20.9.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - wypowiedź Tomka #9


Czy są na sali mężczyźni? 
Mężczyźni uprawiający sport? A może kochający jeść, gotować? Może panowie mający nadwagę? To świetnie się składa, bo dzisiaj gościmy Tomka z Warszawy, który opowie swoją pełną wybojów historię. Upadki i wzloty - jedzeniowe, oczywiście - niech zachęcą Was do próbowania. Bądźcie fair ze sobą. Bądźcie fair wobec swego organizmu.



"Uwielbiam jedzenie! Temat tak wielopłaszczyznowy, że o każdej można by stworzyć osobną bibliotekę. Gotowanie, spożywanie, nastrój i estetyka, dobór potraw, sezonowość, kuchnie regionalne, rolnictwo, odżywczość, zdrowotność, ekologia – każda z tych kwestii jest dla mnie mniej lub bardziej istotna. Jednak jedna sprawiła, że jedzenie przybrało dla mnie dodatkowe znaczenie – etyczne. Sprawa na tyle istotna, że wychowany w rodzinie i kulturze gdzie mięso stanowi absolutną podstawę codziennej kuchni musiałem zbudować od podstaw swój światopogląd czyli teorię oraz co wbrew oczekiwaniom okazuję się łatwiejsze praktykę.

Jestem wegetarianinem od 1997 r. Nie piszę ile lat ponieważ przechodziłem kryzys na skutek którego wróciłem do mięsa na ok. 5 lat. Jest to zupełnie osobny temat więc pominę go pewnym milczeniem. Do pełnego wegetarianizmu wróciłem ponad rok temu, a od kilku miesięcy przymierzam się do weganizmu. Piszę przymierzam, ponieważ zdarza mi się zjeść zapiekankę z serem, albo makaron jajeczny czy wypić kawę z mlekiem gdy nie ma w kafejce mleka sojowego, ryżowego, migdałowego… czy jakiegokolwiek innego poza krowim. No właśnie…

Mój start jako wegetarianina był w dużym stopniu ułatwiony z dwóch powodów. Po pierwsze miałem pełne zrozumienie i wsparcie ze strony rodziców. Wsparcie co najważniejsze praktyczne czyli prowadzenie podwójnej kuchni czy pomoc w gotowaniu. I to zarówno w okresie kiedy jeszcze z nimi mieszkałem, jak również potem podczas np. wspólnych imprez rodzinnych. Pełne zrozumienie, akceptacja i wsparcie. Granice pozostały niestety jasno postawione - nie udało mi się w większym stopniu przekonać ich do eliminacji mięsa z menu, czy chociażby zwrócenia uwagi z jakim numerem jajka kupują, zatem pozostało odpłacić się zwrotnie akceptacją. Drugi powód to mieszkanie w kraju multi-kulti gdzie na co dzień próbować można było różnych kuchni z całego świata, a co najważniejsze tych w których potrawy bezmięsne stanowiły sporą część. To ułatwiało wychodzenie do knajp ze znajomymi czy zwyczajne przekąszenie czegoś na mieście. Również szeroki asortyment sklepowy zapewniał możliwość prowadzenia bogatej domowej kuchni wegetariańskiej.

Powrót do Polski przywitał mnie pizzą wegetariańską i pierogami, a to z kapustą i grzybami, a to ruskimi. Pierogi w górach, pierogi na Mazurach, pierogi nad morzem i w stolicy. Jednak od tych kilkunastu lat wiele się zmieniło i mam wrażenie, że w ostatnich latach przybrało jeszcze tempa. W każdym większym mieście można odwiedzić knajpę typowo wege, a w niektórych w szczególności wegańską. Dodatkowo, niejako osobną kwestią – dla mnie bardzo istotną – są dwie charakterystyczne miejskie potrawy wege, czyli falafel na cienkim cieście oraz makaron sojowy z warzywami (czy tofu). Od kilku lat zajadam się na mieście także wegańskimi burgerami, a ostatnio odkryłem wegańską pizzerię. Również półki sklepowe z działami wege wypełniają się coraz to nowym asortymentem, a różnorodność produktów w sklepach internetowych to już liga światowa – nigdy nie spodziewałem się, że będę mógł dostać wegański ser (jestem ogromnym miłośnikiem serów) i to w kilku rodzajach, w tym parmezan.

