcą coś mięsnego, odpowiadają, że nie! :)"




Edyta Zimny
32 lata, matka 3 dziewczynek, 
absolwentka iberystyki na UJ, aktualnie kura domowa :)
zainteresowania: szeroko pojęta psychologia 
(w tym komunikacja w duchu NVC i rodzicielstwo bliskości) 
ekologia, literatura, rękodzieło, zielarstwo i ogrodnictwo.
prowadząca bloga Moje wichrowe wzgórze 

28.8.15

Kosmetyczny piątek z Izą: maseczka z pomidora


Ja też się nie spodziewałam pomidora na twarzy! Wiecie, jakie przyniósł efekty i co ma pomidor... do kosmetyki?



Maseczka z pomidora to szybki, prosty i dosyć... odświeżająco-ściągający (dało się wyczuć i subiektywnie powiem, że trochę piekło - oczywiście delikatnie i do wytrzymania) pomysł na odżywienie cery. 

Maseczka z pomidora:

- 2 pomidorki koktajlowe (u mnie żółty i czerwony ze zdjęcia),
- płaska łyżeczka skrobi ziemniaczanej.

Pomidorki kroimy na pół. Wyciskamy miąższ z pestkami, skórki wyrzucamy. Rozgniatamy widelcem na papkę. Dodajemy skrobi i dokładnie mieszamy - ma powstać jednolita masa bez grudek.



Nakładamy na twarz na 10 minut. Staramy się nie dopuścić, by maseczka wysychała, więc co jakiś czas ponownie aplikujemy ją na skórę. 

POMIDORY to świetny kosmetyk - podobnie jak kiwi (pamiętacie maseczkę z kiwi?). Są ukojeniem dla skóry ze względu na zawartość witamin (m.in. A i E), kwas cytrynowy (będzie osobny przepis na maseczkę z tym kwasem) i pozostałe pierwiastki. Maseczka z pomidora u mnie miała przede wszystkim rozjaśnić skórę (niekorzystne dni) i odżywić. Ze względu na zawartość ww. witamin kosmetyk ten świetnie nadaje się dla kobiet, które borykają się ze zmarszczkami lub ich skóra dopiero zaczyna dojrzewać - maseczka spowalnia przedwczesne starzenie się skóry i napina cerę.

Efekty po jednorazowym użyciu:


 wygładzenie, rozjaśnienie, redukcja zaczerwienionych miejsc,
od razu po zmyciu maseczki letnią wodą - zaczerwienienie (u mnie spowodowane nadwrażliwością na kwas cytrynowy).



Zainspirowani? :)
Spróbujecie pomidorowej maseczki? 

26.8.15

Zorganizuj się: organizer na biurko DIY

Należę do osób, które nigdy nie wyrosną z zakreślaczy, pasteli i innych kredek  Moje notatki to istne zło dla kogoś obcego, bo mnóstwo w nich kolorów, rysunków (których swoją drogą robić nie potrafię) i symboli, które tylko ja rozumiem. Trzeba przyznać, że mój mózg podczas nauki robi sobie niezłą imprezę. 


Inne przybory kocham też ze względu na ułatwianie mi organizacji życia. Zeszły czwartek poświęciłam na reorganizację biurka i pokoju. W końcu posegregowałam notatki ze szkół i zrobiłam z nich archiwum. Stworzyłam w Wordzie własny kalendarz i wydrukowałam go na 2 miesiące - kartki spięłam zszywaczem i ozdobiłam różowym washi tape w kropki. Wygląda pięknie, ale jest bardzo spersonalizowany, dlatego zdecydowałam się nie wrzucać zdjęć. Do każdej kartki z kalendarza mam dołączoną check listę - rzeczy, które chcę lub muszę robić codziennie. 

Przy tej okazji powstał także organizer na biurko! 


Wcześniejszy organizer na biurko także był mojej roboty. Wyplotłam go z papierowej wikliny. Pojemnik, który zrobiłam dzisiaj również jest z odzysku. Powstał z puszki po kukurydzy (kukurydziana pasta do kanapek była pyszna!) i resztek niebieskiej włóczki. Wolałabym różową, żeby pasowała mi do ścian, ale... nie było :) Wystarczy opleść całą puszkę nicią, aby powstało takie cudo, którego się nie spodziewałam! Nie trzeba używać kleju. Pierwsze dziesięć linii włóczki powinno być dobrze naciągnięte, aby nic się nie psuło na późniejszym etapie. Kończymy zawiązując subtelny węzełek przy dole puszki. Gotowe :)


Pochwalicie się swoimi organizerami na biurko lub innymi projektami DIY? Dawno tego nie robiłam, ale wrócił mi czas i chęci. Dzięki! 

