30.9.15

Zastanów się: jak NIE prowadzić biznesu?


Przez pewien czas powstrzymywałam się, by napisać o tym post. Z czasem zaczęłam być do tego przekonana, bo... co, jeśli uratuję Twój biznes, Twoją dobrą markę, swoją dobrą markę? Im bardziej wchodzę w temat marketingu, social media, kontaktów biznesowych, które przecież opierają się na kontaktach między ludźmi (i to ma moc!), tym bardziej uświadamiam sobie, że małe sprawy i drobne gesty są niczym szala - i decydują o tym, czy czyjaś firma utrzyma się na rynku czy nie. Nie pozostaje Ci nic innego, jak wypowiedzieć się w temacie i potwierdzić, że mam rację! A może nie mam?



JAK NIE PROWADZIĆ BIZNESU?





Ulubiony punkt jest na pierwszym miejscu, bo sobie na to wyjątkowo zasłużył. 

27.9.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - wypowiedź Marcina #10

 Bez zbędnego owijania w bawełnę - miałam ciarki, gdy czytałam ten tekst po raz pierwszy. Życie 17-letniego Marcina zmieniło się, gdy...




Ciepły niedzielny wieczór 19 września 2010, przeddzień moich 12 urodzin (6 klasa podstawówki), siedzę sobie wygodnie przed telewizorem.
Zastanawiam się, co takiego sobie zażyczyć, i dochodzę do wniosku, że nie potrzebuję kompletnie nic, idę więc krok dalej i postanawiam wykorzystać te życzenie dla kogoś innego. Nic jednak nie przychodzi mi do głowy. Nic, do czasu aż mama podaje mi kolację.

25.9.15

Kosmetyczny piątek z Izą: peeling myjący do twarzy na bazie oleju


Dopiero od kilku miesięcy wiem o OCM - oczyszczaniu twarzy olejami. Błędem było, że wcześniej bazowałam głównie na pielęgnacji mającej wysuszać moją cerę, bo uważałam, że tak jest dla niej lepiej - oczywiście miałam do tego podstawy! Odkąd używam kosmetyków robionych w domu (w szczególności do twarzy) wręcz kosmicznie poprawił się stan mojej cery. Odkąd się poprawił i jest na zadowalającym poziomie, chcę tę formę utrzymać. Dlatego wciąż poszukuję inspiracji, artykułów i istotnych fragmentów z książek, które wciąż prowadzą mnie dalej i dalej. 


Takim sposobem dowiedziałam się o OCM - Oil Cleansing Method (oczyszczanie twarzy olejami), które działa na jednej prostej zasadzie: 
tłuszcz rozpuszcza tłuszcz. 
Oleje w pielęgnacji rozpuszczają naturalne sebum twarzy, pozwalając skórze funkcjonować normalnie - gdy chemicznie lub nawet naturalnie usuwamy cały tłuszcz, czyli warstwę ochronną, skóra musi go i tak wyprodukować. I tak w kółko... 



PEELING MYJĄCY DO TWARZY NA BAZIE OLEJU

2,5 ml sody oczyszczonej (ok. 1 małej, płaskiej łyżeczki)
1-2 ml drobno zmielonych orzechów włoskich
5 kropel witaminy E w oleju makadamia
5 kropel gliceryny
1 ml oleju lnianego
1 ml oleju konopnego

Soda i orzechy pełnią funkcję składnika peelingującego. Orzechy włoskie dodatkowo ułatwiają rozpuszczanie, gdyż same w sobie zawierają zdrowe tłuszcze. Witamina E pomoże załagodzić wszelkie uszkodzenia naskórka i przyspieszy ich regeneracje. Oleje z gliceryną oczyszczą twarz z sebum oraz nawilżą skórę - nie z wierzchu, lecz pozwalając (dzięki peelingowi) wniknąć im głębiej. 

Nie jest to pasta myjąca do codziennego użytku. Warto używać jej 2-3 razy w tygodniu i pamiętać, że nasza skóra prócz pielęgnacji potrzebuje także odpoczynku (co chcielibyście ścierać z twarzy/ciała codziennym peelingiem?). Ten specyfik to świetna opcja dla takich jak ja - których cera nie toleruje nawilżania, ale przecież go potrzebuje. Wcześniej przemycałam oleje w maseczkach, bo nakładane bezpośrednio na twarz i pozostawiane bez zmycia kończyły się milionem zatkanych por. Uwielbiam to uczucie oświecenia, gdy wiem co, jak i dlaczego się dzieje :)



Jakie zabiegi na twarz stosujecie codziennie, a jakie raz w tygodniu?

23.9.15

Zorganizuj się: ogarnij mnemotechniki zanim usiądziesz do nauki


Nie wiem jak u Was - uczycie się już czy jeszcze nie? Ja zaczynam się rozgrzewać i nastawiać na naukę, by było mi łatwiej, jak nadejdzie październik... Wam też może być łatwiej, dlatego przygotowałam zestawienie moich ulubionych mnemotechnik. Do każdego z nich dodałam przykład, bo pamiętam, jak jeszcze w lutym szukałam informacji na temat uczenia się i niektórych sposobów nie rozumiałam (a najszybciej posługiwałam się tymi, które były zilustrowane). Bawcie się dobrze i... powodzenia!



MAPY MYŚLI

Niezawodne, choć dla mnie są praktycznie nowością. Oczywiście - słyszałam o nich wcześniej, czytałam, nawet przerysowywałam z tablicy w gimnazjum i liceum, ale... nie przejmowałam się nimi. Dalej tworzyłam linearne notatki (teraz widzę, że nie mają sensu, jeśli są przeznaczone do nauki, ale są świetne w przypadku pełnienia funkcji "zapoznawczej" według której rysujemy mapy myśli, czyli np. ksero rozdziału z książki). Dzięki tej metodzie przeżyłam drugi semestr studiów i sesję bez żadnej poprawki, chociaż na początku średnio wierzyłam w ten sposób. Empirycznie jednak przekonałam się, że uczenie się przez 15 minut z mapami myśli ma taki sam skutek, jak tzw. "wkuwanie" przez godzinę lub półtorej z notatek linearnych. Mimo tego pierwsze razy z mapami, które przygotowywały mnie do kolokwium były jedną wielką wątpliwością ("O nie! Na pewno nic nie umiem, bo przecież uczyłam się tylko 30 minut!"). 

Przykład mojej mapy myśli (początki):





SKRÓTY LITEROWE

W pierwszej klasie liceum uczyłam się aminokwasów, które dzieli się na endogenne i egzogenne. Można uczyć się wszystkich nazw bezsensownie je wkuwając. Można też ułatwić sobie życie i użyć skrótów literowych, których rozwinięcie będzie stanowiło ciąg słów, które chcieliśmy zapamiętać (w moim przypadku były to aminokwasy egzogenne). Jest to o tyle przyjemniejsze, że nazwy zaczynamy po prostu kojarzyć z pierwszą literą (bo jednak słyszymy je na lekcjach, są w podręcznikach), a co więcej - ta powtarzana raz na jakiś czas informacja naprawdę zostaje w głowie. Magia umysłu!


