6.9.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - wypowiedzi wegan #7


Część SIÓDMA! 

To dzięki Wam tworzy się ta seria. Pomagacie ludziom rozumieć, że nie są jedyni. Jeśli czytałeś wszystkie części lub chociaż kilka z nich - możesz zobaczyć, jak wielu z nas nie miało akceptacji w rodzinie ani wsparcia w bliskich, a mimo to wybraliśmy swoją drogę. 
Jaka jest Twoja droga tu i teraz? Co dzisiaj jest dla Ciebie ważne, a nigdy nie miałeś odwagi tego zrobić? Czy to już czas, żeby skończyć zastanawiać się nad tym, co powiedzą inni?



"Pamiętam, jak jakieś 4 lata temu przyszłam z pracy i usłyszałam od mojego partnera: „od dziś będziemy wegetarianami”. Odpowiedziałam: „OK, tylko pokaż mi, na jakiej podstawie podjąłeś taką decyzję.” Obejrzeliśmy film mówiący o wpływie produktów pochodzenia zwierzęcego na zdrowie, potem drugi, trzeci… i zostaliśmy „wegetarianami” jedzącymi jajka i ryby, (bo może tak bezpieczniej na razie). Na bardzo krótko - bo ryby opuściły nasze menu jak tylko postanowiliśmy doedukować się w temacie tego, jak są „produkowane” i co tak naprawdę dostarczamy sobie do organizmu jedząc ich mięso. Z jajkami żegnaliśmy się dłużej, ale w końcu skutecznie i tak od 3 lat jesteśmy weganami.


Pamiętam też, jak znajoma powiedziała nam przed tym wszystkim, że ona mięsa nie je, bo oglądała film z rzeźni, na co z automatu pomyślałam sobie, że nie będę oglądać w takim razie filmów z rzeźni, żeby przypadkiem nie odechciało mi się jeść mięsa. Do dziś pielęgnuję w sobie to wspomnienie, by rozumieć współrozmówców po przeciwnej stronie tematu.

Nasza przygoda z weganizmem rozpoczęła się od pobudek zdrowotnych. W trakcie edukacji z zakresu zdrowego żywienia, nieodłącznym tematem był sposób hodowli i traktowanie istot, które w końcowym etapie tej produkcji sprytnie nazywa się mięsem - by nie wzbudzać przypadkiem odruchu identyfikacji z żywym stworzeniem. Etyka stopniowo sama układała się w logiczny ciąg w naszych głowach. Zaczęliśmy dostrzegać pułapki, triki i sposoby na odciągnięcie uwagi od faktów. Stało się dla nas jasne i oczywiste, że to, co się dzieje w tym przemyśle i ze zdrowiem ludzi jest efektem zerowej edukacji. Podstawowym źródłem wiedzy o odżywianiu i zdrowiu dla większości ludzi są reklamy…

Efekty zmiany przyszły szybko – przestałam padać na łóżko wycieńczona po powrocie z pracy i zaczęłam mieć energię i CHĘĆ do realizacji moich pasji, nasze ciała nabrały nowych, lepszych kształtów, poprawiła się skóra, włosy i paznokcie, zniknął odwieczny kamień nazębny… Zaczęłam czuć, że żyję świadomie. Że wiem, co wybieram, że mam wpływ – jaki i na co. To sprawiło, że moje życie daje mi znacznie więcej satysfakcji niż kiedykolwiek wcześniej. Od tej pory moim ulubionym słowem stało się ŚWIADOMOŚĆ, a znienawidzonym TRADYCJA, która pozbawia ludzi chęci do zastanowienia się, samodzielnego myślenia i wyborów.

Rozumiem, że każdy czuje opór przed tak dużą zmianą w życiu, przed wysiłkiem, jaki trzeba włożyć w taką zmianę i rozumiem, że naturalną reakcją na takie informacje jest sprzeciw i bronienie się niejednokrotnie za wszelką cenę. Jednak to nie ułatwia edukowania innych w tym temacie, co nieraz jest mocno frustrujące i bolesne – głównie dlatego, że ktoś inny musi niepotrzebnie płacić życiem, za nawyki i tradycję, nad którą ludzie nie chcą się zastanowić.

Mam jednak nadzieję, że nie wydaje mi się tylko, że to się zmienia. Widzę coraz więcej lokali, artykułów, inicjatyw i zmian wśród znajomych, co daje mi wielką radość i nadzieję, że zaczyna się – możliwe, że bardzo długi, ale jednak bardzo ważny – proces zmian.
Zróbmy to dla siebie i dla nich!
GO VEGAN!"




