13.9.15

"To, co jem, jest dla mnie ważne" - moja opowieść #8


Przyszedł czas na mnie, by opowiedzieć Wam, jak było naprawdę.


Nie jestem z tych, którzy podjęli decyzję z dnia na dzień. Właściwie nie do końca wiem, do której grupy należę – nie kwalifikuję się chyba do żadnej. Pod koniec podstawówki, wakacje do gimnazjum, być może coś się wtedy stało, coś usłyszałam, zobaczyłam. To nie było wegetarianizmem – to pozostawało bez nazwy i było „niejedzeniem kiełbasy.” Po około pół roku i z wielkim zaskoczeniem okazało się, że istnieje żelatyna. Żelatyna wieprzowa. Z kości. I jest w jogurcie, żelkach i galaretkach. Jogurt z kości. Świetnie.

Około dwóch lat później, zaraz po tym jak przeczytałam skład sera, okazało się, że jest w nich wyciąg z żołądków cielęcych (dosłownie: podpuszczka cielęca – tak było napisane i nigdy tego nie zapomnę). Całe 3 lata w gimnazjum bardzo przeżywałam swoje „niejedzenie kiełbasy, żelatyny i serów (żadnego sera – tak na wypadek).” Dosyć szybko zorientowałam się, by nie rozpowiadać tego na lewo i prawo, bo ludzie naprawdę dziwnie reagowali. Tak szczerze, to trzymałam to w tajemnicy przed kilkoma osobami w rodzinie i z perspektywy czasu widzę, że jako dzieciak świetnie to zaplanowałam. Dojrzałam do powiedzenia prawdy i okazało się, że jednak mogłam zostawić to dla siebie. W domu jednak miałam wsparcie i stuprocentowe zrozumienie. Mam do dzisiaj i nie wiem, co stałoby się ze mną, gdyby nie pozwalano mi odkrywać prawdy i siebie. Wystarczy wyobrazić sobie dziecko, które rozumie (mając to przykładowe 12-13 lat – tyle, ile miałam ja, gdy przestałam wcinać parówki i szynki), że trzeba zabić kurę, by na jej martwym ciele ugotować rosół. Gdybym była tym dzieckiem, a moi rodzicie wmawialiby, że to zdrowe i normalne… myślałabym, że jestem głupia, nienormalna, inna, dziwna, a może chora psychicznie?

W listopadzie 2012 roku wzięłam udział w akcji Stowarzyszenia Empatia w Toruniu. Stałam tam z portretem zwierzęcia z napisem „Myślę, czuję, chcę żyć.” Darek Gzyra mówił do mikrofonu i przechodniów, a każde słowo wbijało mi się w głowę. Było mi tak samo źle, jak wtedy, gdy dowiedziałam się o żelatynie w ulubionym jogurcie. Krowa nie robi mleka z trawy, tak dla jasności. Wiedziałam, że kury gniotą się w tych klatkach, siedząc jedna na drugiej i cierpiąc także psychicznie. Byłam zła i zdezorientowana. Wracałam do domu pociągiem i miałam dosyć. Kolejne miesiące były ciężką walką między mną a światem, w którym żyję (brak akceptacji ze strony rodziny – nie w domu – przysparzał mi najwięcej zmartwień). Nabiału nie jadłam już prawie wcale i ponownie zostało to tajemnicą – nie powiedziałam nic tym, którzy wcześniej nie rozumieli mojego „niejedzenia mięsa” i lubili się z tego wyśmiewać.




Przyszła jednak chwila przesilenia. Miałam dosyć. To, co jadłam, miało dla mnie ogromne znaczenie i nadal ma. Od tego zaczęło się moje prawdziwe, świadome życie i na tym wciąż się opiera. Od tamtego czasu mówię jasno, o co chodzi. Respektuję prawo zwierząt do życia i nie mam zamiaru przyczyniać się do ich śmierci. Pracuję na co dzień  ze zwierzętami. Dziwnie byłoby je zjadać. Jeśli nie dociera do towarzysza – oświadczam, że nie mam zamiaru wkładać do ust martwego ciała. Nie brzmi to ładnie podczas rodzinnego obiadku, ale nieprzyjemniej brzmi wyśmiewanie się ze mnie lub szydercze docinki. Nie jestem niewolnikiem. Nawet jeśli komuś wydaje się, że nie mogę zjeść tego pączka, to jest w błędzie. Mogę zjeść wszystko, co leży na półkach w sklepie, ale po prostu nie chcę. Dla mnie mleczna czekolada z nadzieniem albo chrupiące skrzydełka kurczaka po prostu nie istnieją. Nie jest mi tego żal i nie tęsknię za tym. Nie bez powodu zostawiłam to wszystko za sobą, daleko w tyle. Czasami trzeba wybierać z duszą na ramieniu i łzami w oczach. Z poczuciem, że coś się zostawia lub traci. Wybrałam weganizm i wolność. Nie żałuję, choć nie było to najłatwiejsze.