21.8.15

Kosmetyczny piątek z Izą: maseczka z kurkumy


Maseczki z kurkumy bałam się tak samo jak maseczki ze spiruliny - idę więc za ciosem. Zielona jednak okazała się bardziej delikatna i realnie nawilżająca cerę. Będę jej używała raz w miesiącu lub co 3 tygodnie. Nie potrzebuję częściej, a szkoda, bo jest łatwa w przygotowaniu i naprawdę przynosi efekty.






Składniki na maseczkę z kurkumy:


0,5 płaskiej łyżeczki kurkumy
1 łyżeczka glinki australijskiej (kaolinu)
1 łyżeczka wody mineralnej

Mieszamy dokładnie wszystkie składniki. Jeśli konsystencja jest zbyt lejąca się, warto dodać do niej skrobię ziemniaczaną. Nakładamy na twarz na 15 minut. Zmywamy dłonią, przy okazji wykonując peeling. Nie polecam peelignu przed zastosowaniem maseczki z kurkumy, gdyż pigment świetnie się ulokuje. Na pewno padnie pytanie o koloryzację skóry: tak, koloryzuje. Nie jest to ta sama żółta barwa co przy dodaniu do ryżu, ale jednak widoczna. Nie raczcie się więc tą maseczką przed wyjściem z domu. 

Właściwości kosmetyczne kurkumy:


► przeciwzapalna i przeciwutleniająca,
► idealna dla cery trądzikowej,
► wygładzenie skóry,
► poprawa kolorytu cery (mimo zabarwienia od razu po zmyciu),
► rozjaśnienie przebarwień,
► antybakteryjna.



Nie zawiodła mnie, ale znowu mam pofarbowane dłonie. Właśnie uwolniłam się od pomarańczowo-brązowego pigmentu ziołowej, rudej farby do włosów, którą nakładałam przyjaciółce bez rękawiczek! Brawo ja! Na szczęście to tylko kurkuma, zmyje się po kilku razach, a nie po tygodniu :)

O czym chcecie poczytać w ramach kosmetycznego piątku? 

19.8.15

Zainspiruj się: Związek bez kłótni? To możliwe [gościnnie od Mocem]


Dzisiaj, w ramach inspiracyjnej środy, chcę pokazać Wam coś prawdziwie pięknego. Choć nie jest to lekarstwo tylko w relacjach damsko-męskich, a w każdych - jeśli jesteście w związku, powinniście to przeczytać. Przyznam szczerze, bo po to właśnie z Wami jestem, że czytałam ten post przed publikacją wiele razy i zamierzam wprowadzić zmiany w swoje życie. 

Zostawiam Was z Ewką. Dajcie znać, jak Wy radzicie sobie z trudnymi sytuacjami w związku i w rodzinie?

_________________________ 

Ludziom coraz bardziej przeszkadza ciągły ruch, pogoń za wszystkim. Nasz świat pędzi, a my jesteśmy zmęczeni. Na blogach widzę coraz więcej tekstów o uważności, o organizacji czasu, ale też o wsłuchiwaniu się w siebie i czerpaniu z życia jak najwięcej. Rozwijamy życie zawodowe, inwestujemy czas i pieniądze w samorealizację, odkrywamy nowe kulinarne horyzonty, wynajdujemy ciekawe sposoby na sprzątanie czy naukę.

Gdyby jednak zapytać, co jest w życiu najważniejsze, wiele osób odpowiedziałoby, że rodzina i miłość. Tylko zazwyczaj ona po prostu jest. Raz lepiej, raz gorzej, ale jakoś się żyje w rodzinie i w małżeństwie. I wiele z nich się rozsypuje. Niektórzy straszą statystykami rozwodów, inni po prostu nie wierzą w wierność i życie we dwoje do grobowej deski. Są i tacy, dla których ślub jest tylko papierkiem, który nic nie zmieni, a nawet jeśli, to tylko na gorsze.

Wcale się nie dziwię, że jest wiele rozwodów. Boli mnie to, ale nie dziwi. Ludzie się dokształcają, rozwijają i szkolą, organizują sobie życie zawodowe, a małżeństwo jest bazą wokół której kręci się życie. Tylko że jeśli ono za szybko się kręci, małżeństwo może nie wytrzymać.

Nowo założona rodzina, małżeństwo, związek dwojga ludzi jest dla wielu najważniejszym obszarem życia, ale często bardzo zaniedbywanym. „Bo przecież kochamy się, więc wszystko gra.” Tylko w taki sposób może grać coraz ciszej, aż w końcu w domu zamieszka nieznośna i smutna cisza, echo szalonej miłości.


Jestem Ewa i razem z moim mężem Piotrkiem wpadliśmy na pomysł założenia bloga Mocem właśnie o małżeństwie. Piszę (głównie ja, on zajmuje się techniczną stroną) o tym, że życie we dwoje może być fajne, że ślub nie jest końcem wolności, ale jej początkiem (jeśli ktoś związek z drugą osobą traktuje jak zniewolenie, to chyba nie jest to do końca zdrowa relacja).