Przykład: FILLM WTT (dla jasności: film przez dwa L i nazwa filmu, czyli WTT)
F - fenyloalanina
I - izoleucyna
L - leucyna
L- lizyna
M - metionina
W- walina
T - treonina
T - tryptofan



FANTAZYJNE GŁUPOTY

Uratowały mnie wiele razy od poprawek, przypominając mi o czym mam napisać na egzaminie 5 minut przed jego końcem. Głupota, ale jaka skuteczna! Wystarczyło podwójne-potrójne powtórzenie, że ta bakteria to patologia Rysia i e-Rysia, by została zapamiętana.


Przykład: Patologia Rysia i e-Rysia pozwoliła mi na zapamiętanie łacińskiej nazwy włoskowca różycy, mianowicie: Erysipelothrix rhusiopathiae. E-Rysi z pierwszego członu (pelothrix samo już weszło do głowy) i rhusiopathiae (Rysio przez U zamiast Y, patia - patologia).



OBRAZKI

Spokojnie. Jestem antytalentem plastycznym i wręcz wstydzę się rysować! Przemogłam się najpierw rysując w takich miejscach (lub na osobnych kartkach), by nikt nie zauważył :D Teraz mi przeszło i stawiam te krzywizny gdzie tylko się da. Na zasadzie: o tak, to był ten punkt, gdzie narysowałam grzyba (zaczęłam używać obrazków nawet wtedy, gdy merytorycznie nie mają nic wspólnego z treścią, ale ostatecznie kojarzę ją sobie właśnie z nimi)!


Przykład:


To GŁOWA WILKA - dla jasności :) Gdzieś dalej były jagniątka (przypadek). 


HUMOR

Najdziwniejszy z moich metod i bezsensownie skuteczny (nie rozumiem jego mechanizmu)... Zdarza mi się napisać przy czymś takie rzeczy, jak:

- SERIO?!
- Ale naprawdę?!
- Hahaha!
Po czym pomyśleć podczas egzaminu: "Aha! Mam opisać to, czego nie rozumiałam!". Brawo ja. Zwykle czytam na ten temat mało (bo wydaje mi się nie do pojęcia) i w okrojonym wydaniu. Na szczęście wystarcza na zaliczenie, bo podczas przeglądania kartek zależy mi na tym, by mieć to z głowy i powiedzieć minimum 3 zdania na ten temat. 


Połączenie obrazków z humorem daje piękne historie. 

Każdemu zdarza się nie przygotować do kolokwium... mi się też zdarzyło. W mojej frustracji 5 minut przed wejściem na salę koleżanka opowiedziała mi historię o mięśniowych włóknach białych i ich parametrach - oczywiście dołączyłam do niej swoje trzy grosze. Brzmiała mniej więcej tak: 

Biały (kolor włókna) bałwan (gruby = największa średnica) szybko się topi (włókna te kurczą się szybko) i szybko się męczy (włókna podatne na zmęczenie). Ten bałwan jest leniwy ( = ma mało mitochondriów), więc w sumie nie żyje, bo nie potrzebuje tlenu (jego szlakiem metabolicznym jest beztlenowa glikoliza). To szalone, ale wciąż to pamiętam!



Strasznie i okropnie ciekawią mnie Wasze sposoby na naukę. Nie wybaczę, jak się nie podzielicie :)

20.9.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - wypowiedź Tomka #9


Czy są na sali mężczyźni? 
Mężczyźni uprawiający sport? A może kochający jeść, gotować? Może panowie mający nadwagę? To świetnie się składa, bo dzisiaj gościmy Tomka z Warszawy, który opowie swoją pełną wybojów historię. Upadki i wzloty - jedzeniowe, oczywiście - niech zachęcą Was do próbowania. Bądźcie fair ze sobą. Bądźcie fair wobec swego organizmu.



"Uwielbiam jedzenie! Temat tak wielopłaszczyznowy, że o każdej można by stworzyć osobną bibliotekę. Gotowanie, spożywanie, nastrój i estetyka, dobór potraw, sezonowość, kuchnie regionalne, rolnictwo, odżywczość, zdrowotność, ekologia – każda z tych kwestii jest dla mnie mniej lub bardziej istotna. Jednak jedna sprawiła, że jedzenie przybrało dla mnie dodatkowe znaczenie – etyczne. Sprawa na tyle istotna, że wychowany w rodzinie i kulturze gdzie mięso stanowi absolutną podstawę codziennej kuchni musiałem zbudować od podstaw swój światopogląd czyli teorię oraz co wbrew oczekiwaniom okazuję się łatwiejsze praktykę.

Jestem wegetarianinem od 1997 r. Nie piszę ile lat ponieważ przechodziłem kryzys na skutek którego wróciłem do mięsa na ok. 5 lat. Jest to zupełnie osobny temat więc pominę go pewnym milczeniem. Do pełnego wegetarianizmu wróciłem ponad rok temu, a od kilku miesięcy przymierzam się do weganizmu. Piszę przymierzam, ponieważ zdarza mi się zjeść zapiekankę z serem, albo makaron jajeczny czy wypić kawę z mlekiem gdy nie ma w kafejce mleka sojowego, ryżowego, migdałowego… czy jakiegokolwiek innego poza krowim. No właśnie…

Mój start jako wegetarianina był w dużym stopniu ułatwiony z dwóch powodów. Po pierwsze miałem pełne zrozumienie i wsparcie ze strony rodziców. Wsparcie co najważniejsze praktyczne czyli prowadzenie podwójnej kuchni czy pomoc w gotowaniu. I to zarówno w okresie kiedy jeszcze z nimi mieszkałem, jak również potem podczas np. wspólnych imprez rodzinnych. Pełne zrozumienie, akceptacja i wsparcie. Granice pozostały niestety jasno postawione - nie udało mi się w większym stopniu przekonać ich do eliminacji mięsa z menu, czy chociażby zwrócenia uwagi z jakim numerem jajka kupują, zatem pozostało odpłacić się zwrotnie akceptacją. Drugi powód to mieszkanie w kraju multi-kulti gdzie na co dzień próbować można było różnych kuchni z całego świata, a co najważniejsze tych w których potrawy bezmięsne stanowiły sporą część. To ułatwiało wychodzenie do knajp ze znajomymi czy zwyczajne przekąszenie czegoś na mieście. Również szeroki asortyment sklepowy zapewniał możliwość prowadzenia bogatej domowej kuchni wegetariańskiej.