Jak to robię? Podszedłem do diety wege w sposób naukowy czyli z tabelką zawartości poszczególnych składników mikro i makro, białek, tłuszczy i węglowodanów. Czytałem, warzyłem, liczyłem i notowałem. Po jakimś kilkumiesięcznym okresie okazało się, że popularne „należy jeść różnorodnie” jest równie prawdziwe co i łatwe. Dlaczego łatwe? Ponieważ trzeba moim zdaniem przyłożyć dużo starań aby prowadząc świadomie zdrową dietę wege jeść za mało warzyw i owoców, a za dużo tłuszczy i orzechów. Po zdobyciu podstawowych umiejętności na bazie poradników kulinarnych, prowadzenie zdrowej kuchni zgodnie z piramidą żywieniową w opcji wege jest banalne i intuicyjne.

Zatem co jem? Stosunkowo mało owoców i pozbądźmy się tego tematu na początku – lubię arbuzy, czasem zjem jabłko czy gruszkę, dużo większe przekonanie mam do suszonych owoców ponieważ można ich używać w daniach typowo wytrawnych. Nie jem również słodyczy co jest nawykiem z czasów gdy miałem spore problemy z nadwagą i związanymi z nią problemami zdrowotnymi. Warzywa w zasadzie wszystkie tak jak mam danego dnia ochotę albo możliwość – ze świeżych na pewno dużo podstawowych czyli pomidory, ziemniaki, ogórki, papryki, cukinie i bakłażany, dynia, cebula, czosnek, etc. ale zasadniczo cały warzywniak nie jest mi obcy. Uwielbiam jeść ostro więc zawsze gdzieś mam w różnej postaci chilli, habanero czy imbir. Oliw i olei w zasadzie różnych, ale bazowo używam oliwy z oliwek do wszystkiego – smażenia, duszenia czy sałatek. Sam przygotowuję ostrą oliwę przez zalanie zwyczajną dużej ilości bardzo ostrych papryk z dodatkami – polecam! Orzechy (pistacje, nerkowce, ziemne, laskowe, włoskie) i pestki (słonecznik, dynia) codziennie i w zasadzie do wszystkiego. Oliwki i kapary. Strączkowe suche i z puszek – wszelkie fasole, ciecierzyce, soczewice, bób, groszek i suche kotlety sojowe (nie znoszę smaku naturalnej soi!). Z gotowych produktów wege – tempeh smażony i wędzony, tofu w każdej postaci, seitan, kiełbaski, parówki, wędliny i pasztety sojowe, wegański ser (aczkolwiek raczej do smaku z umiarem ponieważ nie ma w nim białka!). Do kawy używam na zmianę mleka sojowego, ryżowego, owsianego i migdałowego (kokosowe w kawie to pomyłka J). Kasze w zasadzie wszystkie oraz makarony sojowe, fasolowe i ryżowe. Sezam – sam przygotowuję tahini, oraz od jakiegoś czasu eksperymentuję z wiórkami kokosowymi i makiem (ma dużo białka). Pieczywo głównie żytnie i wieloziarniste. Lubię różne przyprawy najbardziej kuchni azjatyckiej, solę umiarkowanie. Czy o czymś zapomniałem lub pominąłem? Na pewno!
Gotowanie –moja pasja, ale ponieważ mam ich wiele, jak również pracę, raczej ograniczam się do szybkich sposobów przyrządzania potraw. Dlatego dania są raczej proste - głównie duszę i smażę, również sporo zapiekam. Staram się dużo eksperymentować na standardowych bazach np. podsmażona cebula z czosnkiem na ostrej oliwie czy obrane pomidory z puszki. Normą są zupy kremy. Na śniadania zazwyczaj kanapki z gotowych wege produktów z dodatkiem czegoś świeżego. Bardzo lubię jeść na mieście dlatego powtórzę się, że cieszy mnie dostępność wege knajp i generalnie wege potraw w każdej restauracji.

Pisząc o jedzeniu muszę wspomnieć o bardzo ważnej kwestii – marnowaniu żywności. Pewnie wszyscy wiemy jakie są statystyki, a gdyby ktoś ich nie znał to zasadniczo polecam poczytać o tym – marnujemy więcej niż zjadamy. Jest to dla mnie z wielu powodów zła droga, na pewno na osobną dyskusję więc wspomnę tylko hasłowo – ekonomia, ekologia, etyka. Dlatego z dumą i śmiało mogę napisać, że w mojej kuchni nie marnuje się praktycznie nic. Jak wspomniałem jest to szerszy temat i dotyczy nie tylko jedzenia ale sposobu życia jako konsument generalnie.