Nie raz, kiedy opowiadaliśmy o tym, że nigdy jeszcze się nie pokłóciliśmy, słyszeliśmy drwiny, że „jeszcze życia nie znamy”, albo niedowierzanie, bo „tak się przecież nie da”. Da się. Jesteśmy 3 lata po ślubie, ponad 6 lat razem, więc słodkie i niezbyt świadome zakochanie już za nami. Wciąż jesteśmy w sobie zakochani, ale widzimy swoje wady i żyjemy z nimi na co dzień.



Jak się nie kłócić? Częściowo wynika to z naszych dość spokojnych charakterów, ale to tylko połowa sukcesu. Druga część to szacunek do siebie i wrażliwość na drugą osobę.

W naszych rozmowach nie ma miejsca na obrażanie, oskarżenia, wytykanie błędów czy wypominanie zdarzeń z przeszłości. Nigdy na siebie nie podnosimy głosu, nie przerywamy sobie. Czasem jest to bardzo trudne, żeby wysłuchać współmałżonka do końca. Czasem wydaje mi się, że wiem, co Piotrek powie i chcę się wtrącić, a potem okazuje się, że byłam daleka od prawdy. Słuchamy siebie i jesteśmy szczerzy. Unikamy niedomówień i poważnych rozmów, kiedy targają nami emocje. Staramy się podchodzić do siebie na spokojnie, z miłością, która przede wszystkim nie chce skrzywdzić drugiej osoby.





Wiemy, czego nie chcielibyśmy usłyszeć, co by nas zraniło albo wkurzyło i tego też nie mówimy. Często jest to naturalny odruch, żeby nie zrobić mężowi przykrości głupim, za szybko powiedzianym słowem, kiedy indziej wymaga samodyscypliny. Jednym parom jest łatwiej, innym trudniej rozmawiać ze sobą na poważne tematy, ale wiem na pewno, że warto. I nie jest to kwestia wrodzonych umiejętności czy temperamentu (który czasem przeszkadza w wysłuchaniu do końca lub trzaska za nas drzwiami), ale kwestia nawyków i wypracowanych sposobów komunikacji. Jest to swego rodzaju uważność na chwilę tu i teraz ze swoim partnerem. Bez rozpraszaczy typu telefon z milionem powiadomień z social mediów, bez telewizora, bez spraw do załatwienia i obgadania.




Jeśli potrafisz zatrzymać się nad smakiem potrawy, przeżuwanego owocu, który odkrywa przed Tobą na nowo swoją soczystość i konsystencję, to zatrzymaj się nad swoim związkiem. Popatrz na swojego męża, narzeczonego czy chłopaka i pomyśl, dlaczego go kochasz. Powiedz mu, dlaczego jest wyjątkowy. Powiedz to dzisiaj i powtarzaj codziennie, żeby o tym wiedział i pamiętał.

Nie lubię określać pracy nad związkiem pracą, bo to kojarzy mi się z uciążliwą powinnością, a ta praca potrafi być przyjemna. Bo czy pracą można nazwać randki, długie spacery, spontaniczne wyjazdy i ciekawie spędzony czas z ukochaną osobą?

Na koniec dodam jeszcze jedno. Z własnego doświadczenia wiem, że warto dbać o relację od samego początku, a nie dopiero wtedy, kiedy coś zaczyna się psuć. Jeśli od pierwszych randek wyrobicie sobie pewne nawyki, Wasze małżeństwo dłużej będzie szczęśliwe. Nie czuję, żebyśmy pracowali nad naszym małżeństwem, mimo że na co dzień stosujemy się do rad wielu psychologów i specjalistów od związków.






Małżeństwo jest fajne. Polecam.

To pisałam ja, Ewa, żona Piotra. :)


Ewa Olborska
26 lat, Łódź, mgr sztuki,
wraz z Mężem projektuje 
pierwsze w Polsce materiałowe
zaproszenia ślubne

16.8.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - wypowiedzi wegan (blogerki) #5

Nie wierzyłam w to, że wypowiedzi wegan będzie więcej niż dwie części. 
Teraz wierzę w to, że będzie ich jeszcze minimum dziesięć. 

Ludzie są chętni pomagać, wyrażać swoje zdanie, pokazywać się. Są też tacy, którzy się zgłaszają, obiecują, przekładają terminy, a później kontakt się zrywa. Mimo tego wiem, że będzie nas więcej i więcej. Świetnie, że czytacie - statystyki mówią same za siebie... a tak jak obiecałam, na zakończenie serii, to ja powiem, że to, co jem, jest dla mnie ważne. 

"To co jem jest dla mnie ważne ponieważ jestem osobą aktywną fizycznie. Zależy mi aby posiłki były sycące i odżywcze, ale także abym nie czuła się po nich ociężale i mogła swobodnie uprawiać sport. Dieta wegańska świetnie spełnia te założenia, a ponadto mogę uzyskać maksymalną liczbę witamin i soli mineralnych bez nadmiernego obciążania organizmu kaloriami.