Powrót do Polski przywitał mnie pizzą wegetariańską i pierogami, a to z kapustą i grzybami, a to ruskimi. Pierogi w górach, pierogi na Mazurach, pierogi nad morzem i w stolicy. Jednak od tych kilkunastu lat wiele się zmieniło i mam wrażenie, że w ostatnich latach przybrało jeszcze tempa. W każdym większym mieście można odwiedzić knajpę typowo wege, a w niektórych w szczególności wegańską. Dodatkowo, niejako osobną kwestią – dla mnie bardzo istotną – są dwie charakterystyczne miejskie potrawy wege, czyli falafel na cienkim cieście oraz makaron sojowy z warzywami (czy tofu). Od kilku lat zajadam się na mieście także wegańskimi burgerami, a ostatnio odkryłem wegańską pizzerię. Również półki sklepowe z działami wege wypełniają się coraz to nowym asortymentem, a różnorodność produktów w sklepach internetowych to już liga światowa – nigdy nie spodziewałem się, że będę mógł dostać wegański ser (jestem ogromnym miłośnikiem serów) i to w kilku rodzajach, w tym parmezan.

Jak to robię? Podszedłem do diety wege w sposób naukowy czyli z tabelką zawartości poszczególnych składników mikro i makro, białek, tłuszczy i węglowodanów. Czytałem, warzyłem, liczyłem i notowałem. Po jakimś kilkumiesięcznym okresie okazało się, że popularne „należy jeść różnorodnie” jest równie prawdziwe co i łatwe. Dlaczego łatwe? Ponieważ trzeba moim zdaniem przyłożyć dużo starań aby prowadząc świadomie zdrową dietę wege jeść za mało warzyw i owoców, a za dużo tłuszczy i orzechów. Po zdobyciu podstawowych umiejętności na bazie poradników kulinarnych, prowadzenie zdrowej kuchni zgodnie z piramidą żywieniową w opcji wege jest banalne i intuicyjne.

Zatem co jem? Stosunkowo mało owoców i pozbądźmy się tego tematu na początku – lubię arbuzy, czasem zjem jabłko czy gruszkę, dużo większe przekonanie mam do suszonych owoców ponieważ można ich używać w daniach typowo wytrawnych. Nie jem również słodyczy co jest nawykiem z czasów gdy miałem spore problemy z nadwagą i związanymi z nią problemami zdrowotnymi. Warzywa w zasadzie wszystkie tak jak mam danego dnia ochotę albo możliwość – ze świeżych na pewno dużo podstawowych czyli pomidory, ziemniaki, ogórki, papryki, cukinie i bakłażany, dynia, cebula, czosnek, etc. ale zasadniczo cały warzywniak nie jest mi obcy. Uwielbiam jeść ostro więc zawsze gdzieś mam w różnej postaci chilli, habanero czy imbir. Oliw i olei w zasadzie różnych, ale bazowo używam oliwy z oliwek do wszystkiego – smażenia, duszenia czy sałatek. Sam przygotowuję ostrą oliwę przez zalanie zwyczajną dużej ilości bardzo ostrych papryk z dodatkami – polecam! Orzechy (pistacje, nerkowce, ziemne, laskowe, włoskie) i pestki (słonecznik, dynia) codziennie i w zasadzie do wszystkiego. Oliwki i kapary. Strączkowe suche i z puszek – wszelkie fasole, ciecierzyce, soczewice, bób, groszek i suche kotlety sojowe (nie znoszę smaku naturalnej soi!). Z gotowych produktów wege – tempeh smażony i wędzony, tofu w każdej postaci, seitan, kiełbaski, parówki, wędliny i pasztety sojowe, wegański ser (aczkolwiek raczej do smaku z umiarem ponieważ nie ma w nim białka!). Do kawy używam na zmianę mleka sojowego, ryżowego, owsianego i migdałowego (kokosowe w kawie to pomyłka J). Kasze w zasadzie wszystkie oraz makarony sojowe, fasolowe i ryżowe. Sezam – sam przygotowuję tahini, oraz od jakiegoś czasu eksperymentuję z wiórkami kokosowymi i makiem (ma dużo białka). Pieczywo głównie żytnie i wieloziarniste. Lubię różne przyprawy najbardziej kuchni azjatyckiej, solę umiarkowanie. Czy o czymś zapomniałem lub pominąłem? Na pewno!
Gotowanie –moja pasja, ale ponieważ mam ich wiele, jak również pracę, raczej ograniczam się do szybkich sposobów przyrządzania potraw. Dlatego dania są raczej proste - głównie duszę i smażę, również sporo zapiekam. Staram się dużo eksperymentować na standardowych bazach np. podsmażona cebula z czosnkiem na ostrej oliwie czy obrane pomidory z puszki. Normą są zupy kremy. Na śniadania zazwyczaj kanapki z gotowych wege produktów z dodatkiem czegoś świeżego. Bardzo lubię jeść na mieście dlatego powtórzę się, że cieszy mnie dostępność wege knajp i generalnie wege potraw w każdej restauracji.

Pisząc o jedzeniu muszę wspomnieć o bardzo ważnej kwestii – marnowaniu żywności. Pewnie wszyscy wiemy jakie są statystyki, a gdyby ktoś ich nie znał to zasadniczo polecam poczytać o tym – marnujemy więcej niż zjadamy. Jest to dla mnie z wielu powodów zła droga, na pewno na osobną dyskusję więc wspomnę tylko hasłowo – ekonomia, ekologia, etyka. Dlatego z dumą i śmiało mogę napisać, że w mojej kuchni nie marnuje się praktycznie nic. Jak wspomniałem jest to szerszy temat i dotyczy nie tylko jedzenia ale sposobu życia jako konsument generalnie.

Sport – uprawiam amatorsko ale kilka razy w tygodniu. Trening siłowy trzy razy w tygodniu, rower, sporty walki, pływanie, zimą oddaje się największej pasji ostatnich lat jaką jest snowboard. Jestem w bardzo dobrej kondycji, ważę w okolicach 80kg przy 180cm wzrostu. Badania ogólne wykonuję od lat co rok lub parę lat, zawsze z pozytywnym wynikiem. Wraz z decyzją o przechodzeniu na weganizm postanowiłem zrobić bardziej kierunkowe analizy czyli m.in. B12 i homocysteina, Fe, Mg, Ca, lipidogram – wyniki na otwarciu rewelacyjne, za 2 miesiące (po pół roku) zobaczymy. Głównym powodem jest oczywiście wątek B12. Naczytałem się dużo, znam dwie podstawowe absolutnie sprzeczne opinie chociaż raczej uznana za obowiązującą jest wersja, że dieta wegańska nie dostarcza B12 i trzeba ją suplementować. Zatem postanowiłem poeksperymentować na własnym organizmie i zacząć suplementację jeżeli faktycznie okaże się konieczna. Świat pełen jest teorii spiskowych i jedynych słusznych racji i manipulacji, a w swoim krótkim życiu nauczyłem się, że należy zachować zdrowy rozsądek i zimną krew.