Monika Ormaniec
31 lat, Kraków,
zainteresowania: świadome życie,
budowanictwo naturalne, kosmetyki naturalne,
pies, sport, sztuka, ateizm, psychologia, etyka






"Czy to co jem jest dla mnie ważne? Jest! A czy kiedyś było ważne? Nie bardzo. Wszystko zmieniło się, gdy po ślubie zamieszkałam z teściami, a Teściowa prowadziła typową kuchnię śląską, czyli dużo mięsa, żeberka, rano białe bułki itd. Gdy ja gotowałam, próbowałam, jako młoda mężatka, różnych kuchni - a to coś po chińsku, a to po włosku, czy meksykańsku. W ten sposób odkrywaliśmy z mężem nowe smaki i powoli nasze kubki smakowe znajdowały swoje własne preferencje. Było bardziej zielono, kolorowo, nieco bardziej fit. Kolejnym etapem był okres zajścia w 1 ciąże. Nieco bardziej świadoma swego ciała, zaczęłam jeszcze większą uwagę przykładać do tego co jem. Wprowadzałam owoce, warzywa w ilościach hurtowych, wierząc, że smaki te przejdą wodami płodowymi do mojej córki, która pokocha je równie mocno jak ja... :)


Przyszedł tez kolejny etap, czyli przejście na weganizm. Właściwie odrzucenie produktów pochodzenia zwierzęcego nie było dla nas trudne i odbyło się w ciągu jednego dnia. Zachęceni przez przyjaciół, przeczytaliśmy książkę Campbella "Nowoczesne zasady odżywiania" i wpadliśmy po uszy. Wszystkie podane przez niego argumenty, przemawiające za dietą roślinną, były tak przekonywujące, że po zakończeniu lektury, już dnia następnego, śniadanie było wege i tak zostało. Zdarzały się jeszcze wyjątki, ale z dnia na dzień było ich coraz mniej. Dieta roślinna początkowo wymagała dużego zaangażowania, chęci zdobywania wiedzy i "walki" z otoczeniem. Pojawiało się dużo negatywnych komentarzy, które słyszymy po dziś dzień, mimo, że ten sposób odżywiania prowadzimy już ponad półtora roku. Ale każdego dnia było coraz lepiej. Lepiej planowaliśmy posiłki, nauczyliśmy się oszczędzać, umiejętnie układaliśmy menu na każdy dzień. Dużym wyzwaniem okazało się żywienie naszej córeczki, która od początku nie jadła nabiału i mięsa, ale nie lubiła też warzyw. Próba przemycania jej tego co wartościowe w dalszym ciągu sprawia mi nieco więcej pracy, ale się nie poddaje, bowiem to co je moja córka jest również niesamowicie ważne. Jej zezwalam na jedzenie jajek, i póki co jest okazem zdrowia :) jak i my :) Przed nami narodziny kolejnej córki, która weganka jest już w brzuszku. Oczywiście cały okres ciąży żywiłam się bezmięsnie i beznabiałowo, co wywoływało jeszcze większą lawinę komentarzy. Ale ciąża rozwija się prawidłowo i tym samym wszelaki spekulacje ucinam bez dwóch zdań.

Czy kiedyś powrócę do dawnych smaków? Tego nie wiem. Na dzień dzisiejszy nie brakuje nam niczego, nie tęsknimy za kiełbaską z grilla czy stekiem. Stałam się jeszcze bardziej świadomą kobietą, matka i żoną. Dbam o swoją rodzinę i ze wszystkich sił zamierzam dbać o nią jak najlepiej potrafię. A ponieważ stawiam na rozwój osobisty, a książki pochłaniam z wielka pasją, wiem, że wybrałam najlepszą drogę do 
zdrowia. i tego się trzymam."







Żaneta Bogdziewicz
30 lat, mgr fizjoterapii,
dyplomowana kosmetyczka, żona od 7 lat, mama 3-letniej Wiktorii i brzuszkowej Majki, od 1,5 roku weganka (razem z całą rodziną), mama na pełny etat i bloggerka na Mamalife 




Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Jeśli jesteś na moim blogu, na pewno jesteś zainteresowany treściami, które publikuję. Będzie mi miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na ten temat. Tworzę dla Was i lubię wiedzieć, czego oczekujecie :)

Nie zostawiaj linku do swojego bloga w komentarzu. Moja strona to nie portal z ogłoszeniami. Zawsze wchodzę na blogi autorów, którzy się tutaj udzielają. Oni mogą na mnie liczyć.