Oczywiście ważne jest, aby dieta roślinna była rozsądnie ułożona. W czasach szkolnych, gdy byłam wegetarianką żywiąca się fast foodami, zwalniałam się z lekcji wf i nawet nie myślałam o ruchu. Dopiero gdy przestawiłam się na domową kuchnie pozbawioną żywności przetworzonej, nabrałam wielkiej ochoty na sport i zaczęłam tryskać energią.

Obecnie ćwiczę gimnastykę i jogę, kilka razy w tygodniu jeżdżę na rowerze, a zimą przestawiam się na łyżwy. W sezonie letnim wspinam się po górach, czasami zaglądam na siłownie. Zjadam średnio 2500 kcal dziennie, moja dieta jest oparta na kaszy, warzywach, roślinach strączkowych, owocach, orzechach i ziarnach. Uważam, że taki sposób odżywiania zapewnia mi dobre wyniki w sporcie, a przede wszystkim dba o moje zdrowie."




Katarzyna Kubiszewska 
28 lat, Łodzianka, absolwentka pedagogiki 
(specjalność: edukacja zdrowotna oraz kultura fizyczna), 
zainteresowania: teatr, stare filmy, zielarstwo i ogrodnictwo, 
autorka bloga Kasia Weganka Blog






"Wegetarianką próbowałam zostać już wcześniej, mając 11-12 lat. Nie zgadzałam się z zabijaniem zwierząt i chciałam dać temu wyraz. Jednak wtedy rodzice wbijali mi do głowy, że to niebezpieczne dla zdrowia ze względu na białko i że nie będą specjalnie dla mnie gotować. Wtedy nie mając totalnie wiedzy w tym temacie, odpuściłam.

Wróciłam do tego jako osoba dorosła, 2 lata temu przypadkiem trafiając na artykuł mówiący o tym, że człowiek nie tylko nie potrzebuje białka zwierzęcego, ale też nasz organizm nie jest przystosowany do jego trawienia. Pomyślałam więc: skoro tak, to po co zwierzęta mają cierpieć ? Zrobiłam sobie test 3-miesięczny, żeby zobaczyć nie tylko, czy dam radę i czy „nowe” potrawy będą mi smakowały, ale również czy ma to jakikolwiek wpływ na moje zdrowie. Okazało się, że odstawienie mięsa ma duża zalet zdrowotnych - w trakcie tych 3 miesięcy zaczęłam się zupełnie inaczej czuć. Nagle miałam więcej energii, cera mi się poprawiła, ustąpiły wszelkie problemy żołądkowe, jakie miałam od dziecka – nawet znajomi zwracali mi uwagę, że lepiej wyglądam. Co ciekawsze, mój mąż mięsożerca przy mnie zmuszony był bardzo mocno ograniczyć mięso i jak sam przyznał, też zauważył skok energii i lepsze samopoczucie. To wszystko przekonało mnie, by kontynuować tą ścieżkę.

Z czasem zaczęłam też odstawiać inne rzeczy – cukier, chleb, nabiał, produkty przetworzone. Najtrudniej było mi porzucić słodycze, ale i to udało mi się bardzo mocno ograniczyć. Wcześniej musiałam codziennie do kawy mieć jakieś ciastko czy batonik, w tej chwili w ogóle mnie do tego nie ciągnie. Zastąpiłam to orzechami. Dzięki tym ciągłym zmianom odczułam jeszcze większą poprawę swojego zdrowia i nie mam już żadnych dolegliwości, mam za to doskonałe wyniki krwi. Nie pamiętam nawet co to jest przeziębienie.

Bardzo cieszy mnie, że coraz więcej osób przechodzi na wegetarianizm lub weganizm, bo dzięki temu coraz mniej zwierząt cierpi. A białko roślinne występuje w wielu produktach i wcale nie potrzebujemy go aż tak dużo, jak się mówi. Przygotowywanie bezmięsnych posiłków też nie jest takie trudne – jest pełno przepisów w internecie i otwierają one oczy na zupełnie nowe smaki!"


Monika Loryńska
33 lata, Rzeszów
zainteresowania: fretki, podróże, film, marketing, zdrowie
autorka bloga Rozterki Startuperki




"Nie ma jednego powodu, dla którego postanowiłam zostać wege. Nie obejrzałam żadnego filmu z rzeźni, nie rozmawiałam o tym ze znajomymi, nie uświadomiłam sobie pewnego dnia, że kotlet na moim talerzu kiedyś był zwierzęciem. Myślę, że mój wegetarianizm jest wynikiem mojej osobowości i sposobu, w jaki postrzegam świat. Uważam, że na świecie jest zbyt dużo zła i cierpienia. I z pewnością nie jest to coś, do czego chciałabym przykładać rękę. Jeśli dzięki mnie mniej zwierząt poniesie śmierć, to znaczy, że podjęłam słuszną decyzję."