Więc co z tą ideologią? Cóż najłatwiej coś zaplanować i zrobić, najtrudniej przypisać temu sens J Mogę nazwać dwa etapy chociaż na pewno był to proces ciągły. Pierwsza faza neofity. Odkrycie idei wegetarianizmu (miałem znajomych wegetarian), pierwsze emocje, zdobywanie coraz większej wiedzy, analiza konfliktów i sprzeczności, nawracanie innych, znalezienie własnych granic i wypracowanie stanowiska. Zajęło to kilka lat. Ostatnia faza dojrzałego wegetarianizmu z akceptacją innych poglądów na świat i świadomą decyzją o kontynuowaniu tej drogi. Ostateczna na dzień dzisiejszy idea zakłada brak ideologii i robienia religii, staram się trzeźwo patrzeć na świat – nie ma tutaj miejsca na wiarę, ale jest miejsce na podejmowanie decyzji. Jako podstawę przyjmuję obiektywną naukę – poziom naszej wiedzy z różnych dziedzin umożliwia nam spojrzeć na rożne organizmy z coraz większą precyzją, odróżnia poziomy skomplikowania, różne sposoby istnienia w- i komunikacji ze światem. To pozwala klasyfikować i odróżniać roślinę od zwierzęcia, szympansa od ryby, człowieka od szympansa. Z własnego doświadczenia jesteśmy w  stanie określić swoje reakcje na bodźce zewnętrzne i wewnętrzne. Wiemy co sprawia nam ból i czego chcemy unikać, a jakich bodźców zawsze za mało. Stąd bardzo skomplikowana droga do przełożenia tego na inne gatunki, ale dająca ostatecznie pewien obraz sytuacji (chociaż niekoniecznie zawsze prawdziwej). Mając tę wiedzę powstaje za każdym razem proste pytanie – czy skoro wiem, że drugie istnienie będzie cierpiało to świadomie będę tego sprawcą? Odpowiedzią jest zawsze decyzja."




Tomasz Wójcik
35 lat, Warszawa
wykształcenie: wyższe i podyplomowe 
(ochrona środowiska, psychologia zwierząt, 
budowa i eksploatacja siłowni wiatrowych, 
zarządzanie projektami), zainteresowania: zawodowo 
zarządzanie projektami, prywatnie snowboard, kino, 
podróże, wiedza ogólna, aktywny styl życia, dużo tego :)

18.9.15

Kosmetyczny piątek z Izą: olejowa odżywka do włosów DIY


Uwielbiam cudowne działanie olejowania włosów. Nie ma dla mnie lepszej maski ani wcierki. Nic nie daje mi podcinanie końcówek, a żadne zabiegi nie zapewniają takiego samego efektu. Oleje dają moim włosom coś cennego, odżywczego i w końcu mam je takie, jakie chcę! :)









Olejowa odżywka do włosów DIY



4 łyżeczki oleju z orzeszków arachidowych
1 łyżeczka oleju konopnego
1 łyżeczka oleju sezamowego









Olej z orzeszków arachidowych - delikatny o neutralnym zapachu, przeznaczony dla osób mających problemy z łupieżem oraz stosowany zapobiegawczo. Działa przeciwzapalnie. Świetnie regeneruje włosy, dlatego został olejem bazowym. 

Olej konopny - świetnie nawilża i szybko się wchłania (po rozprowadzeniu po skórze nie zostawia tłustych śladów), dzięki czemu nie obciąża włosów, a mimo tego subtelnie je nabłyszcza. 

Olej sezamowy - choć jest go mało, zdecydowanie dominuje zapachem pozostałe oleje. Mi nie przeszkadza (nie wszyscy jednak lubią tę woń), poza tym po wyschnięciu włosów ulatnia się i wcale go nie czuć. Dodałam go z przeznaczeniem dla suchych włosów, które zmiękcza i uelastycznia.




Celem tej odżywki jest regeneracja włosów, ale także ułatwienie w rozczesywaniu. Włosy po niej nie są obciążone - znacznie mniej się puszą, są gładkie, lśniące i sypkie. Dla mnie ta odżywka jest identyczna w efektach jak kupny olejek znanej firmy, z którego ostatnio korzystałam. Więcej go nie kupię, bo nie ma po co. Teraz wiem, że nakładam na włosy jedynie 100% naturalnych składników, bez silikonów i innych (w ostateczności niekorzystnych) związków. Przy regularnym stosowaniu włosy są w coraz lepszej kondycji. Oczywiście taki olejek świetnie sprawdza się też doraźnie. 

Można tej mieszanki użyć na dwa sposoby
(każdy przynosi ten sam efekt):
1. na mokre włosy (jak odżywka bez spłukiwania),
2. na suche włosy (na 2 godziny przed umyciem). 

Jakie odżywki stosujecie? Jakie chciałybyście odkryć z tej naturalnej strony? 

Większość drogich i (aktualnie na topie) ekologicznych produktów do włosów można zastąpić wykonując je w domu kilka razy mniejszym kosztem.

Pamiętajcie, że 28 października w Świeciu n. Wisłą odbywają się bezpłatne warsztaty z produkcji domowych kosmetyków, które poprowadzę.

Więcej informacji: tutaj.



16.9.15

Zorganizuj się: 7 sposobów na zaoszczędzenie czasu


Dziś przychodzę Wam na ratunek ze swoimi sposobami na zaoszczędzenie czasu. Niektóre z nich są tak bardzo "autorskie", że można się z nich pośmiać. Każdy takie ma i nie ukryjecie tego przede mną, więc po prostu powiedzcie o nich w komentarzach :) 



7 sposobów na zaoszczędzenie czasu:

1. Przygotuj ubrania wieczorem, ale najpierw sprawdź pogodę. 
Nic mnie bardziej nie irytuje niż sukienka na wieszaku przygotowana dzień wcześniej i deszcz za oknem, a ja nie mam kupionych rajstop. Nie wiem, czy komuś jeszcze się to zdarza, ale mi tak - zwłaszcza wiosną i jesienią. Pogoda niby oczywista, a ja zawsze zaskoczona... 



2. Kupuj bilety wcześniej.

Jeśli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze (i zaoszczędzenie czasu też tym razem). Bilety na pociągi kupuję 30 dni przed wyjazdem (o ile jest zaplanowany), bo daje mi to 30% zniżki, co w połączeniu z 51% ulgą studencką daje ładnie wyglądający bilet. Jest śliczny, bo tani.

3. Przygotuj drugie śniadanie i obiad na następny dzień przed pójściem spać.

Ostatni rok mojego życia wyglądał tak, że byłam w domu jedynie w nocy. Plus tego taki, że wypracowałam sobie świetny (prawie idealny) system jedzenia pozadomowego, zdrowego i taniego. 

4. Postaw kubek na blacie i napełnij czajnik wodą.

Okej, kiedy mama zorientowała się, co robię, obie stwierdziłyśmy, że jest to zachowanie desperackiej studentki wstającej przed 5:00 i spędzającej 20 godzin tygodniowo w pociągu. Niemniej jednak naprawdę oszczędza mi to energii rano... Wyobraź sobie: wstajesz, włączasz wodę, idziesz siku, ubierasz się, a herbata zrobiona. 