Nauczyłam się walczyć o siebie. Nauczyłam się segregować ludzi, z którymi mam styczność i teraz otaczam się tylko takimi, którzy mnie rozumieją (a jeśli nie rozumieją, nie nawracają mnie na dobrą drogę mięsną), są pełni energii i sił do życia. To osoby, które mają coś więcej. Może życie ma teraz lepszy standard w każdej dziedzinie. Żyję. Naprawdę żyję. I daję żyć słabszym od siebie. 

Izabela Kornet

12 komentarzy :

  1. bardzo ładnie i dojrzale napisane.

    OdpowiedzUsuń
  2. I dobrze bo to Twój wybór i Twoje życie. Podziwiam za odwagę życia tak, jak chcesz, a nie jak inni tego chcą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wychowywałam się na wsi i wtedy rodzice mieli hodowle trzody chlewnej. Pamietam, że mama te wszystkie świnki bardzo lubiła, ciągle coś do nich mówiła, drapała za uszkiem, a potem, kiedy nadszedł ich czas - pomagała zaganiać na przyczepę, która miala odwieźć je w wiadomym kierunku. Pamiętam, że nie moglam tego nigdy zrozumieć, pytałam ją, jak może sie tak z nimi przyjaźnić, a potem wysyłać je na śmierć. Sama jem mięso okazjonalnie. Czasami po prostu aż mnie skręca z apetytu na coś takiego i czuję sie wtedy jak hipokryta, ale zjadam swoją porcję. To sprawa każdego z nas, co je, dla mnie np. najważniejsze jest, żeby nie marnować, kupować tyle ile potrzebujemy i pamietać, że mięso nie jest głównym składnikiem naszej diety, a wręcz przeciwnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, że jest to indywidualna sprawa każdego z nas. Masz rację - mięso nie jest głównym składnikiem naszej diety, ale sądząc chociażby po zakupach ludzi w sklepach, jednak dominuje na stołach. Też wychowałam się i mieszkam nadal na wsi, na szczęście nie mamy żadnej hodowli :)

      Usuń
  4. Ej, zapomniałaś dodać, że inspirujesz innych <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Też jestem wegetarianką, już w grudniu to będzie 7 lat. Byłam wtedy w 6 klasie i strasznie mną wstrząsnęły różne filmy z rzeźni itp. Moi rodzice chyba pomyśleli, że to kolejny słomiany zapał, bo przyjęli to bez żadnego sprzeciwu. Dziadkowie oczywiście tam swoje gadali, ale to mnie kompletnie nie interesowało. Szkoda tylko, że gdy jeździłam do jednych na wakacje i ferie, mówili mi że dana rzecz jest bez mięsa i że np. w zupie pływają oczka, bo coś tam było robione na maśle czy coś. Teraz bym to zauważyła, wtedy miałam mniejsze pojęcie i jakoś nie wyczułam tego smaku. Na spotkaniach rodzinnych oczywiście jakieś żarty wiecznie padają, bo mnie już okropnie nudzi, no bo ile można to samo? Ale nie mam im za złe, niech się nacieszą :D Inni ludzie? Nie miałam nigdy wielkich problemów. Zawsze oczywiście pytanie: "Jak ty wytrzymujesz bez mięsa?" i tego typu, ale nigdy się nikt ze mnie nie wyśmiewał, wszyscy to całkowicie akceptują :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj ci Dziadkowie... :D Owszem, zaczyna nudzić. Super, że otaczasz się takimi ludźmi :))

      Usuń
  6. Dokładnie, to indywidaulana sprawa kązdego człowieka. każdy ma prawo do wyborów.

    OdpowiedzUsuń
  7. Iza uwielbiam Cię! :) Rzadko się dziś spotyka takie mądre młode osoby. To piękne, że wytrwałaś przy swojej decyzji pomimo trudności. Wymagało to od Ciebie nie lada hartu ducha, ale warto było, co? :)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli jesteś na moim blogu, na pewno jesteś zainteresowany treściami, które publikuję. Będzie mi miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na ten temat. Tworzę dla Was i lubię wiedzieć, czego oczekujecie :)

Nie zostawiaj linku do swojego bloga w komentarzu. Moja strona to nie portal z ogłoszeniami. Zawsze wchodzę na blogi autorów, którzy się tutaj udzielają. Oni mogą na mnie liczyć.