Paulina Wyszyńska
24 lata, Warszawa,
zainteresowania: kuchnia azjatycka,
sport, muzyka alternatywna,
autorka bloga Jaskółczarnia




14.8.15

Kosmetyczny piątek z Izą: odżywcza maseczka ze spiruliny

Zdecydowanie obawiałam się maseczki ze spiruliny ze względu na jej kolor. Rybi zapach miałam z głowy, bo złapałam grypę w środku lata i zapalenie zatok. Zabawa w śmierdzące maseczki kręci się więc na całego :) 

Zanim jednak nałożycie na twarz maskę ze spiruliny, zróbcie peeling. Mój peeling był z sody oczyszczonej i wody mineralnej, ale równie dobrze możecie użyć gotowego. Sprawa polega na tym, że maseczka jest bardzo bogata w składniki, które odżywią naszą cerę i peelingiem chcemy sprawić (starciem starego naskórka i odblokowaniem por), aby trafiła w każdy zakamarek skóry. 



Przygotowujemy maseczkę z ok. 1 łyżeczki spiruliny i 2 łyżeczek wody mineralnej. Preferuję (i tak też polecam, chociaż widziałam sprzeczne informacje) gęstą konsystencję i do tego grubo nałożoną na twarz. Nie powinniśmy dopuszczać do wysychania maseczki na twarzy, dlatego gdy nakładamy jej cienką warstwę wciąż należy nawilżać ją atomizerem z tonikiem lub wodą. Przy przygotowaniu grubszej oraz gęstszej warstwy mamy spokój na całe 20 minut, bo właśnie tyle powinniśmy utrzymać maskę przed zmyciem. Zmywanie jest żmudne, więc zmywajcie tę maskę po prostu mokrą dłonią. Nie marnujcie tony wacików ani płatków kosmetycznych. Nie martwcie się też o zafarbowanie zlewu czy wanny. Spirulinę bardzo łatwo spłukać. 



Mogę się już chyba spokojnie pochwalić, że od ponad roku używam głównie kosmetyków robionych w domu i z naturalnych składników (wszystkie z nich można zjeść - poza glinką). Od ponad miesiąca cieszę się cerą, o której kiedyś mogłam pomarzyć. Był i moment, w którym nie pamiętałam już, jak wyglądam w gładkiej skórze i bez trądziku. Choć nie jest to miłe wspomnienie, chętnie Wam o nim mówię. Kupne, gotowe kosmetyki rzadko leczą - one mają maskować. Czasami wyżerać (sądząc po składzie i uczuciu po nałożeniu na twarz).

Maseczka ze spiruliny w moim przypadku jest nagrodą i relaksem dla mojej cery. Daję jej to, co najlepsze - naturalne odżywienie i wsparcie w podziękowaniu za jej piękno. Spirulina to alga morska, która ma świetne właściwości kosmetyczne. Już przy nakładaniu odczuwa się delikatne chłodzenie. Po zmyciu efekty widoczne są od razu: delikatny koloryt, odświeżony wygląd, gładkość w dotyku. Zdecydowanie napina i nawilża skórę. Ma także wpływać pozytywnie na funkcjonowanie gruczołów łojowych - oczywiście, przy systematycznym stosowaniu (potwierdzę efekt po 2 miesiącach). Oczyszcza i odżywia cerę. Takie kosmetyczne cuda bardzo lubię.


Co prawda nie brakuje mi chwilowo pomysłów na produkcję kosmetyków, ale ciekawi mnie Wasze doświadczenie w tym temacie. Kobietki, robicie jakieś maseczki w domu z ogólnodostępnych składników? :) 

9.8.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - wypowiedzi wegan #4

Kochani, to już 4 część wypowiedzi osób, które podjęły się przejść na weganizm. W trakcie składania i redagowania są jeszcze dwie pewne części: część 5 - w której wypowie się Kasia z Kasia Weganka Blog oraz Paulina z bloga Jaskółczarnia (iście blogerska część) oraz część 6 - w której wypowie się artystka i pedagog - Melania z Marchefkowy Zakątek

Tymczasem zostawiam Was z Sylwią. Powiedziała o sobie wszystko, więc nie dodaję metryczki. O jej blogu, sklepie i rodzinie doczytacie poniżej!

"To, co jem, jest dla mnie ważne. Na pewno NIE najważniejsze, bo przecież Życie nie może kręcić się wokół jedzenia. Ale zdecydowanie TAK, jest to dla mnie ważne, bo sztuki odżywiania praną jak dotąd nie próbowałam opanować (chociaż kto wie, co przyniesie życie), a z czegoś energię do tego życia trzeba wziąć. No i właśnie – ENERGIA DO ŻYCIA, słowa klucze.