5. Wyciągaj niepotrzebne i wkładaj potrzebne rzeczy do torebki na bieżąco.

Mogę niektórych zdenerwować, ale należę do kobiet mających porządek w torebce i nie noszących w niej zbędnych rzeczy. Mój stały skład: chusteczki, portfel, długopis z kalendarzem, książka, woda, jedzenie. Na uczelnię dokładam zeszyt z fartuchem i więcej jedzenia. Nie zdarza mi się mieć w portfelu starych rachunków ani zbędnych wizytówek, torebkę regularnie opróżniam z dziwnych rzeczy (nie noszę kupionego lakieru do paznokci przez tydzień, nie znajdziesz w mojej torebce żadnej bransoletki ani kolczyków). Wszystko dlatego, że jestem mała i szczupła, więc nie chcę obciążać kręgosłupa dodatkowymi kilogramami oraz dlatego... że muszę mieć więcej miejsca na jedzenie :D

6. Załatwiaj przy okazji.

Noś przy sobie listę rzeczy, które musisz zrobić w tym tygodniu lub miesiącu. Powinnaś zapisać się osobiście do dentysty lub zadzwonić do klienta? Miałaś kupić coś, co dostaniesz tylko w jednym sklepie w mieście? Miałaś wypożyczyć książki! To sprawy, które zwykle można załatwić bardzo szybko, ale tylko w odpowiednich godzinach. Bywa, że wypadnie z planu jeden wykład, spóźni się pociąg albo wyjdziesz wcześniej z pracy (zdarza się?). Idealna godzinka, by wykonać kilka telefonów, wejść na pocztę i kupić w końcu tofu.



7. Wieczorne ogarnianie przestrzeni.

Maksymalne umilanie sobie życia. Wiecie, co robię przed snem? Odkładam na miejsce wszystko, co leży na biurku, wynoszę szklanki do kuchni, składam ubrania z prania i wieszam torebkę na krześle, żeby przed wyjściem tylko ją chwycić. Odkąd zaczęłam to robić lepiej mi się wstaje - wiem, że nie mam do zrobienia żadnych nieprzyjemnych i obowiązkowych rzeczy :)

Jak Wy sobie radzicie? Jak oszczędzacie swój czas? Z chęcią wypróbuję coś nowego!


13.9.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - moja opowieść #8


Przyszedł czas na mnie, by opowiedzieć Wam, jak było naprawdę.


Nie jestem z tych, którzy podjęli decyzję z dnia na dzień. Właściwie nie do końca wiem, do której grupy należę – nie kwalifikuję się chyba do żadnej. Pod koniec podstawówki, wakacje do gimnazjum, być może coś się wtedy stało, coś usłyszałam, zobaczyłam. To nie było wegetarianizmem – to pozostawało bez nazwy i było „niejedzeniem kiełbasy.” Po około pół roku i z wielkim zaskoczeniem okazało się, że istnieje żelatyna. Żelatyna wieprzowa. Z kości. I jest w jogurcie, żelkach i galaretkach. Jogurt z kości. Świetnie.

Około dwóch lat później, zaraz po tym jak przeczytałam skład sera, okazało się, że jest w nich wyciąg z żołądków cielęcych (dosłownie: podpuszczka cielęca – tak było napisane i nigdy tego nie zapomnę). Całe 3 lata w gimnazjum bardzo przeżywałam swoje „niejedzenie kiełbasy, żelatyny i serów (żadnego sera – tak na wypadek).” Dosyć szybko zorientowałam się, by nie rozpowiadać tego na lewo i prawo, bo ludzie naprawdę dziwnie reagowali. Tak szczerze, to trzymałam to w tajemnicy przed kilkoma osobami w rodzinie i z perspektywy czasu widzę, że jako dzieciak świetnie to zaplanowałam. Dojrzałam do powiedzenia prawdy i okazało się, że jednak mogłam zostawić to dla siebie. W domu jednak miałam wsparcie i stuprocentowe zrozumienie. Mam do dzisiaj i nie wiem, co stałoby się ze mną, gdyby nie pozwalano mi odkrywać prawdy i siebie. Wystarczy wyobrazić sobie dziecko, które rozumie (mając to przykładowe 12-13 lat – tyle, ile miałam ja, gdy przestałam wcinać parówki i szynki), że trzeba zabić kurę, by na jej martwym ciele ugotować rosół. Gdybym była tym dzieckiem, a moi rodzicie wmawialiby, że to zdrowe i normalne… myślałabym, że jestem głupia, nienormalna, inna, dziwna, a może chora psychicznie?

W listopadzie 2012 roku wzięłam udział w akcji Stowarzyszenia Empatia w Toruniu. Stałam tam z portretem zwierzęcia z napisem „Myślę, czuję, chcę żyć.” Darek Gzyra mówił do mikrofonu i przechodniów, a każde słowo wbijało mi się w głowę. Było mi tak samo źle, jak wtedy, gdy dowiedziałam się o żelatynie w ulubionym jogurcie. Krowa nie robi mleka z trawy, tak dla jasności. Wiedziałam, że kury gniotą się w tych klatkach, siedząc jedna na drugiej i cierpiąc także psychicznie. Byłam zła i zdezorientowana. Wracałam do domu pociągiem i miałam dosyć. Kolejne miesiące były ciężką walką między mną a światem, w którym żyję (brak akceptacji ze strony rodziny – nie w domu – przysparzał mi najwięcej zmartwień). Nabiału nie jadłam już prawie wcale i ponownie zostało to tajemnicą – nie powiedziałam nic tym, którzy wcześniej nie rozumieli mojego „niejedzenia mięsa” i lubili się z tego wyśmiewać.




Przyszła jednak chwila przesilenia. Miałam dosyć. To, co jadłam, miało dla mnie ogromne znaczenie i nadal ma. Od tego zaczęło się moje prawdziwe, świadome życie i na tym wciąż się opiera. Od tamtego czasu mówię jasno, o co chodzi. Respektuję prawo zwierząt do życia i nie mam zamiaru przyczyniać się do ich śmierci. Pracuję na co dzień  ze zwierzętami. Dziwnie byłoby je zjadać. Jeśli nie dociera do towarzysza – oświadczam, że nie mam zamiaru wkładać do ust martwego ciała. Nie brzmi to ładnie podczas rodzinnego obiadku, ale nieprzyjemniej brzmi wyśmiewanie się ze mnie lub szydercze docinki. Nie jestem niewolnikiem. Nawet jeśli komuś wydaje się, że nie mogę zjeść tego pączka, to jest w błędzie. Mogę zjeść wszystko, co leży na półkach w sklepie, ale po prostu nie chcę. Dla mnie mleczna czekolada z nadzieniem albo chrupiące skrzydełka kurczaka po prostu nie istnieją. Nie jest mi tego żal i nie tęsknię za tym. Nie bez powodu zostawiłam to wszystko za sobą, daleko w tyle. Czasami trzeba wybierać z duszą na ramieniu i łzami w oczach. Z poczuciem, że coś się zostawia lub traci. Wybrałam weganizm i wolność. Nie żałuję, choć nie było to najłatwiejsze.