Sport – uprawiam amatorsko ale kilka razy w tygodniu. Trening siłowy trzy razy w tygodniu, rower, sporty walki, pływanie, zimą oddaje się największej pasji ostatnich lat jaką jest snowboard. Jestem w bardzo dobrej kondycji, ważę w okolicach 80kg przy 180cm wzrostu. Badania ogólne wykonuję od lat co rok lub parę lat, zawsze z pozytywnym wynikiem. Wraz z decyzją o przechodzeniu na weganizm postanowiłem zrobić bardziej kierunkowe analizy czyli m.in. B12 i homocysteina, Fe, Mg, Ca, lipidogram – wyniki na otwarciu rewelacyjne, za 2 miesiące (po pół roku) zobaczymy. Głównym powodem jest oczywiście wątek B12. Naczytałem się dużo, znam dwie podstawowe absolutnie sprzeczne opinie chociaż raczej uznana za obowiązującą jest wersja, że dieta wegańska nie dostarcza B12 i trzeba ją suplementować. Zatem postanowiłem poeksperymentować na własnym organizmie i zacząć suplementację jeżeli faktycznie okaże się konieczna. Świat pełen jest teorii spiskowych i jedynych słusznych racji i manipulacji, a w swoim krótkim życiu nauczyłem się, że należy zachować zdrowy rozsądek i zimną krew.




Więc co z tą ideologią? Cóż najłatwiej coś zaplanować i zrobić, najtrudniej przypisać temu sens J Mogę nazwać dwa etapy chociaż na pewno był to proces ciągły. Pierwsza faza neofity. Odkrycie idei wegetarianizmu (miałem znajomych wegetarian), pierwsze emocje, zdobywanie coraz większej wiedzy, analiza konfliktów i sprzeczności, nawracanie innych, znalezienie własnych granic i wypracowanie stanowiska. Zajęło to kilka lat. Ostatnia faza dojrzałego wegetarianizmu z akceptacją innych poglądów na świat i świadomą decyzją o kontynuowaniu tej drogi. Ostateczna na dzień dzisiejszy idea zakłada brak ideologii i robienia religii, staram się trzeźwo patrzeć na świat – nie ma tutaj miejsca na wiarę, ale jest miejsce na podejmowanie decyzji. Jako podstawę przyjmuję obiektywną naukę – poziom naszej wiedzy z różnych dziedzin umożliwia nam spojrzeć na rożne organizmy z coraz większą precyzją, odróżnia poziomy skomplikowania, różne sposoby istnienia w- i komunikacji ze światem. To pozwala klasyfikować i odróżniać roślinę od zwierzęcia, szympansa od ryby, człowieka od szympansa. Z własnego doświadczenia jesteśmy w  stanie określić swoje reakcje na bodźce zewnętrzne i wewnętrzne. Wiemy co sprawia nam ból i czego chcemy unikać, a jakich bodźców zawsze za mało. Stąd bardzo skomplikowana droga do przełożenia tego na inne gatunki, ale dająca ostatecznie pewien obraz sytuacji (chociaż niekoniecznie zawsze prawdziwej). Mając tę wiedzę powstaje za każdym razem proste pytanie – czy skoro wiem, że drugie istnienie będzie cierpiało to świadomie będę tego sprawcą? Odpowiedzią jest zawsze decyzja."




Tomasz Wójcik
35 lat, Warszawa
wykształcenie: wyższe i podyplomowe 
(ochrona środowiska, psychologia zwierząt, 
budowa i eksploatacja siłowni wiatrowych, 
zarządzanie projektami), zainteresowania: zawodowo 
zarządzanie projektami, prywatnie snowboard, kino, 
podróże, wiedza ogólna, aktywny styl życia, dużo tego :)

4 komentarze :

  1. Fajnie się wypowiedział :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wielkie gratulacje za takie samozaparcie. Ja niestety raczej takowego nie mam i bez jedzenia mięsa wytrzymałam tylko całe 8 dni. Później rzuciłam się na kabanoski.
    Pozdrawiam
    Mój blog - KLIK

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo lubię takie metodyczne podejście do życia :) I święte słowa o decyzji. Na końcu zawsze jest decyzja. Tylko tyle, albo aż tyle!

    OdpowiedzUsuń

Jeśli jesteś na moim blogu, na pewno jesteś zainteresowany treściami, które publikuję. Będzie mi miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na ten temat. Tworzę dla Was i lubię wiedzieć, czego oczekujecie :)

Nie zostawiaj linku do swojego bloga w komentarzu. Moja strona to nie portal z ogłoszeniami. Zawsze wchodzę na blogi autorów, którzy się tutaj udzielają. Oni mogą na mnie liczyć.