Nie jemy zwierząt już od 4 lat, na wegańskiej ścieżce drepczemy od 2,5. Mam to szczęście, że jesteśmy wegańską całą rodziną: my oboje z mężem i nasze dwie córki, 7- i 3-letnie. Młodsza jest weganką w zasadzie od zawsze (kiedy my byliśmy jeszcze jedną nogą wege, ona odżywiała się tylko mlekiem matki :).  Starsza delikatnie pchnięta w tym kierunku i trzymana za rękę w trudniejszych momentach „przerobiła” się sama - z dziecka wszystko-jedzącego do już prawie 100% weganki. Zdarzają się jeszcze np. słodycze z mlekiem czy mleczne lody, w towarzystwie dzieci różnych czasem ciężko o to walczyć, ale nie gonię jej za to, bo wiem, że w końcu i od nich odejdzie, a teraz doceniam to, jak wiele już rozumie i sama decyduje, że nie je.



Wszyscy żyjemy i mamy się dobrze. Nie chodzimy do żadnych lekarzy, bo nie chorujemy. Jak na swój wiek wyglądamy całkiem nieźle :) i podobno młodziej, niż wskazuje metryka. Jasne, miewamy kryzysy, gorsze dni, słabsze momenty, nie chce się wstać, nie ma siły, żeby coś robić, najchętniej leżeć na kanapie i wcinać chipsy, a raz w roku „chorujemy” czyli łapiemy od kogoś katar. Ale my tak MIEWAMY, a nie mamy na co dzień, nie zalegamy po każdym obiedzie przybici rodzajem jedzenia, które trzeba strawić i nie jesteśmy co miesiąc u lekarza po nowe leki na coś tam dla całej rodziny i każdego z osobna. Wszystko, czego potrzebujemy do zdrowego odżywiania, znajdujemy w roślinach. To rośliny rosną i są symbolem dobrej energii, pochodzącej z ziemi, wody i słońca, to z nich możemy czerpać prawdziwą ENERGIĘ DO ŻYCIA, to one zawierają potrzebne do prawidłowego funkcjonowania węglowodany, białka i tłuszcze oraz wszelkie witaminy i minerały.

Popularne hasło „Jesteś tym, co jesz” idealnie pasuje do kwestii weganizmu. Czy budulec mojej materii będzie pochodził ze świeżych warzyw i owoców, pożywnych zbóż i nasion, smacznych orzechów i czystej wody, czy będzie to martwa energia rozkładającego się mięsa, z „zapisanym” w nim cierpieniem zwierzęcia, każdy ma swój wybór.

Osobiście bardzo nie lubię i unikam bombardowania ludzi faktami na temat przemysłu mięsnego i nabiałowego. Uważam, że kto szuka, ten znajdzie, a żeby zacząć szukać, każdy ma swój czas.
Jedni mają wtedy 15 lat, inni 30, a jeszcze inni 60, ale na każdego przyjdzie właściwa pora.
 Moim zdaniem znacznie lepiej jest pokazywać innym pozytywne aspekty odżywiania wegańskiego, własnym przykładem potwierdzać, że można żyjąc w ten sposób być zdrowym, aktywnym, pełnym energii, dobrze wyglądającym człowiekiem, a jedzenie, które dla wielu jest jednak osią, wokół której kręci się życie, nie jest ubogie ani nudne. Jeśli ktoś dopytuje, chce wiedzieć więcej, wtedy dzielę się tym, co sama wiem, podsyłam linki do materiałów w sieci, podpowiadam, skąd czerpać inspiracje do zmian.



Wierzę, że wskazanie lepszej drogi, którą ktoś chętnie pójdzie, mimo że jej nie zna (ale przecież zapytał mnie o nią i ufa mi, że wiem, o czym mówię, bo sama nią poszłam), przynosi lepszy efekt, niż wrzask, że droga, którą idziesz człowieku, jest zła! I ty też jesteś zły, bo nią idziesz! A że ktoś cię na tę drogę pchnął i ty idziesz nią, bo nie znasz innej, to nic, droga jest zła i ty jesteś zły! To nic nie da. Często efekt będzie wręcz odwrotny, zatykanie uszu, ucieczka od tych wrzasków. Kto szuka, ten znajdzie, naprawdę. Wystarczy być wtedy blisko, mieć oczy i uszy otwarte, a serce chętne do pomocy w stawianiu pierwszych kroków na nowej drodze życia. Kroków trudnych, bo droga nowa i nieznana, ale po wybadaniu terenu i złapaniu rytmu dalej idzie się już lekko :)

Oczywiście są i tacy, którzy niczego szukać nie zamierzają, bo wystarcza im w zupełności to, co mają podane na talerzach. A na talerzach mają co? Sama jadłam w tzw. tradycyjny sposób przez wiele lat. Tak zostałam wychowana i nauczona, w takiej kulturze żyjemy. Jeszcze swojej pierwszej córce serwowałam na obiad „mięsko” z przekonaniem, że dobrze ją odżywiam. Jednak pewnego dnia... No i właśnie, jak już wspomniałam, nie mam w zwyczaju „uświadamiać” ludzi na siłę w temacie weganizmu, chyba, że zostanę wyraźnie poproszona o wypowiedź, co też miało miejsce w tym przypadku. Podzielę się więc z Wami moją historią i przemyśleniami, chociaż czasem nie będzie miło, ale jeśli to czytacie to znaczy, że szukacie.