Nauczyłam się walczyć o siebie. Nauczyłam się segregować ludzi, z którymi mam styczność i teraz otaczam się tylko takimi, którzy mnie rozumieją (a jeśli nie rozumieją, nie nawracają mnie na dobrą drogę mięsną), są pełni energii i sił do życia. To osoby, które mają coś więcej. Może życie ma teraz lepszy standard w każdej dziedzinie. Żyję. Naprawdę żyję. I daję żyć słabszym od siebie. 

Izabela Kornet

11.9.15

Kosmetyczny piątek z Izą: maska z gorczycy na włosy - efekty miesięcznej kuracji


O wcierce z gorczycy słyszałam już dawno, ale szczerze? Nie chciało mi się w to bawić. Ponad miesiąc temu przypomniała mi o niej koleżanka, więc zabrałam się do eksperymentu (który ma przyspieszać porost). Chcecie znać efekty? Spójrzcie poniżej!





Skład pierwszej wcierki:
1 łyżka zmielonej gorczycy
1 łyżeczka cukru
1 łyżka oleju kokosowego
2 łyżki wody

Wszystko mieszamy. Zwilżamy włosy i osuszamy ręcznikiem. Nakładamy tylko na skórę głowy i wmasowujemy kilka minut. Nakładamy czepek foliowy, na to ręcznik i zostawiamy na półtorej godziny. Stosujemy raz w tygodniu przez miesiąc. Dokumentujemy efekty, bo wszyscy są ciekawi:) 



Wybrałam wtorki na robienie domowej maski z gorczycy. Poniżej przedstawiam włosy na zdjęciach. Każda maska była przeze mnie nieco modyfikowana, dlatego zamieszczę różne kombinacje składu wcierki.











Minął tydzień, od pierwszej kuracji (11 sierpnia 2015). Zdjęcie zrobione 18 sierpnia 2015. 

W tym samym dniu zrobiłam drugą wcierkę (2 łyżki gorczycy, 1 łyżka oleju kokosowego, 1 łyżka wody, 1 łyżeczka cukru). Dodałam więcej gorczycy, bo za pierwszym razem miałam jej za mało. Wlałam też mniej wody, żeby konsystencja była bardziej papkowata i łatwiejsza w nakładaniu. 






Minęły 2 tygodnie i w tym czasie zrobiłam już 2 wcierki.
Zdjęcie zrobione 25 sierpnia.
W tym samym dniu zrobiłam trzecią wcierkę (2 łyżki gorczycy, 1 łyżeczka cukru, 1 łyżka: oleju konopnego ze stopionym masłem kakaowym, 2 łyżki wody, 10 kropel olejku z miodli indyjskiej). Ta maska (może ze względu na olej konopny i z miodli) grzała mnie wyjątkowo przyjemnie w głowę. Poprzednie niekoniecznie :)









Minęły 3 tygodnie - zrobiłam 3 wcierki.
Zdjęcie zrobione 1 września 2015. 

W tym samym dniu zrobiłam 4 wcierkę (minął równy miesiąc od nałożenia na głowę pierwszej wcierki), która składała się z: 2 łyżek zmielonej gorczycy, 1 łyżeczki cukru, 1 łyżki wody i 1 łyżki stopionego masła kakaowego. Przyjemnie grzało główkę :) Zdjęcie jest prześwietlone, ale jakie ma to znaczenie (w kwestii długości), gdy pogoda taka piękna? ♥ Poza tym na każdym ze zdjęciu miałam inny odcień (farbowanie ziołami).








Przygotowałam dla Was także kilka zestawień zdjęć, które pomogą określić przyrost włosów. Pod zdjęciami widnieją podpisy z datami.



Zdjęcie po tygodniu od pierwszej wcierki - zdjęcie po dwóch tygodniach.

Zdjęcie po dwóch tygodniach od pierwszej wcierki - zdjęcie po trzech tygodniach
(dzień 4 wcierki - ostatniej).

Zdjęcie po tygodniu od pierwszej wcierki - zdjęcie po trzech tygodniach
(dzień 4 wcierki - ostatniej).

Przyrost wygląda na spory, ale w jakim stopniu jest to zasługa wcierki z gorczycy? Jak minie trochę czasu, zrobię próbę kontrolną zdjęć włosów bez żadnych wspomagaczy (wiem, powinnam zrobić to najpierw) :) Jakie Wy macie doświadczenia w tym temacie? Sprawdzałyście?


9.9.15

Zainspiruj się: 1 z 20 rzeczy, które możesz robić codziennie, by być szczęśliwym człowiekiem


Sprawdzona lista najlepszych sposobów na sprawienie, by dzień był naprawdę dobry. Nie wiem jak wygląda to u Ciebie - ale ja mam lepszy dzień, gdy zjem zdrowe śniadanie i jestem miła dla obcych. Lubię też, gdy wracam do domu i mam porządek, a kiedy zasypiam jestem ZADOWOLONA. Jestem zadowolona z siebie. Im więcej małych rzeczy dostrzegam, tym bardziej czuję, że mam naprawdę świetne życie! 


Do dzieła! 

Oto lista 20 rzeczy, które możesz robić codziennie, by być szczęśliwym człowiekiem!


1. Uśmiechnij się do 5 obcych osób. Nie, nie jest to takie łatwe, zwłaszcza, jeśli nigdy tego nie robisz.


2. Powiedz coś miłego pani, która obsłużyła Cię w sklepie.


3. Sprawdź - czy dasz radę się dzisiaj nie złościć?


4. Wiem, że zazdrościsz koleżance tej sukienki (zwłaszcza, że wygląda w niej naprawdę uroczo). I wiesz co Ci radzę? Powiedz jej to! I patrz, co się stanie.


5. Celebruj zdrowy posiłek. Pamiętasz, jak słodki jest dojrzały, nieposolony pomidor? Jaka chrupiąca, czerwona papryka?




6. Przeczytaj 10 stron książki lub krótki rozdział. Nie więcej. Przeczytaj i przemyśl.


7. Otwórz szeroko okno zaraz po tym, jak wstaniesz z łóżka. Jest grudzień? Załóż grubszy sweterek. Nie zapomnij wziąć kilka głębokich wdechów.

8. Wyszczotkuj sobie ciało. Możesz kupić przeznaczoną do tego szczotkę, a możesz użyć po prostu miękkiej. Rozgrzanie i nowe doznania zapewnione!


9. Odwdzięcz się komuś, komu jesteś to winien. Jeśli uważasz, że nikt dla Ciebie niczego nie zrobił, pomyśl o Mamie, Tacie, Babci, Dziadku, Rodzeństwie, Chłopaku, Dziewczynie, Przyjaciółce i Przyjacielu. Nadal tak sądzisz?