Nie pamiętam już wyraźnie początku, mąż zaczął coś czytać, oglądać filmiki na YT, wywiad z Darkiem Gzyrą robiącym z dziećmi zakupy na warzywnych straganach, itp. Przebąkiwał o weganizmie, o nie jedzeniu mięsa, nie piciu mleka, nie braniu udziału w zabijaniu zwierząt, bo przecież, jeśli nasz Sokrates (pies) ma uczucia i nastroje, to czemu nie świnia czy krowa tak samo? Obejrzałam kilka filmików, poczułam się okropnie, popłakałam się strasznie i podjęłam pierwszą decyzję. Nie brać udziału w zabijaniu zwierząt? No jasne, przecież nie chcemy zabijać! Ok, od dziś nie jemy mięsa. Ale nie pić mleka? Nie jeść sera? To z czego będziemy brać białko?! I z totalnej niewiedzy i obaw o zdrowie nasze, ale przede wszystkim naszego dziecka, nie zgodziłam się na weganizm od razu. A potem tego żałowałam, o czym pisałam kiedyś na swoim blogu (tagi: dlaczego weganizm). Niestety, picie krowiego mleka nie różni się wiele od jedzenia wieprzowej szynki, ponieważ jak to celnie ujął Dariusz Gzyra: „Na końcu zawsze jest rzeźnia”.

Tak, to, co jem, jest dla mnie ważne. Dlatego właśnie nie chcę więcej brać udziału w wysyłaniu zwierząt do tej rzeźni, nie chcę karmić się ich cierpieniem, nie chcę karmić nim naszych dzieci, i jak to mówi nasza Maja: koniec kropka małpa dżimejl kom. Z powodu empatii dla zwierząt, ale również dzięki korzyściom zdrowotnym, jakie dostrzegam u siebie i moich bliskich, a także innym korzyściom w życiu codziennym każdego dnia wybieram rośliny do jedzenia i jestem z tego naprawdę zadowolona.

Nasze jedzenie jest świeże i kolorowe, nasze posiłki proste w przygotowaniu, nasze zakupy nie zajmują nam całego wolnego czasu. W zależności od pory roku nasza kuchnia jest pełna albo świeżych, soczystych, przeróżnych owoców, albo aromatycznych, rozgrzewających, gorących dań warzywnych, zbożowych, strączkowych. Jest zdecydowanie lepiej, niż pamiętam sprzed zmiany.


Z chęci dzielenia się z innymi własnym doświadczeniem życie dostał najpierw mój wegański blog Wszystko jest w głowie (no bo jest, czyż nie? :)),  niedawno do bloga dołączył 100% vegan SUN.SKLEP.PL i mam nadzieję zrealizować jeszcze nie jeden wegański projekt, bo to, co jem, jest ważne dla mnie i nie tylko dla mnie, jest ważne dla innych ludzi, jest ważne dla zwierząt, jest ważne dla Ziemi, na której żyjemy i ja chcę żyć w zgodzie z sobą i z nimi, po prostu."

7.8.15

Kosmetyczny piątek z Izą: oczyszczające właściwości kiwi


Szczerze powiem, że wpadłam w wir kosmetycznych piątków i oby mój zapał utrzymał się nadal po rozpoczęciu roku akademickiego (a na pewno będę marudzić, że dużo zajęć, że kursy i szkolenia). Robię to dla Was, bo uwielbiam dzielić się nowinkami i innowacjami kosmetycznymi, którymi dawniej sama byłam zaskoczona! OK, w pewnej mierze robię to też dla siebie - to czysta przyjemność i korzyści dla mojej cery :)


O kosmetycznych właściwościach kiwi dowiedziałam się ponad rok temu. Czekałam, aż moja cera będzie potrzebowała rozjaśnienia i dużej dawki witamin z minerałami. Teraz, kiedy udaje mi się utrzymywać naprawdę zadowalający stan skóry twarzy, chcę podtrzymywać efekty wcześniejszych starań i działać prewencyjnie. 

Po co używać kiwi w pielęgnacji ciała i dla kogo będzie to szczególnie ważne:

1. osoby ze skłonnością do przebarwień na twarzy - we względu na duże pokłady witaminy C, kiwi ma właściwości rozjaśniające, delikatnie wybiela skórę i nadaje jej blask, zmniejsza także cienie pod oczami, jednak należy uważać, aby sok z kiwi nie dostał się do oczu (przykładowe powody do użycia: zastosowałam papkę z kiwi ze względu na zaczerwienienia i przebarwienia potrądzikowe, moja Mama zastosowała ją ze względu na trwałe przebarwienia na twarzy i skłonność do nich),

2. osoby mające problemy z trądzikiem - kiwi posiada witaminę A, która przyspieszy proces regeneracji naskórka, swój udział ma tu także wspomniana wcześniej witamina C, która pobudzi krążenie (dzięki czemu organizm pozbędzie się zbędnych i szkodliwych produktów przemiany materii), 

3. zapobieganie zmarszczkom i pielęgnacja cery dojrzałej - będące antyoksydantami witaminy A i E zapobiegają przedwczesnemu starzeniu się skóry

4. peeling enzymatyczny - kiwi posiada enzym aktynidynę, która (ogólnie w organizmie ułatwia rozkład białek) jest odpowiedzialna za złuszczanie się martwego naskórka, dzięki czemu nasza skóra po zastosowaniu jest gładka,

5. pielęgnacja stóp - rozgnieciony miąższ z kiwi świetnie nadaje się jako maska na zmęczone stopy, skutecznie oczyszcza i rozmiękcza skórki (sprawdzono!),

6. odżywienie skóry - to powód, dla którego ja zrobiłam sobie maseczkę z kiwi, papka oprócz witamin posiada także magnez, potas, cynk i wapń, które robią wiele dobrego dla skóry. Jak widać, sprawa wygląda multifunkcyjnie :) 


Jak przygotować i jak używać?

Wystarczy rozgnieść obrany i pokrojony owoc kiwi widelcem lub zmiksować blenderem. Nakładać i wmasowywać w skórę, aby sok nie miał okazji wyschnąć. Pozostawiamy na twarzy na kilka minut. Przed użyciem koniecznie zróbcie próbę uczuleniową. Ostrzegam, że w miejscach uszkodzenia naskórka będzie szczypać. Twarz może delikatnie piec, ale jeśli odczujecie duży dyskomfort od razu zmyjcie papkę wodą. Ja miałam ją na twarzy ok. 4 minut, ale nawet ta chwila wystarczyła, by odświeżyć cerę. 

Z czystym sumieniem polecam taki sposób oczyszczania twarzy.
To pozwala mi nazwać kiwi kosmetycznym owocem uniwersalnym! :)
Będziecie próbować?
Dajcie znać, jak zareagowała Wasza cera!



5.8.15

Zainspiruj się: jak zrobić wianek z polnych kwiatów DIY [tutorial]


To musiało się stać. Po tym, jak dziewczyny na My blog my passion zwinęły mi dwa wianki sprzed nosa postanowiłam, że zrobię go sobie sama! Z polnych kwiatów i suszonych ziół prosto z ogrodu Mamy. Dobra, prócz inspiracji ze spotkania, miałam jeszcze jeden powód do zrobienia wianka: Woodstock. Co roku zazdroszczę innym dziewczynom i podziwiam ich wiankowe wytwory/zakupy, bo wyglądają uroczo!

Do zrobienia wianka potrzebujemy niewiele sprzętu, ale za to mnóstwo chęci i kreatywności. Przyda się też cierpliwość w używaniu cieniutkiej nitki, która łatwo się zrywa.

SPRZĘT:

ostre nożyczki lub sekator, cienka nitka najlepiej w zielonym, brązowym lub czarnym kolorze [moja była w błękitnym], kilka miękkich gałązek brzozy lub trwalszych łodyg roślin lub grubszych, wysokich traw, świeże polne kwiaty (wrotycz, krwawnik, dziurawiec, różowa koniczyna, zboża oraz inne). 

WYKONANIE

1. Należy spleść gałązki brzozy jako podstawę do wykonania wianka i ozdobienia do kwiatami (gałązki owijamy jedna wokół długiej - na początku i na końcu zawiązujemy nitką).


2. Zanim z gałązek zrobimy pierścień, należy przymierzyć go do swojej głowy, przytrzymać i związać nitką, obciąć nadmiar gałązek nożyczkami lub sekatorem.


3. Przyozdabiać kwiatami, początek przywiązując nicią, łodygą oplatać wokół gałęzi, a między łodygę umieszczać inne pęki.


4. Kończymy, gdy grubość wianka będzie satysfakcjonująca. Nie mogłam oprzeć się mistrzom drugiego planu i chociaż zdjęcie bez nich jest cudownej jakości, to zdjęcie z nimi... jak ja kocham te koty! Zawsze robią zdjęcia ze mną :)



Dziewczyny, czy któraś z Was robiła kiedyś wianek? Mój z założenia miał być pleciony na cienkim druciku, ale kiedy użyłam gałęzi z brzozy okazały się świetnym materiałem. Nie obiecuję, lecz przeczuwam, że wiankowy post zagości u mnie po raz drugi w nowej odsłonie :) 

Zainspirowani?

Co jeszcze chcielibyście zobaczyć?