10. Zrób sobie dzień zdrowego jedzenia. Odpuść słodzenie herbaty. Odpuść słodycze. Postaw na owoce i warzywa. Nie przekonuje Cię to? To pomyśl, jaki będziesz z siebie dumny wieczorem. Wyobraź sobie ten moment. "Iza, gratuluję Ci sama od siebie."




11. Bądź z siebie dumny. Uświadom sobie, ile zrobiłeś w swoim życiu! Wiesz, co ja czuję w takich chwilach? Siadam na krześle albo stoję przy oknie i jestem z siebie tak bardzo zadowolona, mam tyle siły, że mogę zrobić pięć razy więcej. 


12. Przypomnij sobie, że nie jesteś idealny. Nikt nie jest. Aha - i masz prawo popełniać błędy. Gdybyś ich nie popełniał, to byłoby naprawdę dziwne.


13. Pytaj. Jeśli czego nie wiesz, poproś o radę kogoś, kto się na tym zna. Ty będziesz zadowolony i druga osoba także. Być może nawet bardziej.


14. Zrób porządek w portfelu. Wyrzuć rachunki i inne niepotrzebne papierki lub wizytówki. Zrób miejsce na pieniądze!


15. Sprawdź, czy działa ta zasada - zanim "powinienem zrobić" używaj słowa "zrobię" i pochwal się efektami.




16. Pościel łóżko i ogarnij biurko zanim wyjdziesz rano na uczelnię lub do pracy. Odkąd to robię, jakoś lepiej wchodzi mi się do domu.


17. Odstaw toksyczne znajomości. Prawdopodobnie w Twoim otoczeniu jest ktoś, kto wysysa z Ciebie soki życia i skutecznie zniechęca lub irytuje. Działa to na dwa sposoby: unikasz z kimś kontaktu lub jesteś miły dla tej osoby - to ostatnie jest świetnym doświadczeniem psychologicznym, które pokaże Ci, jak działają kontakty między ludźmi.


18. Zamknij oczy i odpuść sobie. Gwarantuję, że przypłyną świeże moce gotowe do działania!


19. Słuchaj. Słuchaj tego, czym ktoś chce się podzielić lub pochwalić. Niektóre osoby dzięki temu mogą diametralnie zmienić o Tobie zdanie.


20. Jeśli z kimś się pokłócisz - oddziel zachowanie od osoby, bo w gruncie rzeczy niewiele ma to z nią wspólnego. Tak poza tym, to jeszcze żadna kłótnia nie rozwiązała problemu.


Pan ze zdjęcia z NooBusted Gaming (gracze NooBusted


Podziel się swoim sposobem, jeśli też to praktykujesz!

6.9.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - wypowiedzi wegan #7


Część SIÓDMA! 

To dzięki Wam tworzy się ta seria. Pomagacie ludziom rozumieć, że nie są jedyni. Jeśli czytałeś wszystkie części lub chociaż kilka z nich - możesz zobaczyć, jak wielu z nas nie miało akceptacji w rodzinie ani wsparcia w bliskich, a mimo to wybraliśmy swoją drogę. 
Jaka jest Twoja droga tu i teraz? Co dzisiaj jest dla Ciebie ważne, a nigdy nie miałeś odwagi tego zrobić? Czy to już czas, żeby skończyć zastanawiać się nad tym, co powiedzą inni?



"Pamiętam, jak jakieś 4 lata temu przyszłam z pracy i usłyszałam od mojego partnera: „od dziś będziemy wegetarianami”. Odpowiedziałam: „OK, tylko pokaż mi, na jakiej podstawie podjąłeś taką decyzję.” Obejrzeliśmy film mówiący o wpływie produktów pochodzenia zwierzęcego na zdrowie, potem drugi, trzeci… i zostaliśmy „wegetarianami” jedzącymi jajka i ryby, (bo może tak bezpieczniej na razie). Na bardzo krótko - bo ryby opuściły nasze menu jak tylko postanowiliśmy doedukować się w temacie tego, jak są „produkowane” i co tak naprawdę dostarczamy sobie do organizmu jedząc ich mięso. Z jajkami żegnaliśmy się dłużej, ale w końcu skutecznie i tak od 3 lat jesteśmy weganami.


Pamiętam też, jak znajoma powiedziała nam przed tym wszystkim, że ona mięsa nie je, bo oglądała film z rzeźni, na co z automatu pomyślałam sobie, że nie będę oglądać w takim razie filmów z rzeźni, żeby przypadkiem nie odechciało mi się jeść mięsa. Do dziś pielęgnuję w sobie to wspomnienie, by rozumieć współrozmówców po przeciwnej stronie tematu.

Nasza przygoda z weganizmem rozpoczęła się od pobudek zdrowotnych. W trakcie edukacji z zakresu zdrowego żywienia, nieodłącznym tematem był sposób hodowli i traktowanie istot, które w końcowym etapie tej produkcji sprytnie nazywa się mięsem - by nie wzbudzać przypadkiem odruchu identyfikacji z żywym stworzeniem. Etyka stopniowo sama układała się w logiczny ciąg w naszych głowach. Zaczęliśmy dostrzegać pułapki, triki i sposoby na odciągnięcie uwagi od faktów. Stało się dla nas jasne i oczywiste, że to, co się dzieje w tym przemyśle i ze zdrowiem ludzi jest efektem zerowej edukacji. Podstawowym źródłem wiedzy o odżywianiu i zdrowiu dla większości ludzi są reklamy…

Efekty zmiany przyszły szybko – przestałam padać na łóżko wycieńczona po powrocie z pracy i zaczęłam mieć energię i CHĘĆ do realizacji moich pasji, nasze ciała nabrały nowych, lepszych kształtów, poprawiła się skóra, włosy i paznokcie, zniknął odwieczny kamień nazębny… Zaczęłam czuć, że żyję świadomie. Że wiem, co wybieram, że mam wpływ – jaki i na co. To sprawiło, że moje życie daje mi znacznie więcej satysfakcji niż kiedykolwiek wcześniej. Od tej pory moim ulubionym słowem stało się ŚWIADOMOŚĆ, a znienawidzonym TRADYCJA, która pozbawia ludzi chęci do zastanowienia się, samodzielnego myślenia i wyborów.

Rozumiem, że każdy czuje opór przed tak dużą zmianą w życiu, przed wysiłkiem, jaki trzeba włożyć w taką zmianę i rozumiem, że naturalną reakcją na takie informacje jest sprzeciw i bronienie się niejednokrotnie za wszelką cenę. Jednak to nie ułatwia edukowania innych w tym temacie, co nieraz jest mocno frustrujące i bolesne – głównie dlatego, że ktoś inny musi niepotrzebnie płacić życiem, za nawyki i tradycję, nad którą ludzie nie chcą się zastanowić.

Mam jednak nadzieję, że nie wydaje mi się tylko, że to się zmienia. Widzę coraz więcej lokali, artykułów, inicjatyw i zmian wśród znajomych, co daje mi wielką radość i nadzieję, że zaczyna się – możliwe, że bardzo długi, ale jednak bardzo ważny – proces zmian.
Zróbmy to dla siebie i dla nich!
GO VEGAN!"




Monika Ormaniec
31 lat, Kraków,
zainteresowania: świadome życie,
budowanictwo naturalne, kosmetyki naturalne,
pies, sport, sztuka, ateizm, psychologia, etyka






"Czy to co jem jest dla mnie ważne? Jest! A czy kiedyś było ważne? Nie bardzo. Wszystko zmieniło się, gdy po ślubie zamieszkałam z teściami, a Teściowa prowadziła typową kuchnię śląską, czyli dużo mięsa, żeberka, rano białe bułki itd. Gdy ja gotowałam, próbowałam, jako młoda mężatka, różnych kuchni - a to coś po chińsku, a to po włosku, czy meksykańsku. W ten sposób odkrywaliśmy z mężem nowe smaki i powoli nasze kubki smakowe znajdowały swoje własne preferencje. Było bardziej zielono, kolorowo, nieco bardziej fit. Kolejnym etapem był okres zajścia w 1 ciąże. Nieco bardziej świadoma swego ciała, zaczęłam jeszcze większą uwagę przykładać do tego co jem. Wprowadzałam owoce, warzywa w ilościach hurtowych, wierząc, że smaki te przejdą wodami płodowymi do mojej córki, która pokocha je równie mocno jak ja... :)


Przyszedł tez kolejny etap, czyli przejście na weganizm. Właściwie odrzucenie produktów pochodzenia zwierzęcego nie było dla nas trudne i odbyło się w ciągu jednego dnia. Zachęceni przez przyjaciół, przeczytaliśmy książkę Campbella "Nowoczesne zasady odżywiania" i wpadliśmy po uszy. Wszystkie podane przez niego argumenty, przemawiające za dietą roślinną, były tak przekonywujące, że po zakończeniu lektury, już dnia następnego, śniadanie było wege i tak zostało. Zdarzały się jeszcze wyjątki, ale z dnia na dzień było ich coraz mniej. Dieta roślinna początkowo wymagała dużego zaangażowania, chęci zdobywania wiedzy i "walki" z otoczeniem. Pojawiało się dużo negatywnych komentarzy, które słyszymy po dziś dzień, mimo, że ten sposób odżywiania prowadzimy już ponad półtora roku. Ale każdego dnia było coraz lepiej. Lepiej planowaliśmy posiłki, nauczyliśmy się oszczędzać, umiejętnie układaliśmy menu na każdy dzień. Dużym wyzwaniem okazało się żywienie naszej córeczki, która od początku nie jadła nabiału i mięsa, ale nie lubiła też warzyw. Próba przemycania jej tego co wartościowe w dalszym ciągu sprawia mi nieco więcej pracy, ale się nie poddaje, bowiem to co je moja córka jest również niesamowicie ważne. Jej zezwalam na jedzenie jajek, i póki co jest okazem zdrowia :) jak i my :) Przed nami narodziny kolejnej córki, która weganka jest już w brzuszku. Oczywiście cały okres ciąży żywiłam się bezmięsnie i beznabiałowo, co wywoływało jeszcze większą lawinę komentarzy. Ale ciąża rozwija się prawidłowo i tym samym wszelaki spekulacje ucinam bez dwóch zdań.

Czy kiedyś powrócę do dawnych smaków? Tego nie wiem. Na dzień dzisiejszy nie brakuje nam niczego, nie tęsknimy za kiełbaską z grilla czy stekiem. Stałam się jeszcze bardziej świadomą kobietą, matka i żoną. Dbam o swoją rodzinę i ze wszystkich sił zamierzam dbać o nią jak najlepiej potrafię. A ponieważ stawiam na rozwój osobisty, a książki pochłaniam z wielka pasją, wiem, że wybrałam najlepszą drogę do 
zdrowia. i tego się trzymam."







Żaneta Bogdziewicz
30 lat, mgr fizjoterapii,
dyplomowana kosmetyczka, żona od 7 lat, mama 3-letniej Wiktorii i brzuszkowej Majki, od 1,5 roku weganka (razem z całą rodziną), mama na pełny etat i bloggerka na Mamalife 




4.9.15

Kosmetyczny piątek z Izą: magnezowa kąpiel z inhalacją


Ostatnie kosmetyczne piątki dotyczyły pielęgnacji twarzy. Dzieliłam się z Wami recepturami na domowe maseczki, które wprost uwielbiam (i zdaję sobie sprawę, że nie każdy je lubi lub musi lubić). Oczywiście mam kolejne pomysły, ale cenię sobie równowagę. 


Odpalajcie swoje wanny.


Kąpiel relaksacyjna z siarczanem magnezu i olejkiem sosnowym


SIARCZAN MAGNEZU

Gorąca kąpiel z dodatkiem dwóch filiżanek (półtorej szklanki) siarczanu magnezu jest sposobem na wiele dolegliwości. Relaks i redukcja zmęczenia to główne zalety tej kąpieli, ale o wiele ważniejsze są jej aspekty zdrowotne. Powodem, dla którego robię sobie te solankowe kąpiele jest fakt, że magnez lepiej wchłania się przez skórę, a co więcej - przy gorącej, parującej wodzie (będącej roztworem siarczanu magnezu) - są to świetne inhalacje (dla mnie wskazane przez letni okres). Dodatkowo możemy w ten sposób zrelaksować mięśnie po wysiłku, a nawet zniwelować skurcze. Siarka z magnezem działa jak przyjemne z pożytecznym :) Magnez zapobiega i leczy, a siarka w tym czasie czyni nas piękniejszymi - uelastycznia i nawilża skórę oraz wszystkie jej wytwory (ale o nich innym razem).

Pamiętajcie, aby kupować siarczan magnezu CZDA (czysty do analiz) ze sprawdzonego lub polecanego źródła. Siarczan magnezu ma też inną nazwę (sól Epsom) i jest to dokładnie ten sam związek chemiczny.



OLEJEK SOSNOWY

Dolany do kąpieli uzupełnia magnezową inhalację. Polecany dla osób przeziębionych, mających katar lub zmagających się z kaszlem oraz innymi problemami z układem oddechowym (nie jest polecany na astmę oskrzelową  - używajcie wszystkiego z głową). Ma właściwości antyseptyczne, a więc oczyszcza powietrze (i zostawia po sobie śliczny, leśny zapach). Należy dodawać ok. 10-15 kropel na jedną kąpiel. Można stosować go także zewnętrznie (od razu mówię - nie próbowałam, bo czekam na zimne czasy) i działa wówczas rozgrzewająco.



Kąpiele magnezowe urządzam sobie od dawna w połączeniu z hydromasażem i jestem z nich bardzo zadowolona.


Jakie Wy macie patenty na relaksacyjną kąpiel?